niedziela, 11 października 2015

Luźne historie o niepłodności



Chapter #1


Jedni z moich najulubieńszych znajomych. Bliskich znajomych.
Filigranowa i Pan Zabawny.
Ona ciepła, mądra, niska i świetnie mi się z Nią rozmawia. Umie słuchać. Bardzo Ją lubię.
On - z kamienną twarzą, jak rzuci żartem to sikam ze śmiechu. Wszyscy sikają. Masowo.
Rok temu we wrześniu zaczęli się starać o dziecko, po jakimś czasie stało się jasne, że coś nie idzie.
Diagnoza - niedrożny jajowód, więc płodność co drugi cykl.
HSG, leczenie, zastrzyki na podkręcenie, monitoring cyklu.

Wczoraj, godzina 14:00
Jedziemy z małżem i Melą do Ikei.
Cisza.

Ja, z nienacka: Ciekawe, czy Filigranowej i Zabawnemu uda się uniknąć in vitro. Nieciekawa sprawa z tym jajowodem.
Małż, jak zwykle wygadany: No. Ciekawe.  

Wczoraj, godzina 24:00
Małż ma wychodne.
Leżę w łóżku.
Przysypiam.

Piiikk piiik.
Sms.

Małż: Filigranowa jest w ciąży :)
Ja: Super.
cisza
cisza
Ja: Ciekawe, czy kiedyś pozbędę się "tego" uczucia...
Małż: Mam tak samo. 

Fuj.
Ciekawe, czy kiedyś się pozbędziemy tego śmierdziela.
Filigranowej i Panu Zabawnemu życzę z całego serca i serdecznie wszystkiego wspaniałego.


Chapter #2

Dawna Przyjaciółka i Poszukiwacz.
Pisałam o nich kiedyś TU.
Czekają na dziecko już co najmniej 7 lat, skacząc od lekarza do lekarza, programując podświadomość i popijając ziółka z dna Morza Martwego. Pierdu pierdu.
Nasze relacje od czasu zamieszczenia tamtego postu uległy znacznej poprawie i Dawna Przyjaciółka została mamą chrzestną Mesi.
Dotychczas poza motywowaniem i wspieraniem nie starałam się jej ukierunkować ani przyspieszyć Jej działań, ale jadąc na południe na chrzciny (odbyły się w górach a nie tu u nas, w Polsce centralnej, co przyprawiło część rodziny o zawał) postanowiłam sobie, że z Nią pogadam.
Mamy 31 lat and still counting a Oni nadal czekają na mannę z nieba tudzież na przemianę wody w wino. Cierpi, przeżywa, ale tkwi jak kołek w miejscu. Postanowiłam, że przysłowiowo "kopnę ją w dupę".
Stwierdziłam, że wolę coś palnąć i potem ewentualnie żałować, niż NIC NIE POWIEDZIEĆ a potem być świadkiem jej życia bez dziecka i żałować, że nic nie powiedziałam.
No więc powiedziałam.
Zapytałam, czy czeka na rozstąpienie się Morza Martwego czy na niepokalane poczęcie?
Powiedziałam, że wszystko Jej w życiu minie - praca, pieniądze, kariera, namiętność, podróże - a dziecko - dziecko zostanie na zawsze.
Powiedziałam, że Pan Poszukiwacz może mieć dzieci nawet mając i 60 lat natomiast Ona - no Ona nie ma już tyle czasu. Jakieś 4 lata.
I ten ostatni argument trafił w samo sedno. Dotarł.
Okazało się, że moje gadanie było tylko zwieńczeniem Jej ostatnich przemyśleń, bo tuż przed chrzcinami podjęła decyzję o przystąpieniu do IVFu.
Jak Jej słuchałam ostatnio przez telefon: o problemach w pracy, o problemach z mężem, o problemach z samą sobą, to tak dobitnie widziałam, jak ją ten smród niepłodności omotał. Co ciekawe - ona nie do końca widzi związek swojego stanu z niepłodnością.
Z dystansu jednak sporo więcej widać.
Tak czy siak, tak bardzo trzymam za nich kciuki.
7 lat czekali. Cierpliwość to mają żelazną, nie ma co.


Chapter #3

Lipiec 2015.
Rehabilitacja Meśki (nieprawidłowe wzorce ruchowe - asymetria i słaby podpór przodem)
Pierwsze zajęcia.

