wtorek, 24 listopada 2015

Boom!



Tak się szczęśliwie złożyło, że w ciągu ostatniego roku powiło dzieci kilka moich koleżanek, w tym dwie moje przyjaciółki.
I tak: Teo jest z listopada, Tymek ze stycznia, moja Melli z marca (wiadomooo :), Jasio z kwietnia, Pola z czerwca i Julek z lipca. Także mamy niezły harem.
Spotykamy się z dziewczynami i dzieciakami często-gęsto, plotkujemy a dzieci podejmują pierwsze próby wspólnych zabaw i interakcji. Nie wyobrażam sobie "macierzyńskiego" bez takiej grupy wsparcia.
Dzięki takiemu zrządzeniu zawsze mam z kim się spotkać, nie czuję się samotną planetą we wszechświecie, nie ma problemu z wychodzeniem z "niedzieciatymi". Wszystkie mamy podobne problemy, wątpliwości, zaliczamy podobne etapy rozwoju.

W tym gronie trzy wiedzą o moim in vitro a dwie nie.
Tak wyszło.
Nie ma drugiego dna. Po prostu.


Tego dnia spotkałyśmy się w trójkę, dwie pozostałe nie mogły dołączyć.
Dzieci fikały a my oddawałyśmy się ploteczkom.
Tryskałam energią, bo uwielbiam te nasze spotkania.

Mama A: Byliśmy z Teo na basenie. Strasznie mnie boli głowa... bo, no, oczekujemy :) Jestem w ciąży. Trzeci miesiąc ;)

My: O ja, jesteś w ciąży? Ale super!

Bardzo się ucieszyłam. Szczególnie, że ta koleżanka ma na koncie nieprzyjemną historię ze stratą ciąży, byłam wtedy wtajemniczona, także moje gratulacje były wyjątkowo szczere. 

Mama B: No dobra, skoro jesteśmy już w temacie, to ja też mam coś do powiedzenia... ja też jestem w ciąży! Bardzo wczesna, zobaczymy, jak to będzie.

My: Ooooo, nooo nieee, ale seriooooo? Super! Gratulacje!

Tu już zrobiło mi się dziwnie. Dwie ciąże w tym naszym wąskim gronie, wyskakujące spod dywanu na pełnym synchronie. Spooroo..

I gadamy. O drugiej ciąży, o tym jak to będzie, o podnoszeniu pierwszych dzieci będąc w ciąży z drugim, o lekarzach prowadzących, o porodach i nagle.... bum!

Mama A, do mnie: Ej, a Wy przecież możecie normalnie, no nie? Często się zdarza, że po in vitro normalnie się w ciąże zachodzi, także wiesz!

zapadła konsternacja
cisza
cegła w powietrzu

Ja, z wymuszonym uśmiechem: Em, dzięęęęki! Dziewczyny nie wiedziały, no, ale już wiedząąą! :)

Mama A: O Jezus, Pink, przepraszam... o matko.. przepraszam..

Ja (zmieszana): Nie no, luz... Jakoś nie było okazji..
No właśnie, dziewczyny, bo Mesia jest z in vitro..także, ten. Jakoś nie było okazji. 

Wierzcie lub nie, ale ja rzadko bywam zmieszana. 

Mama B i C: Ej, spoko przecież, normalne. Jedni tacy znajomi też... (i tak dalej i tak dalej).

Czułam jak cała moja energia i animusz tego dnia opuszczają moje ciało, i - trzymając się za rączki- znikają za rogiem.
Czułam, że trzęsę się w środku, że robię się czerwona a następnie blada.
Posiedziałam jeszcze chwilę, udając, że to wszystko nie zrobiło na mnie wrażenia, czując palące spojrzenia - to na mnie, to na Mesi.
Po czym wsiadłam do samochodu i uroniłam łzę na pierwszych światłach.

Dwie ciąże wyskakujące spod dywanu plus nieoczekiwany coming-out zbiły mnie z tropu i uderzyły w nieodpowiednie struny.
Dlatego właśnie niepłodność jest chorobą.

Zastanawiam się, czy przed kolejnym transferem będę musiała odstawić Mel od piersi?
Przez leki?

