niedziela, 18 października 2015

Kryzysy Matki Polki



Kryzys podobno jest integralną częścią życia młodej mamy, postanowiłam się przyjrzeć, jak też u mnie na stanie z tymi kryzysami.
No więc sprawy mają się jak następuje.

#Kryzys: opcja standard
Póki co, nie dopadł mnie chyba taki standardowy kryzys"młodej mamy" pt: jestem zmęczona, ograniczono mi wolność.
Spodziewałam się go, ale póki co - ani widu, ani słychu.

A mógłby mnie dopaść, jak słowo daję, mógłby.
Czytam na zaprzyjaźnionych blogach młodych mam, jak wychodzą, robią coś poza dzieckiem, pracują trochę lub trochę więcej, jakoś tam się realizują - bo mają z kim zostawić dziecko.
Ja nie mam.
Ani zapasowej "opiekunki" (w postaci chociażby babci) ani możliwości, bo Mesia nie chce pić z butelki. Mało tego - w związku z tym, że Małżon pracuje w tym roku nieprzeciętnie dużo, jestem córki niemalże jedyną opiekunką. Obecnie zaskutkowało to mega przyzwyczajeniem i jakimś kwiczącym lękiem separacyjnym: mama musi być blisko, co najmniej w zasięgu wzroku a najlepiej w odległości maks 1 metr. Powiem szczerze, że nawet gdybym ją podczas dnia zostawiła z Małżem na te, powiedzmy, 2 godziny między karmieniami, to nie wiem jak by to znieśli.
Jasne, że to nie jest dobre ani zdrowe, ale cóż począć, kiedy innego wyboru nie ma.
Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.
Pocieszające jest to, że niedawno teściowa zabrała Młodą na jakieś 2h na spacer i dały radę super, także nie jestem taka absolutnie niezastąpiona na krótką metę.

Oczywiście, zdarzały się takie nerwowe dni, kiedy miałam ochotę wystawić marudzącą Meśkę gdzieś na balkon a sama zwiać, gdzie raki zimują. Jasne.
Ale generalnie, póki co, nie dopadł mnie ten taki popularny kryzys pt. jestem zmęczona, nie mam życia, oddajcie mi je.

Życie jako takie mam, nawet i towarzyskie - ale to wszystko "baby attached".
Wszędzie z Nią.

Wyjątkami są takie wieczory jak wczoraj, kiedy po uspaniu dziecka wypindrowana udałam się do znajomych na małą imprezkę. Udało się pobrykać do 21:00 do 24 z hakiem, co uważam za wyczyn i jestem usatysfakcjonowana.

Wiecie za czym tęsknię najbardziej?
Za alkoholem i perfumami :)
Obu lubiłam czasem nadużyć.

Anyway, pardon, ale póki co jakiś wielki kryzys w opcji "standard" albo przeszedł bokiem, albo się czai, żeby wyskoczyć z szafy w odpowiednim momencie.

Niemniej jednak pojawiło się kilka innych tworów kryzysowych, które mnie dopadły:

#Kryzys tożsamości
w opcji medium -> hard

Tak, tu jest zdecydowanie najgorzej.
Żeby się nie rozwlekać:
przed ciążą prowadziłam bardzo intensywne wielkomiejskie życie zawodowo-towarzyskie.
Bardzo.
Dom był dla mnie raczej noclegownią i miejscem na dospanie po pracy lub wyleczeniem kaca (oczywiście lekko koloryzując, żeby nie było..) a dywizą gospodyni: clean house is a sign of wasted life. Żarcie do domu docierało najczęściej w ciepłych pudełkach.

Ktoś to wszystko przeciął wielkim sekatorem w momencie, kiedy w kibelku w pracy zaskoczyło mnie czerwone kapanie. W tamtym momencie, w jednej sekundzie, wszystko to się skończyło i moje życie podryfowało fjuuuuuuuuuuuuuuu: 180 stopni.

