środa, 11 listopada 2015

Blaski i cienie rozszerzania diety metodą BLW

Źródło: fotolia.com / Autor: Paul Hakimata

Mało mnie tu ostatnio, bo, pardon - sprzątam!
Marchewkę z podłogi, jajko z fotelika do karmienia, krupnik ze swoich spodni, brokuła wydłubuje spod fałdek pod szyją, kawałki dyni wyjmuję z nosa. 

Rozszerzanie diety rozpoczęliśmy z momentem wybicia 6ciu miesięcy- czyli po "Bożemu", jak przykazuje WHO dzieciakom wyłącznie piersiowym.
W ruch poszły gotowane (głównie na parze) marchew, brokuły, ziemniak, dobre gatunkowo mięsko and still counting.
Byłam w szoku, jak to możliwe, że tak mały bąk potrafi tak pięknie trafiać do buzi i memłać te kawałeczki swoimi łysymi dziąsłami.

Gdyby ktoś był niewtajemniczony: metoda BLW (Baby Lead Weaning = Bobas Lubi Wybór) zakłada, że dziecko od samego początku dostaje do wyboru kilka pokarmów stałych, w formie nie zmiksowanej i samo obsługuje się rękami. Dziecko samo decyduje czy i ile zje. I do tego je to samo, co rodzice (z tym, że rodzice jedzą zdrowo), posiłki są wspólne, w miarę możliwości. Tak w telegraficznym skrócie.

Poszłam tą drogą, choć nie uważam jej za jedyną słuszną.
Osobiście byłam ogromnym niejadkiem, cierpiałam na dziecięce zaburzenia odżywiania, więc jakoś intuicja mi podpowiedziała, żeby dać dziecku fun z jedzenia.
Jest to o tyle trudne, bo dziecię moje jest chuderlawe - w piątek kończy 8 mcy i waży 7100 kg (10ty centyl książeczkowy). Przy tym jest dziewczyna długa - 50-75 centyl, więc wizualnie smukła jest jak Naomi Campbel :) Z tym, że umówmy się - nie tego babcie i ciotki oczekują od kilkumiesięcznego niemowlaka :)

Jedzenie idzie nam fajnie - Młoda wybiera sobie, co tam chce (w różne dni są rzeczywiście odmienne produkty). Pije z kubeczka, z moją pomocą oczywiście, z wielkim zapałem - i wodę i zupy.
Raz zjada więcej, raz mniej. Za każdym razem jest ogromny bajzel i cyrk na kółkach.
To, że trafia do buzi, nie oznacza, że tony jedzenia nie lądują na podłodze, za kołnierzem, na ścianie, na foteliku...

Są takie dni, że mam wrażenie, że nic innego nie robię, tylko sprzątam.
Ratuje się, jak mogę: rozkładam folię malarską pod fotelikiem, dziecko rozbrajam z ubranek do niezbędnego minimum. Niemniej jednak zawsze są straty w meblach, podłogach i ludziach.

Zaczęliśmy od pojedynczych produktów, takich jak marchew, brokuł, ziemniak.
Teraz lecimy po całości i Młoda je niemal wszystko.
Hitem jest awokado (potrafi zjeść całe na jedno posiedzenie), biała pietruszka, seler, brokuł, krupnik i... chleb.
Młoda ma bardzo dziwne upodobania: jadła z wielkim zapałem kurczaka curry z mlekiem kokosowym, trawą cytrynową, chilli i innymi dobrociami, wprost z mojego talerza.
Wczoraj: zjadła co najmniej 10 łyżeczek zsiadłego mleka.
Mam plan serwować jej curry z kurczakiem i mlekiem kokosowym częściej - bo skoro Jej wchodzi, to nie widzę przeciwwskazań :) Muszę tylko albo sama zrobić mleko kokosowe, albo znaleźć dobrej jakości, bo większość tych dostępnych na ryku zawiera sporo syfu: konserwanty, E i inne cuda.