58 komentarzy:

  1. Ja często się zastanawiam czy niepłodność to choroba uleczalna . I często dochodzę do wniosku , że nie ... Pytanie czy z czasem ta choroba będzie równie bolesna . I tu mam nadzieję , że nie ...

    Transfer i karmienie ? Chyba jednak nie - tak na chłopski rozum . Ale to pewnie pytanie do Ojca Dyrektora .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co ciekawe, z całego naszego blogowego grona dziewczyn, które już mamami zostały o niepłodności i in vitro piszę chyba tylko ja. Cała reszta skupia się na blaskach macierzyństwa.
      To nie jest tak, że mi ta niepłodność jakoś strasznie teraz doskwiera. Jestem szczęśliwa, Meśka daje mi TYLE radości. Ale jakoś nie chcę odcinać się z tematyką bloga od tej niepłodności.
      Chcę, żeby ona tu była obecna i już.
      Dla siebie i dla innych.

      Buziaki dla Ciebie!

      Usuń
    2. Oj kochana, widać, że do mnie nie zaglądasz... :( ;)

      Usuń
    3. Oj kochana, widać, że do mnie nie zaglądasz... :( ;)

      Usuń
    4. Kochana, chyba jakoś przegapiłam :) Za raz nadrobię!

      Usuń
    5. Oj Pink nawet nie wiesz jak ta choroba we mnie jeszcze siedzi... Chociaz powinnam juz zapomniec. A wydawalo mi sie wtedy ze jakos sie trzymam, ze mam wszystko pod kontrola. Duzo by pisac... Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Mysle, ze gdybys podeszla na cyklu naturalnym ilosc lekarstw bylaby minimalna. Ale, tak jak pisze Anetka, to pytanie do lekarza...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę zadzwonić do kliniki i odpytać.
      Z czystej ciekawości ;)

      Usuń
  3. Ja może zacznę od tego, że trochę zazdroszczę Ci takiej babskiej grupy wsparcia. Sama nie muszę sobie wyobrażać swojego macierzyńskiego/wychowawczego bez towarzystwa innych mam...nie muszę, bo takiego towarzystwa nie posiadam i jedynymi innymi mamami, z którymi mogę dzielić swoje "cienie i blaski" są te blogowe, wspierające mnie wirtualnie (choć może lepiej, bo myślę, że z wieloma osobami w realu nie znalazłabym tyle wspólnych płaszczyzn, ile znajduję z nimi :))

    Natomiast odnośnie tego mimowolnego coming-out'u, koleżanka pewnie nie miała złych intencji i po prostu nie wiedziała, że pozostałe dziewczyny nie są wtajemniczone...co nie zmienia faktu, że mogła jednak ugryźć się w język i to z Tobą najpierw skonsultować...

    Zastanawiają mnie również te "palące spojrzenia"- bo też czasami tak to odbieram jako mama adopcyjna, kiedy ktoś się o fakcie adopcji dowiaduje. I tak sobie myślę, na ile one rzeczywiście są "palące", a na ile to my same je w ten sposób postrzegamy, bo w głowie nadal mamy tak poukładane, że adopcja czy i vitro to jednak jakaś inność; jakaś opcja, której nie ma "w standardzie"...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, wcale nie wiem czy te spojrzenia były palące.
      Być może byłam jedyną osobą, na której te rewelacje zrobiły wrażenie.
      Chodzi o sam fakt, że nagle dwie ciąże w zestawieniu z moim IVF wyskoczyły jak Filip z konopi :)

      Koleżanka na pewno nie chciała źle.
      Przepraszała mnie jeszcze potem, przejęta. Nie mam do Niej pretensji.

