wtorek, 24 listopada 2015

Boom!



Tak się szczęśliwie złożyło, że w ciągu ostatniego roku powiło dzieci kilka moich koleżanek, w tym dwie moje przyjaciółki.
I tak: Teo jest z listopada, Tymek ze stycznia, moja Melli z marca (wiadomooo :), Jasio z kwietnia, Pola z czerwca i Julek z lipca. Także mamy niezły harem.
Spotykamy się z dziewczynami i dzieciakami często-gęsto, plotkujemy a dzieci podejmują pierwsze próby wspólnych zabaw i interakcji. Nie wyobrażam sobie "macierzyńskiego" bez takiej grupy wsparcia.
Dzięki takiemu zrządzeniu zawsze mam z kim się spotkać, nie czuję się samotną planetą we wszechświecie, nie ma problemu z wychodzeniem z "niedzieciatymi". Wszystkie mamy podobne problemy, wątpliwości, zaliczamy podobne etapy rozwoju.

W tym gronie trzy wiedzą o moim in vitro a dwie nie.
Tak wyszło.
Nie ma drugiego dna. Po prostu.


Tego dnia spotkałyśmy się w trójkę, dwie pozostałe nie mogły dołączyć.
Dzieci fikały a my oddawałyśmy się ploteczkom.
Tryskałam energią, bo uwielbiam te nasze spotkania.

Mama A: Byliśmy z Teo na basenie. Strasznie mnie boli głowa... bo, no, oczekujemy :) Jestem w ciąży. Trzeci miesiąc ;)

My: O ja, jesteś w ciąży? Ale super!

Bardzo się ucieszyłam. Szczególnie, że ta koleżanka ma na koncie nieprzyjemną historię ze stratą ciąży, byłam wtedy wtajemniczona, także moje gratulacje były wyjątkowo szczere. 

Mama B: No dobra, skoro jesteśmy już w temacie, to ja też mam coś do powiedzenia... ja też jestem w ciąży! Bardzo wczesna, zobaczymy, jak to będzie.

My: Ooooo, nooo nieee, ale seriooooo? Super! Gratulacje!

Tu już zrobiło mi się dziwnie. Dwie ciąże w tym naszym wąskim gronie, wyskakujące spod dywanu na pełnym synchronie. Spooroo..

I gadamy. O drugiej ciąży, o tym jak to będzie, o podnoszeniu pierwszych dzieci będąc w ciąży z drugim, o lekarzach prowadzących, o porodach i nagle.... bum!

Mama A, do mnie: Ej, a Wy przecież możecie normalnie, no nie? Często się zdarza, że po in vitro normalnie się w ciąże zachodzi, także wiesz!

zapadła konsternacja
cisza
cegła w powietrzu

Ja, z wymuszonym uśmiechem: Em, dzięęęęki! Dziewczyny nie wiedziały, no, ale już wiedząąą! :)

Mama A: O Jezus, Pink, przepraszam... o matko.. przepraszam..

Ja (zmieszana): Nie no, luz... Jakoś nie było okazji..
No właśnie, dziewczyny, bo Mesia jest z in vitro..także, ten. Jakoś nie było okazji. 

Wierzcie lub nie, ale ja rzadko bywam zmieszana. 

Mama B i C: Ej, spoko przecież, normalne. Jedni tacy znajomi też... (i tak dalej i tak dalej).

Czułam jak cała moja energia i animusz tego dnia opuszczają moje ciało, i - trzymając się za rączki- znikają za rogiem.
Czułam, że trzęsę się w środku, że robię się czerwona a następnie blada.
Posiedziałam jeszcze chwilę, udając, że to wszystko nie zrobiło na mnie wrażenia, czując palące spojrzenia - to na mnie, to na Mesi.
Po czym wsiadłam do samochodu i uroniłam łzę na pierwszych światłach.

Dwie ciąże wyskakujące spod dywanu plus nieoczekiwany coming-out zbiły mnie z tropu i uderzyły w nieodpowiednie struny.
Dlatego właśnie niepłodność jest chorobą.

Zastanawiam się, czy przed kolejnym transferem będę musiała odstawić Mel od piersi?
Przez leki?

środa, 11 listopada 2015

Blaski i cienie rozszerzania diety metodą BLW

Źródło: fotolia.com / Autor: Paul Hakimata

Mało mnie tu ostatnio, bo, pardon - sprzątam!
Marchewkę z podłogi, jajko z fotelika do karmienia, krupnik ze swoich spodni, brokuła wydłubuje spod fałdek pod szyją, kawałki dyni wyjmuję z nosa. 

Rozszerzanie diety rozpoczęliśmy z momentem wybicia 6ciu miesięcy- czyli po "Bożemu", jak przykazuje WHO dzieciakom wyłącznie piersiowym.
W ruch poszły gotowane (głównie na parze) marchew, brokuły, ziemniak, dobre gatunkowo mięsko and still counting.
Byłam w szoku, jak to możliwe, że tak mały bąk potrafi tak pięknie trafiać do buzi i memłać te kawałeczki swoimi łysymi dziąsłami.

Gdyby ktoś był niewtajemniczony: metoda BLW (Baby Lead Weaning = Bobas Lubi Wybór) zakłada, że dziecko od samego początku dostaje do wyboru kilka pokarmów stałych, w formie nie zmiksowanej i samo obsługuje się rękami. Dziecko samo decyduje czy i ile zje. I do tego je to samo, co rodzice (z tym, że rodzice jedzą zdrowo), posiłki są wspólne, w miarę możliwości. Tak w telegraficznym skrócie.