Pani rehabilitantka: A jakieś leki pani brała w ciąży?
Ja: Tak, sporo. Wie pani, my jesteśmy po in vitro, także na początku sporo leków brałam. 
Pani r. : Aha. Rozumiem. 
cisza
cisza
cisza
Pani r.: No właśnie, bo my też się staramy, coś nam nie idzie. A w jakiej klinice.. (...)

Październik 2015
Koniec zajęć, pakuję manaty, ubieram wyjącą Meśkę.

Pani R: No właśnie..yy.. bo my będziemy podchodzili do IVF. Novum. Niech mi Pani powie, jak tam z tą refundacją..

Powiedziałam co i jak.
I nie omieszkałam uświadomić jej w temacie podejmowania decyzji co do ilości zapładnianych komórek.
Powiedziałam, jak to wygląda u mnie.
Ale powiedziałam też, jak to wygląda u tych, co nie mają czego mrozić.
Niech będzie świadoma. Bardziej świadoma niż ja, w każdym razie.


#Epilog

Pod ostatnim postem rozwinęła się ognista dyskusja - co było do przewidzenia.
Cieszę się, że takowa zaistniała i że udało się ją utrzymać w ryzach, mimo mnóstwa osób z odmiennymi opiniami w tak drażliwym temacie. 

Ustalone zostało, że mając zamrożone zarodki należy się zabezpieczać.
Mnie się niestety kilka razy nie udało. 
Zachowaliśmy się jak nieodpowiedzialne nastolatki idące na spontan. 
Hulaj dusza- piekła nie ma (?). 

Okres, który wrócił pod koniec sierpnia, miał się pojawić jakoś na koniec września.
Coś się zagubił, biedaczek. Nie ma. 
No więc wczoraj, z mieszanymi uczuciami, udałam się na stronę obsikać test, choć rano to nie było. 
Zostało kilka w szufladzie, z dnia, w którym odebraliśmy dodatnią betę "na Melę" i sikaliśmy radośnie i masowo, podziwiając wyczekane, wymarzone, wyśnione dwie czerwone kreski. 

Pierwszy raz od lat, sikałam bez histerii. 
Nie wiem, czy określenie "na luzie" było by odpowiednie, ale "bez histerii" - na pewno. 
Małż czekał bawiąc się z zadowoloną Meśką.

Jedna kreska.
Wyszłam z miną taką, że niby ulga. Że niby "uf".
Nie wiem, jak nazwać nasze uczucia.
Wydaje mi się, że jest coś takiego, jakoś tam głęboko, wbrew logice, wbrew zasadom, wbrew powinności. Że niby możemy. 
Wydaje mi się, że On zrobił to specjalnie. Wiecie co. 
Bo to nie był raz, chociaż prosiłam. Wiecie, w trakcie jakoś nie miałam siły protestować. 
Może dla Niego by to było jakieś udowodnienie, bo to przecież chodzi o sprawność armii.
A wiecie jak to jest u facetów z tym budowaniem domu, sadzeniem drzewa.. 

Obsikałam, obejrzałam, odłożyłam. 
Niby "uf", niby "what the fuck". 
Pojechaliśmy do IKEI.
Wróciliśmy po jakiś 2-3 godzinach.
Myję ręce.
O, jest. Leży. Nie wyrzuciłam. 
Patrzę. 
Są dwie.
Jakoś krzywo, nie tam gdzie powinno, ale są dwie. 

Eeee, nie ważny.
Buch, w kosz. 



***



PS. Drogi Czytelniku- płodny i niepłodny. 
Ala z "Bocianie Czekamy" machnęła ostatnimi czasy dość trudny wpis o tym, jak ma się macierzyństwo adopcyjne do macierzyństwa biologicznego. TUTAJ jest. 
U mnie na blogu znajdziesz mnóstwo informacji ... hm.. a może raczej - w większości subiektywnych odczuć osoby korzystającej z metody zapłodnienia in vitro. 
Zobacz, co Ala ma do powiedzenia o adopcji w kontekście ciąży (tudzież ciąży w kontekście adopcji). 
Chociażby z ciekawości. 
Bo #adopcjaTOnieTABU



53 komentarze:

  1. Ooo matko z córką to w efekcie co jest ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Iskra, myślę, że wynik po 2 czy 3 godzinach jest nieważny.
      Tak jest napisane w ulotce i tego sie trzymam.
      Poza tym tamta druga kreska jakaś dziwna, nie w tym miejscu co trzeba, tylko jakoś przesunięta a tak w ogóle to tamten test był przeterminowany bo jakoś w lipcu się skończył, także whatever :)