Aktualnie jestem TYPOWĄ matką polką.
W domu z doczepionym do cycka dzieckiem, wszędzie z dzieckiem, ZERO pracy, codziennie ciepłe posiłki, pranko, jako-tako sprzątanko i różowe klapki domowe, bo takie najwygodniejsze.
Wygodne trampki zastąpiły bardziej wyrafinowany obuw.
Ulubionym tematem stały się sprawy odpieluszkowo - dzieciowe i najlepsze porady laktacyjne u cioci PinkThink.

Mało tego - nie jest mi z tym źle.
Jest fajnie. Potrzebowałam tego.
Ale do końca mojego macierzyńskiego zostało jakieś 5 miesięcy, małż coś tam pobrzdąkuje o naszym domowym budżecie a ja zaczynam panikować, bo zupełnie nie wiem, jak mam teraz ułożyć swoje życie.
Nie mam ochoty na powrót do pracy a myśl o tym, że miałabym zostawić z kimkolwiek moje dziecko przyprawia mnie o istny atak paniki.
Dodatkowo, na pełny wymiar i tryb pracy nie wrócę, bo to oznaczało by nieobecność w godzinach średnio 8:30 - 18:00 czyli równie dobrze mogę oddać dziecko do sierocińca.
A że moje stanowisko nie bardzo będzie dało się realizować w innym zakresie, trzeba będzie wymyślić coś innego.

Anyway, już zaczynam kombinować, żeby w marcu do pracy jeszcze nie wracać.
Nie mam ochoty. Ona jest za mała.
Nie chcę Jej odstawiać od piersi.

Tak czy inaczej - obecnie jestem szczęśliwa, ale pogubiona.
Nie wiem już, kim jestem.
Nie wiem, co dalej.
Trochę się boję.


#Kryzys laktacyjny
zaliczyłam dwa.
Jeden podczas pobytu z Melą w szpitalu, jak miała 11 tygodni - definitywnie potrzebowała więcej mleka, niż produkowałam. Był stres, pot i łzy.
Ale wygrałyśmy.
(bo po prostu miałam wiedzę - wiedziałam, co robić. Bez tego były byśmy stracone.)

Drugi, we wrześniu, po powrocie z wakacji, kiedy to postanowiłam pójść do doradczyni laktacyjnej, w sumie bez większego powodu. Nasłuchałam się, że dziecko ma za małe przyrosty, że mam podawać kleik, odciągać, cudować a tak w ogóle pójść do psychologa z Nią, bo nadpobudliwa jakaś, i do logopedy, bo ta buzia otwarta... i tak dalej.
Po wyjściu z gabinetu rozpłakałam się.
Stres i cuda-wianki w mojej głowie wywołały nam kolejny, nerwowy kryzys laktacyjny.
Minął po ok. tygodniu, kiedy odzyskałam balans.


#Kryzys poporodowy
czyli tzw. labor-blues
wiadomo jaki. Wałkowałam tu.
Nadal daje o sobie znać.


#Kryzys małżeński
opcja light.
Wiele o nim słyszałam przed porodem i spodziewałam się jakiejś małżeńskiej masakry.
Takowa nie nadeszła póki co i nawet kilkakrotnie pochwaliłam Małża tutaj na blogu, jak fajnie radzi sobie z Młodą. Na początku.
Nie oznacza to jednak, że po naszym domu pomyka tęcza. Oj nie.
Nie jest źle, ale musimy się jakoś odnaleźć w nowej rzeczywistości (tzn. ta rzeczywistość ma już 7 miesięcy...).
Najgorzej było podczas 3 tygodniowego urlopu, kiedy On nie miał już alibi, że przecież ma pracę więc to ja muszę zająć się dzieckiem. Wychodził wieczorami na piwo z kolegą i wracał o 3-4 - i okej - ale ten kolega wstawał o 7 rano, żeby zająć się swoją marudzącą córeczką, żeby jego partnerka mogła się wyspać. A ja, zostawiwszy Małżowi marudzącą Meśkę, bo chciałam zrobić wszystkim śniadanie, słyszałam zaspany, sfochowany tekst spod kołdry: "możesz ją zabrać? chciałem się wyspać." Wtedy rozstąpywało się niebo i trafiał mnie szlag jasny i świetlisty.
Tenże sam kolega szedł skacowany na plażę specjalnie tylko po to jeno, aby swoim dziewczynom zanieść rzeczy, rozłożyć parawan, robić namiocik, zrobić grajdołek - po czym z powrotem wracał spać.
Ja natomiast z dzieckiem na ręku robiłam śniadanie, z dzieckiem w bujaczku postawionym przed kabiną prysznicową ogarniałam siebie a potem zapierniczałam na plażę z dzieckiem w chuście, namiotem na ramieniu, pchając przed sobą wózek pełen plażowych klamotów. Na plaży, rozkładając wszystkie sprzęty jedną ręką z niezbyt zadowolonym dzieckiem w drugiej, szczerze zazdrościłam koleżance.
Bo Małż przecież musi się wyspać.