Trochę zmęczona wiecznym bajzlem próbuję Jej serwować niektóre produkty łyżeczką - takie jak przetarte owoce (np. morela z Hippa) albo kaszki (jaglana), ale strasznie Ją wkurza, że coś jej wpycham. Niestety, żeby coś zjadła muszę Ją zabawiać - czyli niezbyt edukacyjnie - a bajzel i tak jest ogromny.

Zjada sporo stałych pokarmów - nie jestem w stanie tego zmierzyć, ale sporo (czasem strach otworzyć pieluchę). Oznacza to, że je coraz mniej piersi, co mnie niepokoi, bo mleko jest najlepszym tucznikiem i podstawą diety, rzecz jasna. Oczywiście, staram się dawać Jej pierś przed posiłkiem, ale przy karmieniu "na żądanie", kiedy dzień mija w stanie permanentnego dziubania "po trochu", ciężko jest trafić. Czasami przed posiłkiem Ona po prostu nie chce mleka i koniec.
Staram się Jej ufać i podążać za Nią. BLW zakłada, że dziecko wie, co robi- choć czasem trudno w to wierzyć.

Tutaj na arenę wkracza całe starsze pokolenie, które na wieść o "dziwacznym" sposobie karmienia wpadło w istny popłoch - znowu coś wymyśliła ta dziwna, przemądrzała matka.
Nie dość, że biedne dziecko jest głodzone "na piersi", to jeszcze w dodatku z "porządnego" jedzenia też nic nie zje, bo przecież, Bożesz Ty mój, nie podniesie przecież. A jak podniesie, to nie trafi do buzi. A jak trafi, to przecież zębów nie ma. A jak będą - to się przecież zadławi. Et cetera, et cetera, et cetera.
Staram się nie wkurwiać, ale słabo mi to wychodzi.

Dławienie- odpukać, brak!
Niesamowite, jak Ona uczy się radzić sobie z jedzeniem, z połykaniem, z rozdrabnianiem.
Czasami zakaszle trochę i po sprawie.
Większe kawałki wypluwa.
Czasem wodą zapije (uwielbia!) i spokój.
Mam nadzieję, że tak już zostanie.

Mamy sporo frajdy z takiego sposobu jedzenia.
Dla Niej to niesamowita przygoda - siedzi cała wymazana, ryż we włosach, dynia w nosie - ale za to jaka szczęśliwa!
A Ja? Cieszę się, że mogę towarzyszyć Jej w tej niesamowitej, kulinarnej przygodzie. I sama zaczęłam zdrowiej nas karmić, bo nigdy nie wiadomo, kiedy Melka zechce sięgnąć do mojego talerza.

A teraz żegnam, pędzę wyczyścić krzesełko do karmienia, zanim banan zaschnie na dobre.


#BEFORE...





#AFTER ;)
(tu to i tak jeszcze lajt..wyobraźcie sobie, jak wygląda dziecko... :)






30 komentarzy:

  1. A jakie minusy tej metody? Ja jestem trochę sceptyczna, nie temu, żeby dawać dziecku wybór i uczyć go od początku rzuć, ale temu, aby skupiać się na jednej metodzie, nie mówiąc o tym, że "pachnie" mi to kolejną modą. Synka "karmiłam" tradycyjnie, wtedy ta metoda raczkowała, jak teraz będzie, to nie wiem, myślę, że wszystkiego po trochu:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Minus jest zasadniczy: chlew :)
      Sprzątania jest mnóstwo i myślę, że być może trzeba się odrobinę bardziej wysilić organizacyjnie: co dziecku podać i jak, żeby to się nadało do BLW.