      Usuń
    2. Aha no ja już mam " stare " dzieci to i testów dawno nie robilam. Rzadko komentuje ale czytam wszystko,u Ali też od deski do deski i nawet zdarza mi się uronić łzę. Macie wszystkie talent do tego pisania:)

      Usuń
    3. Iskra, zawsze dobrze wiedzieć, że jest dla kogo pisać ;))

      Usuń
  2. Dzizas, wszystko mi sie przypomina, wszystko... Teraz juz nie boli, czuje sie rewelacyjnie, slyszac nowiny o ciazach, ale wciaz irytuje mnie wspomnienie ludzkiej bezmyslnosci, kiedy slyszalam jakies kwiatki z serii "bo trzeba wierzyc" od pary, ktora chyba przez dekade czekala na cud. A uslyszalam to, kiedy bylismy juz mocno zaawansowani w adopcji! To "trzeba wierzyc" bylo powiedziane w znaczeniu - po co sie "poddajecie" tak szybko, lepiej pic ziolka tybetanskie i wierzyc... Nosz kurrrrwa, jak sobie pomysle, ze do tej dychy zostalyby nam jeszcze cztery lata... Rozumiem, ze oni wybrali taka droge, ale przykro nam bylo strasznie, ze oni nie chcieli zrozumiec naszej. Anyway, ten komentarz jest troche dziwny, a chcialam tylko napisac, ze rozumiem naprawde wszystkie dziwne emocje i stany zwiazane z nieplodnoscia. Nawet te, ktore pojawiaja sie dlugo po happy endzie.
    Ps. Ja kiedys tez mialam dwie kreski na tescie. Jedna byla pionowa:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż się cofnęłam do wpisu, szukając, czy ja napisałam komuś, żeby wierzył.. ;)))))
      Tej Dawnej Koleżance zaproponowałam, żeby zagęściła ruchy, natomiast nie naciskałam na IVF, mówiłam też o adopcji czy też generalnie o tym, żeby sobie wytyczyli jakąś konkretną ścieżkę leczenia a nie tak skakali od kwiatka na kwiatek.

      Kreski pionowej jeszcze chyba nie miałam ;)))
      Wszystko przede mną ;)

      Usuń
    2. Z tym "trzeba wierzyc" to jest roznie w zaleznosci od kontekstu. Wiec nawet jesli bys tak napisala lub powiedziala, to zakladam, ze nie w takim znaczeniu jak to przytoczone przeze mnie. :-) Takie wpisy jak ten po prostu przywoluja pewne obrazy w mojej glowie. A niektorzy czasem potrzebuja motywacyjnego kopa, zeby ruszyc dalej, wiec mysle, ze dobrze poradzilas kolezance.

      Usuń
    3. Z tymi "dobrymi radami" to też różnie bywa, ale zaryzykowałam, bo tak czuję, że to jest ten moment.

      Usuń
  3. Albo pozioma. Zalezy jak spojrzec;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ad. Chapter #1
    Nie znoszę takich wiadomości, sms-ów, telefonów. Bardzo kontrowersyjne mi przychodzą myśli do głowy wtedy nieładne... Potrzebuję 24h na ochłonięcie. Potem zakładam mój entuzjastyczny uśmiech i serdecznie się cieszę:)

    Ad. Chapter #2

    Znajomo brzmi historia Twojej Dawnej Przyjaciółki. Tak znajomo, że aż smutno... Z tym kopaniem w tyłek to jest tak, że człowiek chyba musi sam dojrzeć i wtedy kuksaniec może go ewentualnie utwierdzić w jego przekonaniach. Ja dostałam takich kopów kilka (w złym momencie) zabolały tylko, ale nie pchnęły do przodu. Dobrze się wstrzeliłaś! Mam nadzieję, że przyjaciółce się uda!! :) Wystarczająco długo już czeka...

    P.S. Aż podskoczyłam przy tych dwóch kreskach! Wśród co radykalniejszych katolików, ciągle mnie ktoś raczy analogicznymi historiami, zachęcając do adopcji. Że niby jedno dziecko z ośrodka, a drugie to już default'owo z cudu się pojawia;) Szkoda gadać. Ręce opadają!
    P.S.2 Napewno nie chcesz spróbować na nieprzeterminowanym?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do "Uczucia Niechciane" Widzę,że u Ali udzielasz się ostatnio pisząc piękne komentarze ale tak naprawdę to nie wierzysz w jej historię tylko się podśmiewasz z tego? No sorry ale tak to odebrałam po Twoim komentarzu...
      Cóż czasem nawet in vitro zawodzi więc nie można być tak pewnym...