      Usuń
  4. Często się zastanawiam jak to jest z ta niepłodnością…Widać nie można jej wyleczyć, ewentualnie „wyciszyć”. Nie trawa może aż do śmierci, ale to menopauzy na pewno ;) Po urodzeniu synka mieliśmy krótki okres, kiedy znów byliśmy „płodni”, znów mieliśmy moc, ba! nawet unikaliśmy ciąży. W ciąże zaszłam w „ostatnim momencie”, wszystkie małżeństwa z podobnym stażem miały już dzieci, „wpadały” ostatnie bezdzietne i młodsze od nas pary. Niestety nawet w ciąży niepłodność rzucała na mnie cień, bo walcząc nią kilka lat poznałam tyle historii strat, że pozbawiło mnie to spontanicznej radości. Najlepiej było właśnie te kilka mcy po porodzie, kiedy w ciąży autentycznie nie chciałam jeszcze być, a po upojnej nocy budziłam się nawet zlana potem z pytaniem „Co ja zrobiłam?” ;) Niestety czas szybko mija, zapragnęliśmy drugiego dziecka, nie udało się naturalnie, nie pomogło to co zadziałało z Olkiem (iui). Znów jesteśmy „w tyle” – inni mają już po dwie pociechy. Kiedy się teraz staraliśmy (w sensie medycznym) było mi ciężko, ale narazie odpuszczamy, bo nie wiem co dalej, nie chcemy podchodzić do in vitroi, iui tracą sens…i trochę się otrząsnęłam, staram się doceniać szczęście, które mamy, mimo, że wiele par ma dwójeczkę, zna takie, które wciąż są same…
    Jakby nie było Pink, wygrałyśmy z niepłodnością, mamy dzieci, znamy smak macierzyństwa, wiemy co to znaczy mieć pod sercem małego człowieczka, ja już wiem (Ty dowiesz się wkrótce) jakie to uczucie, kiedy dziecko zarzuca Ci rączki na szyję i dając mokrego buziaka mówi „mamo kocham” :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na te ostatnie słowa aż mi się oko zrosiło :))

      Właśnie taka dziwna ta niepłodność. Wlecze się, Rozkłada swoje macki.
      U nas mamy do czynienia z czynnikiem męskim, więc do tego wszystkiego czasami pojawia się jeszcze jedna, bardzo śmierdząca myśl. Może kiedyś napisze.

      I tak mamy szczęście Bahati, że znamy smak macierzyństwa.
      A smakuje super.

      Usuń
    2. Ojej zachodzę w głowę o czym myślisz...może na priv?

      Usuń
    3. Ojej zachodzę w głowę o czym myślisz...może na priv?

      Usuń
    4. Napiszę Ci na priv, jeśli znajdę u Ciebie blogu @ :)

      Usuń
    5. Nie znalazłam @
      Napisz: pinkthinkblog@gmail.com

      Usuń
    6. Napisałam Ci mail. Tak sobie jeszcze myślałam o naszej wymianie zdań , czy się dobrze zrozumiałyśmy. Jak widziałaś w ostatniej notce niepłodność nadal jest mi bliska, ale teraz jest to niepłodność wtórna, czysto fizyczna, bo znów nie mogę zajść w ciążę, ale cień niepłodności towarzyszył mi i w ciąży i po niej, nawet wtedy kiedy jeszcze w ogóle nie myśleliśmy o drugim dziecku. Nawet na blogu miałam podtytuł „Naznaczeni niepłodnością”. W zasadzie myślę, o tej niemocy towarzyszyła mi codziennie, ale nie zawsze w negatywnym sensie, czasami potęgowała radość, kiedy trzymałam małego w ramionach i myślałam „nareszcie”. Reasumując, niepłodność naznaczyła nas na zawsze …