Jest różnie między nami.
Najlepiej, kiedy ja nie mam żadnych oczekiwań - wtedy nie ma problemu.
Ogarniam wszystko sama - zakupy, z dzieckiem oczywiście, gotuję i sprzątam, również z dzieckiem.
Odpoczywam - kiedy już ogarnęłam dziecko.

Także odtrąbiam, że kryzys małżeński jakiś tam jest i liczę, że to się jakoś ułoży.
O tyle o ile, bo my zdecydowanie jesteśmy partnerami mocno ścierającymi się.
W tym punkcie pewnie mogła bym napisać o wiele więcej, ale nie napiszę.

***

I taka oto klasyfikacja kryzysowa.
A z powyższych najgorzej wypada kryzys tożsamości, który drąży mnie jak robak jabłko.
Ostro trzymam się jednak zasady:
jakoś to będzie!

22 komentarze:

  1. Z wymienionych przez Ciebie kryzysów nie dotyczy mnie jedynie ten laktacyjny i poporodowy - i to pewnie tylko dlatego, że mam adoptowane dziecko ;)

    U mnie dochodzi do tego jeszcze fakt, że mieszkam w beznadziejnie małej i nieciekawej miejscowości + brak prawa jazdy - więc utknęłam na dobre w domowych pieleszach, a mój świat skurczył się do rozmiaru naszego mieszkania, parku i przyblokowej piaskownicy. Dodatkowo nie mam tu żadnych znajomych, bo wszyscy wyemigrowali gdzieś do większych miast, a relacje z moją teściową oraz mamą są delikatnie mówiąc trudne, więc raczej nie mogę na nie liczyć w kwestii czasowej opieki nad dzieckiem.

    Kryzys tożsamości przeżywam niemal permanentnie. Fakt, że zdecydowałam się pozostać na wychowawczym i nie mam w zanadrzu jakiejś super posadki, na którą mogłabym wrócić - ale i tak ciągle zastanawiam się, czy robię dobrze, bo po tych kolejnych dwóch latach spędzonych tylko i wyłącznie na matkowaniu będzie mi pewnie jeszcze trudniej podbijać rynek pracy.

    Kryzys małżeński u nas został już wprawdzie względnie opanowany, ale mimo to czasami wybucha jakaś tykająca od dawna bomba, której do tej pory nie udało nam się rozbroić i czekała tylko na (nie)właściwy moment.

    Pozdrawiam i życzę zażegnania wszelakich kryzysów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Kochana.
      Zastanawiam się, czy są mamy, które wiecznie z bananem na twarzy nie zaliczyły żadnego z kryzysów ;)
      Pozdrowienia.