      Co do wpisu...
      U mnie ten "śmierdziel" jest do teraz pomimo,że moja córka kończy rok ale zawsze gdzieś w tyle głowy człowiek ma różne myśli.Teraz głównie gdy znajoma zachodzi w drugą ciąże zaraz zastanawiam się czy mi się uda?drugi raz? Czy znów będę tyle czekała?
      Dodatkowo moja ciąża była zagrożona,musiałam leżeć w tym 2 mc w szpitalu na podtrzymaniu, a więc do teraz jestem trochę zazdrosna o koleżanki które "śmigają" w ciąży,a ja wyprawkę musiałam kompletować online ;-) :-/
      Pozdrawiam
      Lubię Cię czytać.

      Usuń
    2. Mam nadzieję, że w teraźniejszym programie klas 1-3 stawiany jest dużo większy nacisk na CZYTANIE ZE ZROZUMIENIEM.

      Usuń
    3. Drogi Anonimie, źle mnie zrozumiałaś. Alę podziwiam i jej kibicuję bardzo! I mimo, że inna jest nasza droga to czerpię siłę z jej wpisów, bo pokazują, że można się dźwignąć z trudnych doświadczeń. Nie widzę w tej historii nic śmiesznego. To co mnie śmieszy, a bardziej chyba boli (śmiech jest sposobem radzenia sobie z tym bólem) to "złote rady" osób, które może i mają dobre intencje, ale nie rozumieją sedna problemu. Efekt jest taki, że ich wypowiedzi robią z adopcji środek do celu, a nie cel sam w sobie. A to jest dla mnie tak niewłaściwe, złe, oburzające, że tylko śmiać się z takich sugestii mogę. Z bezsilności.

      Usuń
  5. P.S.3 Wyobraziłam sobie właśnie to "radosne i masowe" sikanie po dodatniej becie. I sama teraz sikam - ze śmiechu;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, trzymam kciuki że i Wy niebawem, będziecie sikać na potęgę ;) Udanie.

      Usuń
    2. A w ciąży - uuuu, to się dopiero sika :)

      Usuń
  6. Pink, ja też mam koleżankę, której być może powinnam dać porządnego "kopniaka". Od kilku lat biega od jednego do drugiego magika i czeka na cud, który może nigdy się nie zdarzyć.. Często rozmawiamy o tym z Mężem - rozmyślamy jak to u nich się zakończy. Czy powinnam nią potrząsnąć? Mam mieszane uczucia.. Ewidentnie widzę, że ona naprawdę wierzy, że to lekarze nie mogą wpaść na to, co u niej nie "działa" i w końcu trafi na takiego, który przykręci tą odpowiednią śrubkę i zaskoczy. Myślę, że potrząśnięcie nią może dać taki skutek, że koleżanka już się do mnie nie odezwie. To chyba nie ten moment. Więc czekam razem z nią. Przed tą poważną rozmową powstrzymuje mnie jeszcze jedno - Myśl, że może faktycznie jej przydarzy się cud? Skoro tak bardzo w to wierzy..

    Fajnie, że Tobie udało się wyczuć odpowiedni moment i Twoje słowa zmobilizowały koleżankę do konkretnych działań.

    Co to "śmierdziela" (swoją drogą, bardzo ciekawe nazewnictwo ;) - typ "niepłodnościowy" już chyba tak ma. I choć nie chcemy tego uczucia i wstydzimy się go strasznie. Myślę, że trzeba dać sobie przyzwolenie na to ukłucie zazdrości. Ważne, że to po chwili mija i potrafimy cieszyć się czyimś szczęściem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ewa, z tymi dobrymi radami to ja podchodzę raczej zachowawczo zawsze i trzymam język za zębami. Szczególnie w tak delikatnych tematach jak niepłodność.
      U mnie ten "kopniak" polegał głównie na tym, że zmotywowałam (próbowałam- to lepsze słowo) koleżankę do dalszego działania, bo oni wpadli w jakiś taki marazm.

      Wiesz, Ona mi ostatnio zaczęła rozmowę pt " jestem w sytuacji rozwodowej ".
      U nich nie jest dobrze. Patrząc na to z dystansu widzę, jak smród niepłodności wchodzi w ich życie.
      Twoja kolezanka - piszesz, że ona coś robi, wierzy, działa.
      A nic gorszego chyba nie ma niż się poddać w walce. A oni w pewnym momencie mam wrażenie, że się poddali.