      Usuń
  5. Jak przeczytalam o takim babskiej grupie wsparcia... poczulam zazdrosc!! Super, super i jeszcze raz super! Połowę kryzysów można zdusić w zarodku (nomen omen) :)
    Ja niestety takiego szczescia nie posiadam, jest jedna kolezanka "dzieciata", ale glownie na telefon, bo z mobilnoscia u nas slabo. Do tego pogoda. Takze... jakos tak... bywalo lepiej.
    Ale news o ciazach.... kurcze... do tego taki podwojny news... dla nas nieplodnych to juz za duzo. Rozumiem, niestety rozumiem.
    A sa momenty kiedy wydaje mi sie, ze nieplodnosc poszla w cholere. Poszla.. i schowala sie za rogiem. Siedzi i obserwuje.
    Takiego coming outu tez nie zazdroszcze. U mnie wiedza 3 najblizsze przyjaciolki... i enough... w obecnych okolicznosciach przyrody nie mam ochoty nikomu mowic. Wlaczyl sie instynkt "chronie dziecko".
    O drugim dziecku tez mysle. Ale obecnie chyba chwilowy kryzys (tak, tak.. grupa wsparcia by sie przydala!!!) Tez karmie piersia.... i uwielbiam to. Ludze sie, ze nie trzeba bedzie przestac.
    Pozdrawiamy!!!
    A na temat rozszerzania diety jeszcze cos napisze... bo czytam, mysle, a komentarze jakos srednio mi wychodza. Musze sie poprawic. Promise!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ania no tak, gdybym miała siedzieć z Małą w domu z mocno ukróconym życiem towarzyskim, to z całym szacunkiem dla zajebistości macierzyństwa- zwariowała bym!
      Pogoda się sypnęła, to fakt - choć mam zamiar opatulić dziecko i ruszyć w teren, jak tylko wyleczymy gile.

      Jeśli masz ochotę to mogę robić za Twoją grupę w realu :) Możemy się umówić na kawę lub jakiś spacer w ładniejszy dzień. (bo dobrze pamiętam, że z jednego miasta jesteśmy?)

      Buziaki!

      Usuń
    2. Pink! Myślę, że będziesz super grupą wsparcia! Tak, tak, jesteśmy z tego samego miasta :) Baaardzo chętnie piszę się na jakieś spotkanie. Daj znac kiedy wyleczycie gile :)
      Aaa...zapomnialam, mialam napisac....kiedyś mi się snilas! Wlasnie, ze bylysmy na Pietrynie i poszlysmy na herbate (do jakiejs dziwnej, chyba nieistniejacej w realu knajpy) i gadalysmy o kp! To bylo chyba po tym jak umiescilas zdjecia ;) Bo ja caly czas sny mam ciekawe :)

      Usuń
    3. Hehe.. ;)
      Podleczę gile i wcielimy sny w rzeczywistość :)
      Może przyszły tydzień by się jakoś udało :)

      Usuń
    4. To żeby nas było więcej to ja chętnie dołaczę do spotkania,jeśli mnie przyjmiecie.
      Pink masz do mnie maila więc gdyby co pisz.
      Ps.My myślimy już o powrocie po nasze dwa mrozaczki i trzeba odstawić kp ponieważ macica się spina i moze dojść do poronienia. ( Moja znajoma ma synka rocznego i teraz jest w 9 tyg. -naturals i ciąża mega zagrożona, macica się stawia a syn mega cycowy i ciężko go odstawić).
      Jest jeszcze kwestia powrotu organizmu do normy czyli okres itd.Ja pomimi tylko nocnego kp nadal jestem uśpiona i organizm ani myśli wrócić do normy.

      Usuń
  6. Oj Pink, wiem jak takie coś potrafi spierdolić cały nastrój... Niestety tak jest, że jeśli o tajemnicy wiedzą 3 osoby, to wiedzą już wszyscy... Z tym, że Twoja koleżanka zrobiła to niechcący, a moja siostra z premedytacją (no comment...). To się za nami będzie ciągnęło całe życie, ale nie jestem pewna czy można do tego przywyknąć :/. Ja na blogu ostatnio nie piszę o niepłodności, bo teraz jest to dla mnie tak ciężki temat, że będę musiała mieć dużo siły, by się go znowu podjąć. Patrzę przez pryzmat urodzenia dziecka chorego. Kara w chuj, co? No i drugim mega problemem jest fakt, że chcę drugie dziecko, ale się boję, że będzie chore. Że zarodki są chore itd. A mąż nie chce wcale. Bez jego zgody mi ich nie zapodadzą i taka masakra. Dlatego nie chcę tego rozgrzebywać i analizować, chociaż właśnie pokrótce to robię ;). pamiętaj, że Mela to Twój cud i sraj na wszystkie tego typu akcje. Popłakałaś, poczułaś się wiem jak, ale teraz czas to zostawić i mimo wszystko odganiać te myśli i wspomnienie tego dnia. Prawdopodobnie reszta koleżanek czuła się z tym naturalnie i po nich spłynęło ;) Mumi wszystko tulę :*.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj Kochana, rzeczywiście masz przeboje :/
      Może dało by się zarodki zbadać przed transferem? Może można z lekarzem pogadać o tym jakie są szanse, że sytuacja się powtórzy?

