czwartek, 31 grudnia 2015

Żegnaj 2015. Będę tęsknić.



Ostatnie godziny 2015' spędzam z rozrzewnieniem i nostalgią.
To był wspaniały rok. Chyba zaryzykuję stwierdzenie, że najlepszy w moim życiu.
Na pewno najbardziej obfity w kaskadę pozytywnych, ciepłych uczuć.
Mam wrażenie, że w tym samym czasie zgubiłam i odnalazłam siebie.
Dziecko i odcięcie od pracy i wszystkiego, co się z nią wiąże, pozwoliło wypłynąć na wierzch wszystkim moim najlepszym cechom.
Wyciszyłam się, przestałam miotać i walczyć.

Tulę do serca wspomnienia ostatnich tygodni ciąży - trudnych, ale jakże tęsknię.
Tulę wspomnienie koszmarnego strachu przed porodem, przeciągającego się oczekiwania na poród.
Tulę wspomnienie tego szczęśliwego piątku trzynastego, tegoż marca cudownego, kiedy oboje zobaczyliśmy i przytuliliśmy to ciepłe, małe, cudowne ciałko.
Tulę wspomnienie pierwszego kontaktu skóra do skóry i słodko-owocowo-pudrowego zapachu Jej główki tuż po pojawieniu się na świecie.
Tulę wspomnienie pierwszego karmienia i tej dumy, że jest! mogę nakarmić sama własne dziecko.
Tulę pierwsze uśmiechy.
Tulę te wszystkie cudowne chwile, kiedy kurczowo przyciskając Ją do siebie, wdychając mocno Jej zapach odkryłam prawdziwą definicję słowa "miłość".
Tulę te wszystkie chwile, kiedy budzę się nad ranem i widzę nas wszystkich śpiących w jednym łóżku: Ją, wtuloną w plecy chrapiącego ojca i mnie, wymiętą i niewyspaną, gdzieś na brzegu łóżka, w nogach ciepłe, rozlazłe koty.

Mogłabym tak tulić jeszcze długo.
Z żalem żegnam ten rok. Rok, w którym przyszła na świat nasza Córka. Że mija. Że to się "ne vrati".
Ten rok, który Ona będzie setki tysięcy razy wypisywać na druczkach do urzędów, banków. Który za niecałe 18 lat zamieszka na Jej dowodzie osobistym.

Żegnaj 2015.
Tulę Cię bardzo, bardzo mocno. I dziękuję.
I z nadzieją witam 2016.

Życzę Wam wszystkim spełnienia marzeń.
I znalezienia u siebie, tam w środeczku, takiego generatorka szczęścia, którego sami sobie będziecie napędzać. Nie inni. Nie kasa. Wy sami.

Tulę Was wszystkich!


piątek, 11 grudnia 2015

Wstrzymanie refundacji in vitro

Autor: (genialny) Andrzej Rysuje Milewski, źródło: http://www.andrzejrysuje.pl/koniec-in-vitro/

No dobszzzz... czas to wreszcie powiedzieć.
Ukisiłam sobie tego posta kiiilka ładnych dni, czas wreszcie chlapnąć.
Nie do końca kulturalnie będzie, ale chociaż rzeczowo.

Wstrzymali, to było wiadome, prawda?
Aż mi się wyć chce, kiedy pomyślę o tych wszystkich parach, których pozbawili szansy, radości, doznań macierzyństwa. Którzy nigdy nie zasmakują tego szczęścia, które ja codziennie kurczowo ściskam w ramionach, od marca.
Może będę suką, I don't care, ale życzę tym, którzy tą decyzję przeforsowali, żeby posmakowali niepłodności i wtedy pogadamy.
Wtedy to będą, jak ten ksiądz czy biskup, zwał jak zwał, co pisał do dyrektora jednej z klinik, żeby siostrzenicę wpisali na listę refundacyjną IVF.
Bo pierdolić, excuse my french, o czymś, o czym się nie ma pojęcia, to sobie każdy może. Do czasu.
Karma is a bitch.

OK, wdech, wydech.
Nie wchodzę w polemikę, czy in vitro jest dobre czy złe.
Moralne czy nie.
Jak wiemy i jak wyczytać można na łamach mojego bloga, jest to spór nierozstrzygalny.
Prawda ma wiele oblicz.
Zostawmy to.