      Także z radami to raczej ostrożnie.

      Buziaki ;)

      Usuń
  7. Fajnie, że dałaś Przyjaciółce tego kopa.
    Chrzcin w górach bardzo zazdroszczę. Ja żałuje, że nie uciekliśmy z mężem w tamte okolice, żeby powiedzieć sobie "tak" :)

    Podoba mi się, że potrafisz tak szczerze pisać o in vitro, niepłodności, odczuciach z tym związanych.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marta, czasem mam wrażenie, że mój blog bywa anty-reklamą IVF i jest wodą na młyn ludzi nastawionych na anty do tej metody.
      Ale mam jakąś taką misję i...potrzebę pisania o tym, że IVF nie jest ani białe, ani czarne. Przynajmniej dla mnie.

      A o dalszych losach bloga dumam i zobaczymy w którym kierunku to pójdzie.

      Pozdrówka ;)

      Usuń
    2. Jeśli ktoś jest nastawiony anty, to z całą pewnością wyciągnie argumenty na "nie". Nie wiem jakie były Twoje początkowe założenia odnośnie pisania o IVF, chociaż mam wrażenie, że wpisy, a raczej ich tematyka jest spontaniczna- zgodna z tym, co Ci akurat w duszy gra.
      Mnie ujmuje chyba ta szczerość właśnie. Sama lubię przyjrzeć się każdemu zagadnieniu z każdej strony. Ty IVF "maglujesz" w taki sposób, że wiele osób może tu też znaleźć odpowiedzi na swoje pytania, poczuć się zrozumianymi- to też ważne.
      Trochę mnie zaniepokoiło to "A o dalszych losach bloga dumam..." . Tak sobie myślę, że każdy blogująca osoba powinna pamiętać o tym, że to Ona na swoim blogu jest o siebie- Ona decyduje o jego tematyce, języku, stylu pisania. Odwiedzający często zapominają, że jeśli coś ich nagminnie razi, mają całkowicie odmienne zdanie- nie mają obowiązku wchodzenia cały czas na te same strony :) Fakt faktem- mam też takie wrażenie, że ludzie wracają z uporem maniaka tylko po to, żeby sobie "popolemizować". Nie wiem- jakieś takie zboczenie, czy co?

      Usuń
    3. Blog ewaluował mocno przez tygodnie / miesiące / lata pisania. Powstał przede wszystkim, a właściwie - wyłącznie - dla mnie a po czasie okazało się, że ma czasami moc, poza wkurwianiem ludzi ;) o innych poglądach - moc podnoszenia na duchu innych, borykających się z tą cholerą.

      Pisząc o jego dalszych losach miałam na myśli pomysł jakiejś systematyzacji tematów, bo aktualnie jest od sama do lasa (trochę jak ja sama) - ale to zobaczymy.

      Anyway, na pewno pisać będę nadal :)

      Usuń
  8. Pink,
    Ty powtórz ten test, robiłam dziesiątki testów i nigdy oprócz ciąży druga kreska mi nie wyszła. Niesamowity ten Twój luz ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przychylam się do tego, co napisała Bahati. Może powtórz ten test - tak, dla świętego spokoju.. ;)

      Usuń
    2. Powtórzyłam, ale też przeterminowany ;) (został z "sikania" po Meli)
      Jedna.

      Usuń
  9. Witaj moim zdaniem lepiej czasami ugryźć się w język niż źle doradzić tak myślę o pkt 2. Z punktu widzenia osoby wierzącej narażanie kogoś na grzech- mimo dobrych chęci i pragnienia pomocy bliskiej osobie- czyni zupełnie odwrotny efekt, widzialny dopiero w momencie kiedy staniemy na mecie naszego życia- ale w dzisiejszych czasach mało osób zastanawia się nad tym głębiej... bo zło tak łatwo kamufluje się pod maską dobra (nie tyczy się to jedynie IVF). To tak ode mnie do refleksji
    pozdrawiam
    Julka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się. In vitro to nie jest jakaś innowacyjna, nieznana metoda. Ta para wiedziała jej istnieniu. Ja raczej zapytałabym czy o tym myślą i zadeklarowała odpowiedź na ewentualne pytania, ale nikogo bym nie namawiała.