      A co do mojej akcji to luz, spoko, nic strasznego się nie wydarzyło - łza na światłach spłynęła i na tym koniec. A na bloga wrzuciłam, no bo jakże się takim newsem nie podzielić :) Idealnie się wpisuje w tematyke.

      Usuń
  7. Dlatego właśnie ja NIKOMU nie mówiłam i nikomu nie powiem. Jestem przewrażliwona na samą myśl o tych palących spojrzeniach i szeptach za plecami między mamami "naturalnymi". Brrr.
    A co do niepłodności jako takiej, to zawsze pozostanie jej cień nad nami. Ja jestem na samym początku ciąży po trzeciej pełnej procedurze i powiem Wam, że jak zobaczyliśmy pozytywny test to nie wpadliśmy w euforię, bo po prostu panicznie boimy się cieszyć!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratuluję! :) Super, że się udało.

      Z tymi palącymi spojrzeaniami może trochę przesadziłam w poście. To są fajne dziewczyny, z otwartą głową, myślące - czy to na nich zrobiło jakieś wrażenie - nie wiem.
      Strzelam, że na mnie większe ;)

      Usuń
    2. Anonimowa trzymam kciuki! Doskonale Cie rozumiem! Szczesliwej i spokojnej ciazy a potem radosnego rodzicielstwa!

      Usuń
  8. Wczoraj jadąc samochodem widziałam taką bandę matek;)Fajna sprawa od razu rogal na gębie! Jedne w wózkach, inne w chustach.Cóż ludzie plotkowali i będą plotkować.Pewnie prędzej czy później ktoś by się wysypał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taka banda mamusiek jest extra :)
      Wyglądałyśmy dość śmiesznie latem - 5 lasek siedzących w kawiarnianym ogródku z wózkami, a jeszcze jak zaczęłyśmy zbiorowo karmić to już w ogóle :) CYRK :)
      (dyskretnie, bez machania cyckiem, żeby nie było - nawet ja, siedząc przy jednym stoliku, żadnej piersi nie widziałam).

      Usuń
  9. Acha, zapomniałam. W mojej klinice trzeba odstawić od piersi by zrobić transfer.

    OdpowiedzUsuń
  10. Och Pink, przykro mi, że tak cię załatwiła koleżanka! Myślę, że z klasą i fajnie wyszłaś z tej sytuacji. Strasznie zazdroszczę tej grupy wsparcia, bo ja niestety jestem tą samotną planetą, o której mało kto pamięta. A jestem z synkiem w domu już 15 miesięcy, własnie zaczynam wychowawczy i wracam zaraz po moje zarodki na ostatni transfer (w piątek ocena cyklu i pewnie mniej więcej ustalenie daty). Co do zakończenia kp, to wydaje mi się, że nawet nie przez leki, a przez wydzielane w czasie kp hormony powinno się przerwać karmienie, podobno kp we wczesnej ciąży może powodować poronienia. Wiem, że są kobiety, które karmiły w ciąży, ale chyba nie jest ich jakoś dużo. Mnie gin pytał, czy nie karmię.
    Pozdrawiam
    Kasia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasia, trzymam kciuki za kolejny transfer ;)

      Usuń
    2. Karmienie piersia wywoluje skurcze macicy. Nie powinno sie go kontynuowac przy ciazy zagrozonej. Przy zdrowej ciazy nie ma zastrzezen. Ja karmilam Starsza do 5 miesiaca drugiej ciazy. Karmilabym dluzej ale potwornie bolaly mnie piersi i nie dalam rady. :/

      Usuń
  11. I dodam jeszcze, że mi temat niepłodności nadal siedzi mocno w glowie mimo tego, że już nam się udało. Bardzo często (o czym tu z resztą pisałam) myślę o moich zarodkach, uczestniczę w tej dyskusji dookoła in vitro. Czuję się podobnie jak piszesz.