Dla mnie jednak, decyzja o wstrzymaniu refundacji nie jest decyzją, że tak to nazwę, finansowo-logiczną a ideologiczną.
Argumenty ZA wstrzymaniem finansowania trzęsą mną w posadach i przyprawiają o istny wkurw. Bo są bzdurne.
Czas się z nimi rozprawić.

#1 In vitro to nie metoda leczenia niepłodności
choćby się zesrali ze świętego oburzenia, to jest metoda leczenia niepłodności i koniec.
Tak orzekło WHO i nie ma z tym co dyskutować.
Mogą sobie mieć inną opinię, ale fakty są i będą.
Niepłodność z definicji to stan, w którym zachodzi niemożność zajścia w ciążę. In vitro ten stan zmienia a przynajmniej daje dużą szansę.
Żeby zobrazować: insulina też cukrzycy nie leczy jako takiej, ale nikt jakoś specjalnie nie dyskutuje z zasadnością jej użycia.

IVF nie leczy natomiast PRZYCZYN niepłodności, żeby było jasne.
Tzn. zdarza się, że czasami leczy, bo się okazuje, że po IVF para normalnie zachodzi w ciążę, ale to jest, nazwijmy to, skutek uboczny.

Mam nieodparte wrażenie, że całe to zamieszanie z nomenklaturą, czy IVF jest metodą leczenia czy nie, jest spowodowane obawami, że niepłodni, zamiast szukać przyczyn, od razu lecą po "dziecko z taśmy". O to cały ten ambaras. Zamiast "się leczyć" to bezczelnie idą od razu "leczyć się in vitro".
Otóż nie, moi drodzy. Znam mnóstwo par korzystających z IVF i każda z tych par przeszła dramatyczny proces diagnozowania, poszukiwania przyczyn, leczenia i mniejszych lub większych jazd psychicznych i moralnych. Dla każdej z nich IVF było i jest ostatnią deską ratunku.
I tu przechodzimy do punktu drugiego...

#2 Naprotechnologia jest lepsza
i jest alternatywą dla in vitro.
Prawdziwą, moralną metodą leczenia.

Hell yeah, buuulllshiiit.
Naprotechnologia z encyklopedycznej definicji:

Naprotechnologia (NaProTechnologia) − metoda, mająca monitorować i utrzymywać zdrowie układu rozrodczego kobiet, stworzona przez Thomasa W. Hilgersa w 1991 roku[1]. Oparta jest głównie na naturalnych sposobach planowania rodziny, które są dopuszczane m.in. przez Kościół katolicki[2]. Metoda stawia nacisk na naukę umiejętności rozpoznawania własnej płodności przez małżonków starających się o potomstwo[3]. Jest adresowana do pacjentów, których niepłodność jest uleczalna i daje się korygować medycznie, czyli do ok. 40% niepłodnych par[4] (nie będą to więc kobiety z niewydolnością jajników, niedrożnością jajowodów czy mężczyźni[5]).

Na miły Bóg, czy ktoś nadal chce mi powiedzieć, że miałam iść do naprotechnologa zamiast na in vitro?
Kiedy mój Mąż miał fatalne wyniki nasienia, nie dość że mało sprawnych, bo 4 mln zamiast min 15 mln, to dodatkowo 10% wiązania z kwasem hialuronowym zamiast min. 80% (co jest konieczne do połączenia się komórki jajowej z plemnikiem)?
Zanim rozpoczęliśmy in vitro stoczyliśmy dość dramatyczną (i bardzo kosztowną) walkę z diagnozami, poszukiwaniem przyczyn, leczeniem, dietami i... modlitwami. Wyczerpaliśmy pakiet.
Dobrnęliśmy do momentu, w którym nasze życie kręciło się jedynie wokół płodności i prokreacji. Bo taka jest ludzka natura.

Podsumowując, naprotechnologia to nic innego, jak diagnozowanie, poszukiwanie przyczyn niepłodności i próby jej wyeliminowania. Robią to wszystkie kliniki in vitro i nie trzeba do tego zmawiać Koronki Do Miłosierdzia Bożego (choć osobiście nie mam nic przeciwko).
Być może napro jest bardziej skuteczna i cierpliwa w monitorowaniu cyklów kobiety - nie wiem.
W niektórych przypadkach jednak, tak jak naszym, naprotechnologia niewiele może zdziałać.

Więc argument, że naprotechnologia jest alternatywą dla in vitro jest błędny.

Tutaj przeczytałam trafne sformułowanie:
Niedopuszczalne jest promowanie NaProTechnologii kosztem deprecjonowania metod rozrodu wspomaganego. Niedopuszczalne jest przyzwolenie, aby nauka służyła ideologii. 