      U nas to jakoś poszło intuicyjnie: Melka po prostu sama zaczęła sięgać po jedzenie.
      Picie wody z kubka stało się samo - po prostu sięgnęła po moją wodę, z plasterkiem cytryny w dodatku, spróbowałam i odkryłam, że się da.
      Nie trzymam się kurczowo zasad, łamie je: próbuję dawać jej jedzenie łyżeczką (z mizernym skutkiem, krzywi się), czasem zrobię jej "samolocik" łyżeczką, pomagam jej przytrzymać kawałki itd.

      Robię tak, jak mi się wydaje, że powinnam.
      I na razie, odpukać, działa :)

      Ale co się, kuźwa, nasprzątam, to moje :)
      Pranie non stop kolor, wszystko w plamach!!!

      PS. Znacie jakiś dobry odplamiacz do dziecięcych ciuszków?

      Usuń
    2. Vanish- wpierw zalewa w misce, zostawiam na min.godzinę a później piorę.
      Może z mlekiem spróbuj odciągać i dawać w kubeczku, to tak w ostateczności jakby nie chciała już pić wcale.
      Łe... tylko bałagan, ja mam od 5 lat w kuchni i salonie permanentny plac zabaw.

      Usuń
    3. Aha, czyli "dorosły" odplamiacz.
      Zastanawiałam się właśnie, czy mam kupować jakiś dla dzieci.. ale może spróbuję z Vanishem.
      Tym bardziej, że kilka moich rzeczy też jest do odplamienia ;)

      Co do minusów, to myślę, że poza bałaganem, to też trochę fakt, że czasem trzeba się na kombinować.
      Do papek ugotuje się warzywa, zblenduje i voila. Do słoiczka i można zabrać ze sobą na wyjście. Albo kupić gotowca i z głowy.
      A tu - trza się zastanowić co jej podać, jak jej podać, a to klopsiki, pulpeciki, kuleczki, słupeczki, a to nadziane muszle makaronowe czymś tam, a jeszcze jak to zabrać ze sobą na wyjście, a potem ją przebierać bo cała brudna, zawsze kompletne 2 zestawy ubrań, bo przecież się upaprze, u znajomych nasyfi na podłodze.
      Może potem, jak się nauczy jeść porządniej będzie łatwiej. Zobaczymy.

      Usuń
    4. Ja od początku używam Vanisha i Oli nic nie jest ;)

      Usuń
    5. Dziś pojechałam z Vanishem :) Dwa razy wypłukałam i zobaczymy.

      Usuń
  2. Chrzanić babcie i ciocie, ważne że Mela szczęśliwa! I chrzanić syf, przy papkach też jest i wcale nie wiem, czy mniejszy. My stosowalismy tradycyjne karmienie, ale szybko Klops zaczął pakować łapki w talerz i coraz więcej dostawał w kawałkach. Teraz jest na etapie 'ja sam' i nie pozwala się karmić :-) ale je, a to najważniejsze.
    Moim zdaniem metoda jest dobra wtedy, kiedy nam jest z nią dobrze i nic nie musimy robić na siłę.
    A co do krztuszenia się to Isa jest specjalistką, bardzo dobrze mi to wyłożyła przy okazji jej postu o jedzeniu Miłoszka :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O to to!
      Uważam, że nie ma jednej słusznej.
      Whatever works!
      U nas aukrat Mela sama- a i owszem, zje łaskawie, dama, awokado ;)))))
      Ale łyżeczką kaszę (btw. pyszna, za raz sama ją sobie skubnę na kolację) - nie ma mowy. Minę ma, jakbym jej kocie gówno dała do zjedzenia. O ile mi się w ogóle uda jej coś wcisnąć do buzi.

      A co do jedzenia Miłosza - muszę się skiknąć do Isy w takim razie, ale coś mi się kojarzy, że coś było na ten temat ;)
      Wspominałam chyba nawet, że się panicznie boje krztuszenia.