      Usuń
  2. Ja o tym czasie (w sensie wieku dziecka) wracałam już do pracy. Bo tak chciałam, ale też miałam sztab kochanych do pomocy. Mój mąż dużo pracuje, ale jak trzeba to od 3,4 rano i popołudniu jest dostępny, więc niemal od początku zajmowaliśmy się synkiem 50/50, od 6 mż naszego Olka ja wróciłam do pracy, ale mimo całego etatu w biurze spędzałam do 30h/na tydzień, przez pierwsze miesiące mąż stawał na głowie i 2-3 razy zajmował się małym (szedł do pracy o 3, zmieniał mnie, kiedy wracałam, on jechał do firmy, kiedy musiał służbowo wyjechać popołudniu towarzyszyłam mu z synkiem); w pozostałym czasie synkiem zajęli się moi rodzice.
    Ja potrzebuję pracę, lubię się "zrobić ", nabrać dystansu, dlatego Cię podziwiam, że dajesz radę niemal sama...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak Bahati, rzeczywiście, daję sobie radę, wręcz dosłownie można by rzec: sama.
      Z tą pracą to sama nie wiem jaki mam do niej stosunek.
      Jeszcze, można by powiedzieć, że kilka dni temu, nie spieszyło mi się, w ogóle nie brałam jej pod uwagę. Ostatnio natomiast z każdym dniem zaczynam się zastanawiać, jak ułożyć tą nową rzeczywistość.
      Do końca macierzyńskiego zostało mi co prawda jeszcze kilka miesięcy (5) ale to zleci jak z bicza strzelił.

      Usuń
  3. Z karmieniem i pracą jak chcesz to dasz radę - ja wróciłam do pracy jak mój syn miał pół roku - jeszcze wtedy nie było rocznych macierzyńskich- też był hardcore bo mały był wcześniej głównie ze mną, dopóki nie wróciłam do pracy to nikt oprócz mnie i męża nic przy nim nie robił - ani noszenia na rękach, przewijania, kąpania itd. Moje dziecko nie wie co to butelka nawet z maminym mlekiem. A dodam, że pracuję 3-4 razy w tygodniu po 12h. I trzeci rok go karmię i końca nie widać :) Moja laktacja jak każdej kobiecie po ok. tygodniu dostosowała się do rytmu karmień, synek się przyzwyczaił, powoli zaczął jeść inne posiłki. Cokolwiek nie postanowisz dasz radę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, ale jak wróciłaś do pracy to Syn nadal nie pił z butelki?
      Wiem, wiem, że to wszystko się da.. :)
      Jakoś to będzie. Pożyjemy - zobaczymy.

      Usuń
  4. Oj, dziewczyno - kryzys to moje drugie imię :) Przerabiałam wszystkie powyżej z lepszym lub gorszym skutkiem. Przy pierwszym dziecku były to wersje super waga ciężka potem piórkowa :) Grunt powiedzieć że przez jakiś czas myślałam o rozwodzie. Ale zabraliśmy się w sobie, oddałam dziecko mężowi a ja poszłam do sklepu po bułki :) Karminie jest ważne ale rodzina jako całość ważniejsza. To co zrobisz to twój wybór i twoja decyzja. Ja zadałam sobie pytanie czy sytuacja jaka jest teraz mi odpowiada i czy będzie mi odpowiadać w obecnym stanie za rok lub miesiąc. Nie zasłaniaj się karmieniem by odwlekać trudne zmiany. Jesteś odważną babką taka co nie da sobie w kasze dmuchać. Weź życie za bary i sprawdź co zamiotłaś pod dywan- pozbądź się tego i do przodu :) Powodzenia. Anna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ania, święte słowa.
      Zbliża się czas, żeby się poważnie zastanowić ;)

      Usuń
  5. Od 5 lat przechodzę kryzys tożsamości, choć przy drugim dziecku już wyluzowałam. Podjęłam pewne decyzje i są tego takie a nie inne konsekwencje.
    Przy drugim dziecku jakoś tych kryzysów nie odczuwam, jedynie ten laktacyjny, u mnie właściwie cały czas, moja dobrze przybiera na cycku, ale ma mega zaparcia plus kolki, choć ja jestem na bardzo restrykcyjnej diecie, to nic to nie pomaga. Karmić będę ją piersią do pół roku, o ile coś się nie zmieni, ale dłużej to na pewno nie. Byłaś u tej doradczyni i jej słowa miały jakiś na Ciebie wpływ, czy zostawiłaś sprawę? No, bo w jakimś celu tam poszłaś...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do kolek i zaparć:
      wiesz, że to co jemy ma bardzo niewielki wpływ na zachowanie dziecka, jego kupy i kolki?
      Rozważ porzucenie restrykcyjnej diety, bo karmienie zniszczy Ci organizm a dziecku jak widzisz i tak to nie pomaga.
      Tobie też na pewno nie pomaga.