      Usuń
    2. Hej, dzięki za opinię!
      Może nieprecyzyjnie się wyraziłam, ale nie miała bym odwagi nikogo namawiać do IVF i mojej Dawnej Koleżanki do tego nie namawiałam.
      "Kopnięcie w dupę" polega na uświadomieniu, że czas leci i że czas najwyższy zakasać rękawy i zabrać się za leczenie porządnie - jakąkolwiek metodą. Obrać jakiś plan. Albo porządne leczenie wg planu albo adopcja.
      Próbowałam Jej uświadomić, że czas leci i nie można tak lewitować w nieskończoność.
      Bo oni z tym swoim leczeniem skakali od sasa do lasa.

      A o podejściu do IVF decyzję podjęli zupełnie samodzielnie.
      Ostatnio Dawna Przyjaciółka miała do mnie wręcz pretensję, kiedy opowiedziałam jej o moich zarodkowych dylematach i żeby sobie wcześniej wszystko przemyśleli, bo w IVF raz podjętej decyzji nie da się cofnąć.
      Powiedziałam jej również, że wiedząc wszystko to co wiem, nie zmieniła bym decyzji, bo posianie dziecka to jest coś dla mnie najwspanialszego i najważniejszego na świecie.

      Więc absolutnie ja nikogo do IVF nie namawiałam, nie namawiałam i namawiać nie będę.
      Chodziło mi o to, aby ruszyli z miejsca i COŚ zrobili konkretnie. I dosłownie jej to właśnie powiedziałam.

      Usuń
  10. Pink, ale dwie tak sobie (nawet po 2 godzinach) raczej nie wyłażą.
    Siknij raz jeszcze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Se siknęłam.
      Też przeterminowany, ale luz - jedna.
      Co prawda okresu jak nie było tak nie ma (miał być 28.09) - ale karmię i póki co miałam jeden, w sierpniu, na wakacjach, Mela slabo jadła, potem zaczęła mocniej jeść jak wróciliśmy, więc hormony hormony hormony.
      Nie ma co:)

      Usuń
  11. Ano prawda, same nie wyłażą:) mnie tez kiedys wylazły po jakimś czasie, dopiero, jak test wysechł, było coś widać... A teraz czasem ja wykaże ze skory jak tu te dwójkę obrobić;)) tak czy siak trzymam kciuki:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ;))

      Te kreski się normalnie czasem w dzieci przeistaczają!
      Magia!

      Usuń
  12. Nawiązując do słów: "Zapytałam, czy czeka na rozstąpienie się Morza Martwego czy na niepokalane poczęcie?" - Moja kuzynka czekała na dziecko 14 lat i doczekała się syna, sąsiadka czekała na dziecko 7 lat - również wymodliła sobie dziecko, przyjaciółka - 9 lat - też naturalnie zaszła i ma śliczną córeczkę, więc cuda jednak są, nie można tak sceptycznie podchodzić do tematu. Trochę więcej wiary:) Anka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja pojawiłam się po 9 latach. In vitro jeszcze wtedy nie było ;)

      Usuń
    2. Anka, czemu sceptycznie? Fakt, cuda się zdarzają. To świetnie, że komuś udało się ich doczekać po 7, 9 czy 14 latach. Ale jest też rzesza tych, którym się nie udało. To nie jest sceptycyzm tylko racjonalizm. Ja czekam od 6 lat. To "błogosławione" czekanie okupiłam obniżeniem poczucia własnej wartości, odarciem z intymności, depresją, mocnym nadszarpnięciem życia towarzyskiego, utratą pracy i kosztami leczenia dużo wyższymi niż cena in vitro. Każdy kij ma dwa końce.

      Usuń
  13. Racjonalizm nijak ma się do cudów:) Mnie chodzi tylko o to, żeby nie drwić z tych, którzy doświadczyli w życiu cudów. A takich jest naprawdę sporo. Po co teksty typu: "błogosławione czekanie", "rozstąpienie się Morza Martwego" czy "niepokalane poczęcie"? Żeby głęboko wierzącym przykrość zrobić? Anka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wydaje mi się, żeby Pink chciała drwić ze swojej koleżanki, nie sądzę też, że jej intencją było zrobienie przyjaciółce przykrości (Pink, jeśli się mylę to sorry, że źle zrozumiałam).