Btw. niesprawność prokreacyjna jest podstawą do uzyskania rozwodu kościelnego :)
Czyli - ślubujemy sobie na dobre i na złe, z tym, że jeśli nie możesz dać mi dziecka, to narka? :)
Czyli wychodzi na to, że lepiej zostawić człowieka i iść się bzyknąć po bożemu z kimś innym, niż stworzyć szczęśliwą rodzinę z dzieckiem z in vitro :)
Eh, taka mała dygresja. 

#3 Brakuje pieniędzy na leczenie "prawdziwych" chorób
Nie wątpię, ale szukajmy oszczędności mniejszym kosztem, nie deprecjonując niepłodności jako choroby.
Słychać głosy, że "z tym można żyć".
Jasne, że można.
Ale w takim razie odeślijmy z kwitkiem większość pryszczatych spod gabinetów dermatologicznych - od trądziku chyba jeszcze nikt nie umarł, prawda?
Endoprotezy? Po co to komu? Bez tego też można żyć.
Do lekarza z gorączką i przeziębieniem? Bez przesady, dasz sobie radę człowieku, z anginą czy grypą nawet.
Dentysta, plomba itd? Weź sobie rąbnij porządnie szczęką o ścianę, ząb wyleci i po sprawie. Są poważniejsze choroby, serio.
Moja teściowa pojechała sobie, tak jak kordon jej koleżanek, na 14 dni nad morze do sanatorium, refundowane z NFZu rzecz jasna. Kuźwa, słowo daję, bez tego sanatorium też by pożyła. I to wcale nie krócej.

Cierpienie na jakie narażeni są niepłodni jest realne i namacalne (wystarczy poczytać sobie kilka blogów, pogadać z ludźmi, otworzyć głowę). Poszukajmy więc może oszczędności rozsądniej. JESTEM PEWNA, że można to zrobić.

Btw. na 500 zł na każde dziecko nas stać?
To może po prostu jak kogoś nie stać na dziecko, to niech go nie płodzi?
Co to za sprawiedliwość?
Jesteś płodny - zajebiście, masz tu 500 zł.
Akurat pan Zdzisiu wziął od tyłu, po pijaku, na stole panią Jolę, wybiwszy jej przy tym ostatnią czwórkę. Pani Jola zaciążyła no a czy pan Zdzisiu wyda to na wódeczkę czy na dziecko, to whatever.
Natomiast jeśli jesteś niepłodny - well, deal with it. Taki los. Radź se sam. Shit happends.


#4 Adoptuj sobie
to jest argument świadczący o ignorancji, braku taktu, empatii i zrozumienia.
I uważania na biologii, jak mówili o instynktach homo sapiens, o przekazywaniu genów itd.
I, uważam, że to dopiero jest właśnie traktowanie dzieci przedmiotowo. Dzieci to nie jest łatka, to nie jest "zastępstwo" za coś.
Adoptować powinno się z chęci a nie jako zamiennik.
No nie wiem, tu może by się wypowiedziały wspaniałe mamy adopcyjne, które znam. Na kursach przygotowawczych może coś o tym mówią.
(btw. nie uważam adopcji za coś gorszego - Boże broń.
Ale nie można jej używać w takim kontekście!).

Anyway, taki jesteś mądry filantrop, to zrezygnuj z posiadania biologicznych dzieci i sam adoptuj.
Co z tego, że jesteś płodny, że możesz.
Dlaczego mam płacić za Twoje prowadzenie ciąży, poród na NFZ i za edukację potem, skoro domy dziecka są pełne sierotek (tych z uregulowaną sytuacją prawną to aż tak wiele chyba znowu nie ma, skoro dziewczyny czekają całymi miesiącami i latami).
Dalsze tłumaczenia uważam, za zbędne.
Jak nie rozumiesz, to weź, usiądź i pomyśl.
Kapujesz?
Nie?
To usiądź i myśl do skutku.
Jestem przekonana, że w końcu Ci się uda.