      Ile ma maluch?
      Dzieciaki są małe - dlatego płaczą najczęściej.
      Nie dlatego, że mama zjadła kotleta.
      Po podaniu mm będą płakać tak samo.

      Ja na samym początku dałam się wpuścić w błędną spiralę, ale potrwało to jakieś 2 tygodnie.
      Potem zaczęłam jeść zupełnie normalnie i generalnie - nic się nie zmieniło.

      Co do doradczyni, to poszłam właściwie bez powodu.
      Koleżanka powiedziała, że bardzo popularna doradczyni ma nieodpłatne wizyty (miasto finansuje), babka bardzo zachwalana, więc jako że jestem nadgorliwa - poszłam.
      Zaczęłam wizytę słowami "my właściwie bez większego powodu, tak, żeby się obejrzeć i może coś poprawić.." a wyszłam z rykiem.

      Bo się dowiedziałam, że asymetria (prawda akurat), że buzia otwarta to logopedia, że lekko nadpobudliwa to psycholog i że ma za małe przyrosty, że dziecko na skraju niedożywienia i że odciągać mleko i z kleikiem ryżowym podawać itd. (byłyśmy wcześniej 3 tyg na wakacjach gdzie Mloda widocznie mniej jadła z nadmiaru wrażeń).
      Z tego wszystkiego jakiś kryzys laktacyjny mi się zrobił - już sama nie wiem czy bardziej w piersiach czy w głowie. Młoda czuła moje nerwy i stres, nie chciała jeść. Cały dzień potrafiła nic nie zjeść.
      Nie odciągałam, bo nie idzie coś z laktatorem za bardzo, przystawiałam Młodą ile się dało, po 10 dniach poszłyśmy się zważyć i okazało się, że mamy przyrosty ponad normę.
      Ale co się stresu najadłam to moje.

      W międzyczasie konsultowałam się z La Leche League, a ich rada była taka, żeby karmić, wyluzować i dać biednemu dziecku spokój. I z łażeniem po doradcach.
      Uspokoiłam się. Laktacja się wzmocniła. Młoda je.
      Już jej nie ważę póki co i wszalakich doradców omijam szerroookim łukiem.

      Także doszłam do wniosku, że z karmieniem nie ma się co za dużo zastanawiać, bo zawsze się coś najdzie. Karmienie jest jednak w głowie. Zawsze się znajdzie miliony "racjonalnych" powodów, żeby dać sobie spokój.

      Usuń
    2. Ale czekaj, czekaj- ten psycholog... To dla Meli???

      Usuń
    3. Taa.. już byłyśmy :)
      Pani stwierdziła, że dziecko, no cóż... ciekawe świata i temperamentne - po mamusi ;)

      Usuń
  6. Życie to ciągłe kryzysy:)Najpierw kryzys bo nie mamy dzieci, potem kryzys bo się pojawiły;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda;-)
      U mnie pojawiły się prawie wszystkie - nie było poporodowego i laktacyjnego, bo jestem mama adopcyjną. W sumie ciągle są jakieś małe i duży kryzysy, ale cóż takie życie.;-)
      Ale gdyby mi facet rano po nocnej "libacji" powiedział , że chce się wyspać to już nie byłby kryzys opcja light tylko hadcore. I jeszcze to, że on śpi, a ja tacham cały majdan na plażę?????!!!!!!Nigdy w życiu!!!!!! Ty Pink to cierpliwa dziewczyna jesteś;-) U mnie to byłby powód do rozwodu;-0

      Usuń
    2. Wiesz, ja też do najbardziej ugodowych nie należę.. ;)
      Ale po prostu teraz, kiedy jest Młoda, staram się.. ciszej egzekwować moje racje :)
      I oczywiście, że ot tak sprawy nie zostawiłam, jak się można domyślić.
      Ale póki co - z marnym skutkiem.