      Co do mnie... lata starań utwierdziły mnie w przekonaniu, że wiary mi akurat nie brakuje. Tekst o "błogosławionym" czekaniu, nie jest drwiną tylko sarkazmem wyrażającym moje negatywne nastawienie do rad, sugestii i miejskich legend o cudownych poczęciach. Nie zrozum mnie źle, ja serdecznie gratuluję osobom, które takowych doczekały. Podziwiam te osoby, tak samo jak siebie podziwiam za tyle wykazanej cierpliwości. Ale to nie znaczy, że sama mam mieć do czekania pozytywny stosunek.

      Usuń
    2. Ludzie, dajcie żyć, na prawdę.
      Już się nie macie czego czepiać, słowo daję.

      Dawna Przyjaciółka i Poszukiwacz na pewno nie poczuli się dotknięci.
      Jeśli ktoś się poczuł tu na blogu to nie taki był mój zamiar jak wiadomo. Sorry, ale nie przesadzajmy. Nie bądźmy świętsi od papieża.
      Poluzujta gumę w portkach.
      Trochę dystansu, na miły Bóg.

      Co do wierzenia w cuda - nie napisałam nigdzie, że nie wierzę w cuda.
      Nie napisałam, że namawiałam ich do in vitro.
      Nie odpowiadam za interpretację czytelnika.
      To raz.

      Dwa - w temacie czekania na cuda, o czym z Nią rozmawiałam:
      cuda się zdarzają, weźmy taką Kożuchowską (chociaż jak tam było to tak na prawdę nikt nie wie).
      Ale czekając na cud trzeba mieć świadomość, że ten cud może nigdy nie nadejść.
      Trzeba tą świadomość mieć.
      Bo potem będą ogromne pretensje
      1/ do siebie
      2/ do Boga
      3/ do kogośtam, że w dupę nie kopnął w porę.

      Czekając w nieskończoność na cud trzeba liczyć się z alternatywną opcją - bezdzietność.
      A to nie jest łatwa opcja.

      Także wiara w cuda - tak.
      Nadzieja - tak.
      Ale miejmy w tym wszystkim zdrowy rozsądek.


      Usuń
    3. "Luzowanie gumy w gaciach"- to będzie mój ulubiony tekst, aczkolwiek- mam szczerą nadzieję nie musieć używać go u siebie na blogu, bo szczerze przyznam- masz Pink cierpliwość do niektórych komentarzy. Z całym szacunkiem i akceptacją wolności słowa, prawa do własnego zdania i tak dalej. Tyle, że za chwilę trzeba będzie oddawać tekst do sprawdzenia mądrzejszym od nas, bo może się okazać, że źle postawiony przecinek, tudzież wykrzyknik, może zranić uczucia czytelników...

      Od siebie, dodałabym jeszcze jedno- tak mi się skojarzyło- przecież rehabilitantki Melki nie kopnęłaś w dupę ani mentalnie, ani realnie- jedynie wspomniałaś o in vitro. Jeśli chodzi o BYŁĄ PRZYJACIÓŁKĘ, to w moim rozumieniu jest to ktoś, kogo dobrze znamy, i wiemy na ile w rozmowie możemy sobie pozwolić, w jakie tony uderzyć... A już tym bardziej wiemy, czy wzmianka o in vitro, nie urazi uczuć religijnych tej osoby.
      Ja rozumiem, że to kontrowersyjny temat, i pewnie jeszcze długo (niestety) będzie, ale nie dajmy się zwariować...

      Usuń
    4. Pink, zgadzam się z Tobą w 100% ! Nadzieja i czekanie na cud swoją drogą, ale gdyby wszystkim jedynie to wystarczyło, to nie byłoby tylu par tylko "czekających" i finalnie bezdzietnych oraz takich, które na działanie decydują się w ostatniej chwili i...też dupa im z tego wychodzi.

      Usuń
  14. Pink ja o czymś innym. To wasza decyzja czy zdecydujecie się na drugie dziecko, czy spróbujecie naturalnie czy wrócicie do zarodki. Ale zastanowiłabym się czy nie jest za szybko na nieuważanie z drugą ciążą. Miałaś cesarkę. Pewnie wiesz że powinno się odczekać rok, półtora. Pewnie nie słyszałaś o przypadkach powikłań. A ja je znam. Wypadnięcie dziecka z macicy bo jeszcze świeża rana po cesarce. Nie będę się rozpisywać co to za tragedia ale rozważyłabym to na miejscu każdej kobiety po cesarce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, tak tak, wiem o czym mowa.
      Generalnie 6 mcy po cesarce nic strasznego nie powinno się stać, ale tak czy inaczej musimy się z małżonkiem mocno ustawić do pionu i zachowywać odpowiedzialnie, bo
      1/ zarodki
      2/ blizna po cc
      3/ trzecie piętro bez windy i dziecko jeszcze nie chodzące
      4/ patrz punkt 1.