    Kasia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze wiedzieć, że nie jestem jedyna.

      Usuń
  12. No to koleżanka się nie popisała. Tak zadane pytanie byłoby moim zdaniem conajmniej niedelikatne nawet
    gdybyście rozmawiały w cztery oczy ("możecie normalnie" c'mon!), a zadane w szerszym gronie jest po prostu nadszarpnięciem zaufania. Szlag by to! Jak na taką krzywą sytuację uważam, że zareagowałaś koncertowo.

    Co do tajemnicy... ja na razie nikomu jeszcze nie powiedziałam o naszym IVF... właśnie ze względu na obawę przed takimi sytuacjami. Z jednej strony są osoby egocentryczne, o empatii metalowego garnka. Z drugiej są i takie, które mają dobre intencje (ale czy zadaniem osoby zmagającej się z chorobą powinno być analizowanie intencji innych, kiedy wlasnie poczuła się zraniona po raz kolejny?). Z trzeciej są i takie, które mam wrażenie nie mają ani złych ani dobrych zamierzeń, a temat traktują jak "rozrywkę" (ot dobry temat na ploteczki). Nie chcę, żeby mój ból i moja choroba była dla kogoś tematem pogawędki.
    Chciałabym, żeby IVF było czymś naturalnym. Żeby nie stanowiło sensacji dla otoczenia, ani takiego obciążenia dla nas. Żeby można było rozmawiać o nim jak o zapaleniu pecherza. Ale tak nie jest.

    Na razie moje radzenie sobie wyglada tak, że nie mówiąc o problemie nie muszę analizować, z którą z trzech powyższych sytuacji mam do czynienia. Gdy usłyszę coś przykrego, raniącego mogę zawsze wytłumaczyć sobie, że to z niewiedzy wynika, a nie złych intencji, egoizmu, braku empatii... Tak jest jakoś łatwiej na razie.

    Mam jednak nadzieję, że kiedyś na tyle stanę na nogi, żeby zmierzyć się z problemem w inny sposób. No bo jak świat ma oswoić ten problem, jesli nie będzie się o nim mówiło, kto ma tych ludzi "wyedukować" jak nie my...

    Kochana ja się z jednej strony cieszę, że temat niepłodności pojawia się jeszcze u Ciebie, nazywasz rożne sytuacje i emocje z którymi i ja się zmagam. Z drugiej strony z całego serca Ci życzę, żeby ten temat pojawiał się w Twoim życiu coraz żadziej, aż w końcu by całkiem zniknął.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja to się zawsze rozpiszę, ehhh... ;)

      Usuń
    2. Heh, też nigdy nie byłam dobra w krótkich komentarzach ;))))

      Tak sobie myślę, że musu nie ma:
      kto chce niech mówi, kto nie to nie.

      U mnie na blogu ten temat będzie się pojawiał, bo o tym jest ten blog, taka jest jego geneza i nie odetnę się od tego - chociażby dla konsekwencji.
      Blogów czysto parentingowych jest na pęczki. NIe czuję potrzeby pisania o pierwszym zębie mojej córki - a jest! Za to o tym - tak.
      Zresztą wiele osób do mnie pisze, mam wiele sygnałów, że pisanie o tym jest potrzebne - więc piszę, nie tylko dla siebie samej ale i dla tych duszek, którym to się przydaje, które czują się zrozumiane, które czasem same u siebie potrafią nazwać pewne emocje.

      Także tak to ;)

      Usuń
    3. O wlasnie, ja pisze rowniez o adopcji nie dlatego, ze dreczy mnie ten temat, tylko dlatego, ze to skladowa czesc naszego zycia i tyle. I tez mam sygnaly, ze to jest potrzebne. Szczegolnie, ze adoptowalismy w UK, a wiele osob tutaj nie ma pojecia, jak sie do tego zabrac.

      Usuń
    4. Potrzebne:) To co obie piszecie:)
      Buźka!