      Usuń
  7. Hmm, kryzysik :) Jak ja lubię to słowo. Tak dobrze oddaje moje nastroje :) A tak serio- typowego laktacyjnego z Lilą nie miałam. Tożsamości? Trwa od zawsze :) Małżeński... Ekhm... spuśćmy zasłonę milczenia :) No dobra- z małżeńskim to ja tak już mam (i to reguła, bo dwoje dzieci i za każdym razem to samo), że jak rodzi nam się dziecko to ja "wpadam" w nie tak, że mąż, seks, wszystko inne może nie istnieć. I ten stan trwa... dość długo. Na szczęście. Mam naprawdę wyrozumiałego męża, który jak trzeba- oczywiście trochę sprowadza mnie na ziemię, a czasem do łóżka :) Na szczęście On naprawdę rozumie, że ja tego macierzyńskiego odlotu na 300procent potrzebuję.

    Zaś co do karmienia piersią i butli. Ja się tak bałam, że Lila zbojkotuje pierś, kiedy zacznę Jej odciągać, że nigdy tego nawet nie spróbowałam. To się dopiero nazywa udupienie samej siebie :) Ale nie było tak źle- raz, że to był mój świadomy wybór, dwa- Lila o dziwo miała naprawdę stałe godziny karmienia, także jak potrzebowałam wyjść, to wychodziłam. A, że nie mogło być to 5-6godzin? Trudno :) Ja i tak nie miałam potrzeby, żeby aż tyle Jej (na pewnym etapie Jej życia) nie widzieć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśne ja również, póki co, nie mam ochoty ani potrzeby zostawiać Jej na dłużej :)
      Czasem gdzieś wyskoczę, jak śpi, ale generalnie dziecię jest na tyle towarzyskie, że jestem zaspokojona ;)

      Usuń
  8. Kryzysy laktacyjne mnie na szczescie ominely. Nawet powrot do pracy i pompowanie mleka tamze, nic nie zaszkodzilo. Naczytalam sie wczesniej, ze z laktatorem ciezko cos wycisnac, ze nie idzie... Nie wiem czy tamte dziewczyny mialy kiepskie pompki, czy fatalne podejscie, ale ja laktatorem sciagalam tyle, ze np. Nik tego nie przejadal i jak w koncu przestalam pompowac, to zapas zamrozonego mleka starczal na miesiac. :D Potwory gladko przechodzily z butelki (a smoka nie tolerowaly) na piers kiedy bylam w domu...
    No wlasnie. Nie wiem jak wyglada u Ciebie w pracy polityka co do przerw dla mamy karmiacej.? U nas czegos takiego nawet nie ma w regulaminie, ale dogadalam sie z szefami (dzis sama nie wiem, jak rozmawialam o sciaganiu mleka z piersi z dwoma mezczyznami, ale czego sie nie robi dla dziecka :D) i bez problemu sie zgodzili. Mnie wystarczylo dwukrotne sciaganie po 10 min. w ciagu 8 godzin pracy. Jesli nie chcesz Meli odstawiac, zawsze to jakas opcja.

    Kryzysu tozsamosci jako takiego tez nie mialam. Zwyczajnie wrocilam do pracy tak szybko (po 12 tygodniach), ze nawet nie zdazylam go poczuc. ;) Pracuje na caly etat i od poczatku zostawialam dzieci przed 7 rano kiedy zwykle jeszcze spaly i wracalam przed 16. Tez nieraz mialam wyrzuty sumienia, chociaz przyznaje, ze przy temperamencie moich Potworkow praca ratuje moje zdrowie psychiczne. :D

    Kryzysu malzenskiego nie skomentuje, wspomne tylko, ze u nas to nie wersja light, ale hard, a wlasciwie HARD. :D

    A ta doradczyni laktacyjna, to jakas alfa i omega w sprawie dzieci??? Nie dosc, ze walnela Ci calym stosikiem niepopartych niczym diagnoz, to jeszcze Ci laktacje popieprzyla! Mam nadzieje, ze masz mozliwosc wystawienia jej gdzies negatywnej opinii... :/

    OdpowiedzUsuń
  9. Kryzysy laktacyjne mnie ominęły haha ;)
    Oprócz ogólnego, że nie wyszło.
    A poważnie. Miałam dwa miechy zgrzytu, że nie chcę do pracy wracać. I jest mega ciężko (nieporównywalnie ciężej niż z 1 dzieckiem i mężem, który jakoś jednak wtedy pomagał).
    Ale i tak jest super.
    Naprawdę fajnie mi się siedziało w domu z F.