      Usuń
  15. Ja tylko na marginesie do Uczuć Niechcianych - "sarkazm" jest synonimem wyrazu "drwina". Nikt Pani nie każe mieć pozytywnego stosunku do czekania:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co nie zmienia faktu, że oba słowa nie mają jednakowego znaczenia - odsyłam do słownika:)

      Usuń
    2. Ja tez odsyłam do słownika - owszem, słowa nacechowane są różnie, co nie zmienia faktu, że to są synonimy:)))

      Usuń
  16. Wow, Pink, jestem w szoku. Gdybym miała teraz spóźniajàcy się okres, przeżyłabym załamanie. Podziwiam spokój. My bardzo się pilnujemy, nigdy nic bez gumek/ tabletek. Naturalna ciàża byłaby dla mnie teraz totalnym załamaniem, bo już w grudniu chcemy zabrać nasze dwa ostatnie zarodki. Potem, niech się dzieje wola nieba, ale póki one sà, nie ma innej opcji, niż ich pierwszeństwo. Kasia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasia, ja również podziwiam, acz niezbyt pozytywnie.
      Jestem zaskoczona naszą postawą.

      Nie chcę drążyć tego tematu (na razie).

      Życzę Wam powodzenia w grudniu :)

      Usuń
    2. Dzięki :)

      Pink, jeśli nie chcesz ciàży, a na odpowiedzialność męża w kwestii antykoncepcji nie możesz liczyć, to może jakieś tabsy, cerazette można brać przy kp. Jakieś ringi, zastrzyki, implant? Tyle teraz tego.

      Pozdrawiam, Kasia

      Usuń
  17. Hehe, troche podziwiam Twoj spokoj wzgledem tego testu. ;) Chociaz mi po pierwszym okresie po-ciazowym, drugi spoznil sie 2 tygodnie. W koncu tez zrobilam test (nowiutki) i wyszedl negatywny, a okres wreszcie przyszedl. Kiedy trzeci sie spoznil, nawet nie zwrocilam uwagi, uznajac, ze cora mocniej ssie, czy "cus" i ze przyjdzie kiedy ma przyjsc. No coz... Dwa miesiace pozniej w koncu ogarnelam, ze cos tu nie halo i zrobilam test. Tym razem wyszedl pozytywny, a 7 miesiecy pozniej powitalismy Nika... :D

    Co do opowiesci o nieplodnosci, to znam tylko jedna pare, o ktorej wiem, ze leczyli sie, podeszli 3 razy do in vitro i im sie nie udalo. Dzis nie sa juz malzenstwem... :( Za to obserwuje w pracy dwie dziewczyny, ktore choc swieze mezatki z 2-3 letnim stazem, sa juz mocno po 30-tce i napomykaly zaraz po slubie o powiekszeniu rodziny. No coz, jak narazie zadna nie oglosila szczesliwej nowiny. Jedna ostatnio czesto urywa sie z pracy, bierze pojedyncze dni wolne i tak sie zastanawiam... Nie przyjaznie sie z nia na tyle blisko, zeby spytac nawet ogolnikowo, po prostu obserwuje. I trzymam kciuki...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agata, nie podejmę tematu tej domniemanej ciąży.
      Jakoś..
      1. wiem że nie jestem
      2. nie chcę tego drążyć, bo trochę mnie to wszystko zaskoczyło. Znowu, w tej całej niepłodności pojawiło się zachowanie, którego ni chu**enki pojąć nie mogę.
      Zostawmy to, plz.

      Co do niepłodnych wokół, to tak jak w poście -
      co chwilę się z nią stykam, ciągle ktoś coś.
      I masz rację - lepiej nie pytać.
      Niepłodność mnie nauczyła, że nie pytać.

      Buziaki

      Usuń
  18. "Ja: Ciekawe, czy kiedyś pozbędę się "tego" uczucia...
    Małż: Mam tak samo. "

    ... ciekawe jak to jest gdy On i Ona czują tak samo. Gdy On nie mówi "ale jakiego uczucia?". To się kiedyś zmieni???

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, u nas bywało różnie.
      Był czas, że nie rozmawialiśmy niemal wcale.
      Był czas, że wyłącznie skakaliśmy sobie do gardeł.

      Wszystko płynie, wszystko się zmienia.
      Buziaki.

      Usuń