      Usuń
  3. Wreszcie jesteś,już się martwiłam :) Co do metody to nie mam pojęcia,naście lat temu nie było takowych. Może to i dobre . Mela szczesliwa to najważniejsze a ze Ty się nasprzatasz no to trudno,dasz rade. Babcie na bank modły odprawiają cobyś jej nie zagłodziła haha. W wolnej chwili (?!) zajrzyj PinkMamo do starszej mamy : matczyneturbulencje.blogspot.com ,takie tam próby moje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od teściowej już się ostatnio dowiedziałam, że "dzieci piersiowe tak mają, że brudzą" i, że "synek jej koleżanki też ma 8 miesięcy ale on pięknie je, nie wiadomo dlaczego Mela tak brudzi".
      Kuźwa, zapytałam się, czy przypadkiem sztućcami nie je.
      Co najlepsze - teściowej nigdy nie było przy posiłku Melki, no ale nic to.

      I zajrzę do Ciebie na bank ;)

      Usuń
    2. Jezuuuu, Pink!
      Twoja teściowa ma tak ciekawe teorie, że może powinnaś je spisać i wydać z ramienia jakiegoś poczytnego wydawnictwa :)
      Jestem bardzo ciekawa tego związku przyczynowego skutkowego między ssaniem piersi a szeroko pojętym brudzeniem. Poproś może mamusię, żeby rozwinęła myśl ;)

      Dziewczyny! Karmcie się tak, jak Wy lubicie- jak najdłużej. Bo wydaje mi się, że fajnie Wam idzie i źle by było, gdyby ktoś Wam psuł radość z tego.

      A u Ciebie te zaburzenia odżywiania to na jakim tle? Nie tolerowałaś czegoś, czy byłaś dzieckiem karmionym wbrew Twojej woli, że tak to ujmę?
      Buziaki i smacznego :)

      Usuń
  4. My mieliśmy parę niezbyt udanych epizodów związanych z tą metodą - Bąbel niestety nie był zachwycony koniecznością długotrwałego przeżuwania większych kawałków i zawsze skupiał się wyłącznie na zabawie nimi,ugniataniu w rączkach, rozmazywaniu po wszelkich dostępnych powierzchniach. Prawda jest taka, że jego generalnie trudno nakarmić CZYMKOLWIEK i w JAKIKOLWIEK sposób, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się jednak na karmienie tradycyjne (gdyby nie pełna łycha wędrująca do jego buzi i podawana maminą ręką, obawiam się, że żywiłby się wyłącznie energią kosmiczną ;) )

    Zgadzam się, że żaden sposób nie jest jedynym słusznym. Chyba każdą metodę trzeba po prostu dostosować do potrzeb, predyspozycji, upodobań i umiejętności dziecka - choć nie ukrywam, że ja kierowałam się również własnym komfortem psychicznym (w sensie mniejszego syfu, którego widok przy próbach BLW doprowadzał mnie do istnego rozstroju nerwowego ;) )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym bawieniem się jedzeniem jest tak, że metoda zakłada właśnie przez pierwszy czas, że dziecko nic nie zje, tylko będzie się bawiło jedzeniem. Że potrzebuje kilku tygodni (czy tam iluś) żeby się nauczyć jeść. A jak to w praktyce jest, to nie wiem, bo Melka jakoś od początku zjadała (wiadomo, ze nie wszystko), więc jest mi tu o tyle łatwiej troszkę.
      Choć czasem ma takie posiłki, że na prawdę niewiele zje - tak jak na złość, wczoraj u prababci - i staram się tym nie przejmować. Zjada wtedy więcej mleka.