Poszłam tą drogą, choć nie uważam jej za jedyną słuszną.
Osobiście byłam ogromnym niejadkiem, cierpiałam na dziecięce zaburzenia odżywiania, więc jakoś intuicja mi podpowiedziała, żeby dać dziecku fun z jedzenia.
Jest to o tyle trudne, bo dziecię moje jest chuderlawe - w piątek kończy 8 mcy i waży 7100 kg (10ty centyl książeczkowy). Przy tym jest dziewczyna długa - 50-75 centyl, więc wizualnie smukła jest jak Naomi Campbel :) Z tym, że umówmy się - nie tego babcie i ciotki oczekują od kilkumiesięcznego niemowlaka :)

Jedzenie idzie nam fajnie - Młoda wybiera sobie, co tam chce (w różne dni są rzeczywiście odmienne produkty). Pije z kubeczka, z moją pomocą oczywiście, z wielkim zapałem - i wodę i zupy.
Raz zjada więcej, raz mniej. Za każdym razem jest ogromny bajzel i cyrk na kółkach.
To, że trafia do buzi, nie oznacza, że tony jedzenia nie lądują na podłodze, za kołnierzem, na ścianie, na foteliku...

Są takie dni, że mam wrażenie, że nic innego nie robię, tylko sprzątam.
Ratuje się, jak mogę: rozkładam folię malarską pod fotelikiem, dziecko rozbrajam z ubranek do niezbędnego minimum. Niemniej jednak zawsze są straty w meblach, podłogach i ludziach.

Zaczęliśmy od pojedynczych produktów, takich jak marchew, brokuł, ziemniak.
Teraz lecimy po całości i Młoda je niemal wszystko.
Hitem jest awokado (potrafi zjeść całe na jedno posiedzenie), biała pietruszka, seler, brokuł, krupnik i... chleb.
Młoda ma bardzo dziwne upodobania: jadła z wielkim zapałem kurczaka curry z mlekiem kokosowym, trawą cytrynową, chilli i innymi dobrociami, wprost z mojego talerza.
Wczoraj: zjadła co najmniej 10 łyżeczek zsiadłego mleka.
Mam plan serwować jej curry z kurczakiem i mlekiem kokosowym częściej - bo skoro Jej wchodzi, to nie widzę przeciwwskazań :) Muszę tylko albo sama zrobić mleko kokosowe, albo znaleźć dobrej jakości, bo większość tych dostępnych na ryku zawiera sporo syfu: konserwanty, E i inne cuda.

Trochę zmęczona wiecznym bajzlem próbuję Jej serwować niektóre produkty łyżeczką - takie jak przetarte owoce (np. morela z Hippa) albo kaszki (jaglana), ale strasznie Ją wkurza, że coś jej wpycham. Niestety, żeby coś zjadła muszę Ją zabawiać - czyli niezbyt edukacyjnie - a bajzel i tak jest ogromny.

Zjada sporo stałych pokarmów - nie jestem w stanie tego zmierzyć, ale sporo (czasem strach otworzyć pieluchę). Oznacza to, że je coraz mniej piersi, co mnie niepokoi, bo mleko jest najlepszym tucznikiem i podstawą diety, rzecz jasna. Oczywiście, staram się dawać Jej pierś przed posiłkiem, ale przy karmieniu "na żądanie", kiedy dzień mija w stanie permanentnego dziubania "po trochu", ciężko jest trafić. Czasami przed posiłkiem Ona po prostu nie chce mleka i koniec.
Staram się Jej ufać i podążać za Nią. BLW zakłada, że dziecko wie, co robi- choć czasem trudno w to wierzyć.

Tutaj na arenę wkracza całe starsze pokolenie, które na wieść o "dziwacznym" sposobie karmienia wpadło w istny popłoch - znowu coś wymyśliła ta dziwna, przemądrzała matka.
Nie dość, że biedne dziecko jest głodzone "na piersi", to jeszcze w dodatku z "porządnego" jedzenia też nic nie zje, bo przecież, Bożesz Ty mój, nie podniesie przecież. A jak podniesie, to nie trafi do buzi. A jak trafi, to przecież zębów nie ma. A jak będą - to się przecież zadławi. Et cetera, et cetera, et cetera.
Staram się nie wkurwiać, ale słabo mi to wychodzi.

Dławienie- odpukać, brak!
Niesamowite, jak Ona uczy się radzić sobie z jedzeniem, z połykaniem, z rozdrabnianiem.
Czasami zakaszle trochę i po sprawie.
Większe kawałki wypluwa.
Czasem wodą zapije (uwielbia!) i spokój.
Mam nadzieję, że tak już zostanie.

Mamy sporo frajdy z takiego sposobu jedzenia.
Dla Niej to niesamowita przygoda - siedzi cała wymazana, ryż we włosach, dynia w nosie - ale za to jaka szczęśliwa!
A Ja? Cieszę się, że mogę towarzyszyć Jej w tej niesamowitej, kulinarnej przygodzie. I sama zaczęłam zdrowiej nas karmić, bo nigdy nie wiadomo, kiedy Melka zechce sięgnąć do mojego talerza.

A teraz żegnam, pędzę wyczyścić krzesełko do karmienia, zanim banan zaschnie na dobre.


#BEFORE...





#AFTER ;)
(tu to i tak jeszcze lajt..wyobraźcie sobie, jak wygląda dziecko... :)