    Może więc podobnie będzie u Ciebie?
    Wiadomo, pry karmieniu UU inna bajka, ale jednak.
    Albo coś wymyślisz i zostaniesz.
    Buźka!

    OdpowiedzUsuń
  10. Od razu po przeczytaniu tego posta, miałam niezłego wkurwa. Na męża Twego oczywiście. Powstrzymałam się więc od komentarza. Po ochłonięciu, napiszę, że naprawdę twarda z Ciebie góralka, że tak wszystko sama ogarniasz i dosłownie na własnych barach dźwigasz:)
    Sytuacja z wakacji dla mnie nie do pomyślenia. Ktoś tu chyba nie dorósł do roli ojca rodziny. Chyba mu za dobrze, za łatwo, wiesz? Nie zostawiaj tak tego, bo wpadniesz w pułapkę jako i ja wpadłam. Czasem warto się trochę poszarpać, choć rzeczywiście przy dziecku to utrudnione.
    Co do kryzysów... Chyba wszystkie zaliczyłam, może poza tym okołoporodowym, bo mam zdrowe dziecko, sama jestem cała i zdrowa (I hope), więc po co się wkręcać w rozważania, co by było i sn versus cc. Do pracy wracam za 3 miesiące i ogólnie rzyg na samą myśl. Sytuacja z mężem dynamiczna. Szału nie ma, ale ostatnio nie jest źle. Mogłoby być lepiej, o co staram się walczyć mniej lub bardziej intensywnie.

    OdpowiedzUsuń
  11. Nas początkowe kryzysy ominęły. Ja byłam jedyną matką, która jadła zupełnie normalnie, nic nie ustawiała pod dziecko, a Laura była jedynym dzieckiem na oddziale, które nigdy nie płakało. W życiu nie miała kolki.
    Wróciłam do pracy trzy tygodnie po porodzie i pracowałam ponad miesiąc, do wyjścia Laury ze szpitala. Karmiłam wyłącznie mlekiem ściąganym, burczałam sobie w pracy raz albo dwa, a potem jechaliśmy zawieźć urobek do szpitala. W nocy nie budziłam się na ściąganie, nigdy mi mleko nie kapało, nie miałam obniżeń produkcji, wytrzymałam na laktatorze 6 miesięcy i odstawiłam z dnia na dzień. Gdyby Laura nauczyła się ssać, to byłoby idealnie. Ale w szpitalu żadnej pomocy przy takim wcześniaczku i jakoś samo się nie udało. Strasznie się zapierała, nie chciała chwytać.
    Partner to sama ojcowska słodycz. On karmił rano przed wyjściem do pracy, karmił poprzednią porcją, kiedy ja ściągałam, opiekował się w chorobie itd. Często myślę, że to on jest bardziej stereotypową matką, a ja ojcem. Najchętniej zajmowałabym się tylko bezproblemowym dzieckiem.
    Na stałe do pracy wróciłam, jak Laura miała 8 miesięcy. Kryzysu związanego z macierzyństwem nie było.
    Tylko dlatego, że Laura była idealnym niemowlakiem zaczęłam rozważać opcję drugiego dziecka. Przed Laurą myślałam o jednym z przerażeniem.
    Mimo tych wszystkich plusów i tak mam czasem zupełnie dość, z niczym się nie wyrabiam, a dziecko strasznie mnie denerwuje. Przeczekiwanie kolejnych kryzysów jej tożsamości i dziwactw bywa bardzo męczące. A największego focha mam dlatego, że nie mam 20 milionów na koncie i nie mogę olać pracy i wydawać bez myślenia.
    Chyba nie da się żyć bez kryzysów.

    OdpowiedzUsuń
  12. Jakże mi ten temat bliski - każde kobiecie chyba. i mnei to serio wszystkie dotyczą. nawet bym jeszcze kilka dorzuciła ;)

    OdpowiedzUsuń