      Natomiast syf to jest bez wątpienia co może prowadzić prostą drogą do zakończenia tych praktyk ;)
      Bez wątpienia ;)

      Usuń
  5. BLW to tak naprawdę żadna nowość, raczej powrót do korzeni :) Tak jak kp;) Tyle ze pokolenia przyzwyczajone do papek i kaszek z butelki patrzą ze zdziwieniem tudzież strachem
    U nas się sprawdziło, choć zdarzało się i nadal zdarza, że go karmię, np.zupą. Teraz Miłosz ma 17 miesięcy, potrafi sam jeść łyżką i widelcem. Nadal są straty, ale bez przesady.
    Co do odplamiania polecam odplamiacz Jelp.
    Trzymajcie się laski i olejcie oczekiwania babć, itp.Teraz chcą żeby Mela była słodkim pulpecikiem, za parę lat będą pilnować, żeby była smukłą laską, nie dogodzisz. Uściski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano właśnie, ja mam nawet taką teorię, że to z tych oczekiwań 'pulpecikowatości' bierze się później otyłość wśród dzieci. No bo jak później odzwyczaić malolata od wiecznego 'dopychania'? Nie licząc skrajnych przypadków niejadków/żarłoczków dzieci raczej jedzą tyle ile im trza. Nie ile babcia uważa za słuszne ;-)

      Usuń
    2. Tak sobie myślę, że kiedyś na pewno tak musieli dzieci żywić, bo przecież nie było mikserów :)
      Acz nie ukrywam, że na kolację lub śniadanie serwuje kaszę łyżeczką i jest to wygodne :)

      Usuń
  6. Nasze karmienie wygląda podobnie. Od kiedy mały przestał jeść papki obiad to istny Sajgon. Zakupiłam Parowar, gotujemy marchewkę, brokuły, ziemniaki zwykłe, bataty, rybkę, mięsko i tak dalej, wszystko zdrowo. Kacper wybiera sobie z talerza i szama. A ma czym. 8 zębów i wychodzą następne. Trochę się już gubię, bo nie chce już dać zaglądać sobie do paszczy. Ale mleko dalej uwielbia, gdy widzi butlę aż pieje z zachwytu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kacper to prawdziwy zuch zębowy (i nie tylko) :)
      ALE u nas też habemus zębum! :) Odkryty w piątek :)

      U nas też parowar poszedł w ruch przy rozszerzaniu diety.
      Wcześniej przeleżał w ciemnym kącie z kilka lat.

      Usuń
  7. U nas było podobnie :D Teraz już na szczęście aż tak bardzo Ola nie rozrzuca, większość trafia do brzuszka... a to co ląduje na podłodze to w większości to, co wyślizgnie jej się z rączki :)
    Myślę, że z każdym kolejnym miesiącem będzie coraz lepiej :)
    Na szczęście Ola i akceptuje słoiki i lubi też sama jeść, więc nie mam problemu z karmieniem jej, ale po obiadku i tak dopycha mleczkiem... być może też dlatego, że nie daję jej pełnej porcji, do tej pory duży słoik rozkładam na dwa dni, bo nie chcę rezygnować z karmienia, póki jeszcze okresu nie dostałam... dzięki temu moja endometrioza jest w uśpieniu... dlatego zależy mi na tym żeby jak najdłużej karmić, w szczególności cycem... a przynajmniej do roku czasu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam takie założenie, żeby karmić minimum rok czasu - choć już w sierpniu dostałam okres :/ Nieregularny, ale jest.

      Czyli jest nadzieja, że dziecko przestanie chlewić ;)
      U nas z łyżeczkowych rzeczy wchodzi morela z Hippa i czasami kaszka jaglana instant - ale go też nie zawsze :)

      Usuń
  8. Hehe jakbym widziała pobojowisko po naszym obiedzie ;) Mała była karmiona mieszanie, zupę łyżką, reszta blw. Mogą rodzina też dziwnie patrzyła, że taka mała, to przecież nie wie co robi, nie umie, udusi się omg itd.A z drugiej strony było : o jezu jeszcze karmisz piersią... Ręce opadają. Trzeba na to lać cienkim sikiem ;) Pocieszę Cię, że mała ma 19 miesięcy i po posiłku nadal wygląda tak jak u Ciebie, taka z niej świnka. Tylko dodaj do tego jeszcze zupę cieknącą po bokach, bo ona chce SAMA... Dobrze sprawdza się długi kubraczek do jedzenia z takiej jakby folii, podobne są do malowania farbkami ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaaa też nadal bajzel? Oł noł!
      Kubraczek do jedzenia mamy, ale zupa i woda - pite z kubeczka i tak trafiają za kołnierz!
      Tyle, że chociaż przed plamą chroni.