      Usuń
  13. Jakoś ja tego nie ogarniam, to invitro to stygmat jakiś ze coś? Po co non stop wałkować ze dziecko z invitro? Jakie to ma znaczenie? Chyba lepiej przejść z tym do pirądku dziennego bo jak pozwolisz wszystkim wokół o tym kłapać to tak już będą non stop a chyba powinni widzieć inne Wasze cechy niż głównie tą w jaki sposób poczęliście dziecko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale nikt nie powiedział ani nie napisał, że stygmat.
      Nikt również nie wałkuje i nie kłapie :)
      Koleżanka walnęła, nie mam do niej pretensji i nie sądzę również, żeby tamte dziewczyny patrzyły na nas jakoś inaczej :)
      Domniemuję, że tamta sytuacja zrobiła na mnie większe wrażenie niż na nich. A i u mnie - było minęło ;))

      Usuń
    2. A to źle zrozumiałam.

      Usuń
  14. Pink, Pink...
    Przytulam, po prostu. Może za duża kumulacja- te dwie ciąże, plus Twoje in vitro. Piszesz, że dziewczyny w porządku, i że ta, która spontanicznie oświeciła resztę, też, także budujące jest to, że nie będzie to miało (chyba?) żadnego odbicia, żadnej rysy w Waszych relacjach, a to- w sumie jest w tym wszystkim najważniejsze.
    I dołączam się do tych, które Ci zazdroszczą :) Ja nie mam nikogo w realu, z kim mogłabym dzielić te matczyne radości, rozterki, wzloty i upadki- stąd moja aktywność tu- w blogosferze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co do kp, to pomijając leki, to nie wiem, jak ciąża z in vitro jest traktowana, bo przy naturalnej zdrowej ciąży można spokojnie karmić starsze dziecko, wiem natomiast, że kobiety, które mają zagrożoną ciążę, albo taką z grupy podwyższonego ryzyka, muszą odstawić dziecko od piersi. Ssanie może stymulować skurcze macicy zdaje się.

      Usuń
  15. Pink, już wiesz, kiedy chcesz podejść do transferu? To już niedługo? Przy przygotowaniach na naturalnym nic się nie bierze, więc będziesz mogła karmić. A o tym co dalej, jeśli się uda, musisz porozmawiać z lekarzem. Tylko hmm, czy taki od leczenia niepłodności będzie się przejmował Twoim karmieniem?

    OdpowiedzUsuń
  16. Ja mam inaczej, choc tylko do pewnego stopnia. Ciaze nie robia na mnie wrazenia (wreszcie!;-), o adopcji gadam otwarcie, czasem czuje przez skore, ze ktos tam patrzac na nasza corke zastanawia sie zbyt doglebnie nad jej genami, ale ogolnie to rzadko sie to zdarza, a do tego mamy luz w tym temacie, serio. Chyba ze ktos kiedys walnie cos chamskiego, ale osobiscie jeszcze mi sie nie zdarzylo byc w takiej sytuacji. Nie czuje zadnego bolu ani nie pesze sie, kiedy temat wychodzi. Ale pamietam, jak to jest. Az za dobrze. I to jest to, co laczy nas wszystkie. Tego sie nie zapomina i juz.
    Kolezanka faktycznie nie powinna byla, ale tez fajnie, ze przeprosila, a Ty rozumiesz, bo czasem naprawde mozna cos chlapnac bez przemyslenia.
    Generalnie lubie tu zagladac rowniez dlatego (bo nie tylko), ze wracasz do tego tematu, a nie odcielas sie od niego. A z drugiej strony nie ma nic zlego w checi odlozenia go na polke, moze komus juz sie przejadl i tyle. A teraz przydalaby sie jakas puenta, ale nie mam zadnej;-)

    OdpowiedzUsuń
  17. Co za koleżanką....jak dla mnie to wypaliła to specjalnie. Tylko dlaczego? Może poczuła się lepsza,bo sama naturalnie...nic jej nie usprawiedliwia,brak taktu, wyczucia, wyobraźni, brak serca....

    Zareagowalas z klasą, naprawdę. Ściskam!