      Usuń
  9. Czad! :) U nas takie samo pobojowisko. I to w sumie nadal ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Juti, eeee nadal?
      Oł noł! Liczyłam, że Mela się nauczy niebawem :)

      Usuń
    2. Uczy się. Na przykład teraz, kiedy mu coś nie smakuje wypluwa/odkłada na talerz (albo naszą rękę), a nie na podłogę ;)
      I generalnie mniej trafia obok. Jedzenie widelcem było i jest super, no ale łyżeczka jest trudniejsza.
      Ale najważniejsze, dochodzą nowe pomysły- a gdyby tak wgnieść buraczki w dywan?;)

      Usuń
  10. Ale sajgon:D Na starość Ona będzie karmić Ciebie, więc sobie odbijesz;):D

    OdpowiedzUsuń
  11. "dzieci piersiowe tak mają, że brudzą" - padłam!
    Ty to masz niezłą bekę czasami, a w zasadzie często z tego co czytam:)

    Bardzo mi się ta metoda podoba! Tylko ten bajzel... trochę niepokoi;)
    Ale tyle już swoich cech zmodyfikowałam (wyostrzyłam/złagodziłam) w mojej drodze do Groszka, że może i z pedanterią sobie poradzę zanim się pojawi:)

    OdpowiedzUsuń
  12. Nieźle trafiłam z Twoim wpisem -
    właśnie jestem na etapie szukania informacji o BLW i przemyśleń, czy pójść tą ścieżką. Skłaniam się ku niej coraz bardziej i nawet Twoje zdjęcia jakoś mnie nie przerażają. Tylko będę miała podobny problem z teściową. Już dziś mnie podpytywała, kiedy będę rozszerzać dietę Małej i wspomniałam jej o BLW, to oczywiście usłyszałam, że przy papkach jest pewność, że dziecko będzie najedzone do syta... Khm, także zapowiada się wesoło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm dupa nie pewność :) czasem próbuje Młodej podać coś łyzeczką i nie ma opcji. Zazwyczaj wiecej zjada sama niz lyżką. Poza tym przez co najmniej 1 rok mleko jest podstawą diety i tym się najada- nie marchewką. Polecam książkę o BLW- da Ci wiedzę i argumenty- jakkolwiek się nie zdecydujesz karmić to warto przeczytać :) powodzenia!

      Usuń
  13. Niezly burdelik! ;) Ale co tam, moja 4-latka w sobote zdolala przewrocic miseczke z barszczykiem i zalac nim siebie, stolik, krzeslo oraz pol kuchni... :) A jak Mlodszy je jogurcik, to najbardziej cieszy sie pies. Waruje obok i tylko czeka az cos chlapnie na podloge. :D Na szczescie z widelcem radza sobie znacznie lepiej... :)

    Ja sobie BLW odpuscialam. Panicznie balam sie zadlawienia i jakos nie bylam przekonana do tej "mody". A Mlodszy w ogole sie do niej nie nadawal, bo brzydzil sie brac do raczki czegokolwiek, co mu sie slizgalo. Do dzis nie lubi. Dawalam jednak dzieciom do lapki a to chrupka, a to kawalek chlebka, jak podrosli tez biszkopcika. Ogolnie cos, co im sie zaraz w buzi rozpuscilo. :) Jesc samodzielnie na szczescie jakos sie nauczyli, chociaz niejadki z nich straszne. Tyle, ze tu podejrzewam geny mamusi, bo ja tez tragiczna bylam w dziecinstwie do nakarmienia. ;)

    OdpowiedzUsuń