    OdpowiedzUsuń
  18. To straszne... :(
    Zamiast cieszyć się, że się udało... może nie naturalnie, ale w końcu jest Mesia taka Wasza, taka cząstka Ciebie i męża, to Ty musisz się czuć tak, a nie inaczej w tym podobnej sytuacji... :( Mam nadzieję, że kiedyś to się zmieni. Może nie powinnam mieszać do tego Boga, bo niby kościół przeciwny in-vitro, ale uważam, że nic nie dzieje się bez przyczyny i jednak mimo wszystko, nasze życie, to co nas spotka jest nam zapisane przez Boga już od dawna.
    Przytulam mocno! :*

    OdpowiedzUsuń
  19. Oj rozumiem... miałam kiedyś dość podobną przygodę...
    Trzymaj się ciepło i pogadaj z lekarzem, bo leki to raz, ale dwa jak wygląda macica (wiem od koleżanki, bo właśnie myśli o drugiej ciąży a ona akurat musi odstawić dziecko od piersi, jej organizm tak działa, że macica jest kompletnie czysta, endometrium zero, zero @ - ale wiem, że nie każdy tak ma).

    OdpowiedzUsuń
  20. To, że ciąża jest z in vitro to nie jest powód do wstydu czy zmieszania.
    Przynajmniej dla mnie.
    Koleżanka pewnie się zapomniała i tak wyskoczyła.
    Ja nie ukrywam przed koleżankami tego, że staram się o dziecko przez in vitro.
    Dla mnie to powód do dumy.
    Moje przyszłe dziecko jest bardzo chciane i długo wyczekiwane.
    Nie wiem ile jeszcze przyjdzie mi czekać i będę walczyła do końca.
    Dla mnie to, że nie mogę naturalne zajść w ciążę nie sprawia żebym czuła się gorsza.
    Po prostu jestem chora i potrzebuje leczenia, które mi to umożliwi.
    Troszkę nie rozumiem tego jak można nie powiedzieć koleżankom...
    Wśród mojego grona bliskich osób z którymi się spotykam wszyscy widzą.
    Trudno żebyśmy się spotykali, a żeby cześć wiedziała, a część nie.
    Zawsze ktoś by się wygadał przez przypadek, a później to mi byłoby niezręcznie. Przez to, że części osób powiedziałam, a reszcie nie...
    Może mam troszkę luzackie podejście do tematu in vitro i nie jest dla mnie tematem tabu rozmowa o tym.
    Dziewczyny dopytują jak to wygląda, ja odpowiadam. Nie zawsze rozumieją o czym mówię, jednak są w temacie i trzymają kciuki za mnie :)
    Obojętne czy jadę na punkcję, transfer czy na usg :)
    Najważniejszea, że masz córeczkę z in vitro i mam nadzieję, że też tego się doczekam kiedyś :)

    OdpowiedzUsuń
  21. Pink, no nie fortunnie wyszło z koleżanką, że się wygadała.. Ale fajnie, ze przeprosiła. Dużo piszesz o niepłodności.. O niepłodności nie da się zapomnieć. Wymazać tych wszystkich lat z pamięci. Ja, choć pewnie za niedługo (oby! :) zostanę mamą, będę wracała do tego tematu pewnie dość często..

    OdpowiedzUsuń
  22. Btw Teo to super imię, jak moje bąble ze mną zostaną, to muszę rozważyć ;) To zdrobienie, czy tak im zarejestrowali? Ja już po transferze, w czwartek zabralam moje dwa ostatnie zarodki z kliniki.
    Pozdrawiam,
    Kasia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całościowe imie to Teodor :)
      Trzymam kciuki za wynik transferu ;)

      Usuń
  23. Info odnośnie zakończenia kp u mnie w komentarzach, pod postem o tym ;) Przyniósł mikołaj prezenty?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widziałam, dzięki za info :)

      Nie robiliśmy Młodej w tym roku Mikołaja jako takiego :)
      Uznaliśmy, że jest za mała a zabawek ma w cholerę :) Dostała... dwie czapki i metkowiec ;)
      Ale za to były spacery, były tańce do muzyki z mamą i tatą po salonie, były harce, był pisk i śmiech :)
      Także... ehh... cudownie :)

      Usuń