#5 Ostatecznie nie wszyscy muszą mieć dzieci. Get use to it!
Natura jest mądrzejsza.
Aha, no to tych chorych na raka też nie leczmy, bo widocznie natura i Bozia tak chcieli.
Fakty są takie, że niepłodność to choroba zataczająca coraz większe kręgi a nie jakieś tam nieszczęścia jednostek. WHO regularnie obniża normy męskiego nasienia, dostosowując je do realiów. Między rokiem 1980 a 2010 zrobili to aż 4 razy (oczywiście czynnik męski to jedna z wielu możliwych przyczyn niepłodności). Pobawię się we wróżkę i obstawię, że kiedyś, może już całkiem niedługo, naturalne poczęcie będzie dane nielicznym.
Łatwo mielić jęzorem, ale nie spotkałam jeszcze nikogo niepłodnego, kto rzucił by stwierdzeniem "no okej, no nie mogę, ale nie wszyscy muszą, luzik arbuzik".
Tu odwołam się jeszcze raz do naszych pierwotnych instynktów ludzkich - przekazania genów.
Oczywiście nie dotyczy to wszystkich, bo jak wiemy, wielu adoptuje i chwała im za to.
Ale, do cholery, trochę empatii.

***


Niech więc, miłościwie nam panujący, nie mydlą nam oczu jakąś pokrętną logiką- to raz.
Dwa, niech nie używają bzdurnych i nie merytorycznych argumentów w debacie publicznej (jak te o "metodzie leczenia" czy naprotechnologii jako alternatywie),  bo społeczeństwo, jak młode foki, łyka to wszystko, bierze za pewnik i potem rozsiewa dalej.
I zionie hejtem w efekcie.

Aha, za swoje in vitro zapłaciłam sama.
Z własnej kieszeni.
I za wszystkie badania, diagnozowanie (czyli naprotechnologię de facto) i całą wcześniejszą walkę (którą można nazwać naprotechnologią) - również.
I kosztowało mnie to zdrowo ponad 20 koła.
Pozdrawiam.




                                 
Autor: (genialny) Andrzej Rysuje Milewski, źródło: http://www.andrzejrysuje.pl


poniedziałek, 7 grudnia 2015

Jestem mamą i... co dalej?



Przez ostatnie lata intensywnie pracowałam zawodowo, ale byłam przy tym na maksa sfocusowana na ciąży. Planowałam ją i planowałam. Ciągle powtarzałam, że mam plan na ciążę a co będzie dalej to nie mam pojęcia. Bałam się przyszłości po ciąży - od dnia porodu włącznie.
Pojawiło się Dziecko - zadziałał ten osławiony instynkt i wiedziałam, co mam robić.
Zatopiłam się w macierzyństwie, zanurzyłam po uszy, z błogością oddałam i popłynęłam z prądem.

I pogubiłam się w tym wszystkim.
Z dnia na dzień, kiedy to we wczesnej ciąży trafiłam do szpitala, moje życie wywróciło się do góry nogami. Krwawy ślad, jedno szybkie cięcie i moje dotychczasowe życie się zmieniło na amen. Ja je zmieniłam. Bo chciałam. Bo musiałam.

W marcu kończy się mój macierzyński.
Jeśli chodzi o finanse potrzebne na życie na w miarę nie zmienionym poziomie to nie ma musu jeśli chodzi o powrót do pracy. Ale żeby odkładać na dom - mus jest.

Abstrahując od finansów, próbuję sama siebie zdiagnozować i wybadać, czego właściwie chcę.
Chcę wracać do pracy czy nie jestem jeszcze na to gotowa?

Co zrobię z dzieckiem?
Nie mamy żadnej pomocy. Żadna z babć nie jest na miejscu.
W rachubę wchodzą wyłącznie opiekunka albo żłobek.
Ona jest taka malutka. Myśl o tym, że miała bym ją zostawić na kilka godzin doprowadza mnie do istnego szału. Choć mniejszego, niż chociażby 2 miesiące temu...

Co miała bym robić?
I gdzie?
Od niemal początku ciąży nie pracowałam wcale. Zero.
Stanowisko, które obejmowałam w momencie odejścia na zwolnienie, już nie istnieje.
Zaproponowano mi inne, w ograniczonym wymiarze godzin - do mojej decyzji kiedy bym chciała wrócić i na jaki wymiar godzin, plus osoba pode mną, do pomocy. Brzmi super.
Ale minus tego rozwiązania jest taki, że działała bym w ramach zespołu dziewczyny, której nie znoszę, z którą zawszę po trochu rywalizowałam, która pomiata ludźmi i jest partnerką wice-szefa.
Podczas mojej nieobecności ona została szefową całego działu więc i ja musiała bym działać "pod" nią.
A na to się nie zgodzę, bo nikomu to na zdrowie nie wyjdzie.
Czyli musiała bym szukać nowej pracy, i już samo myślenie o tym wprowadza u mnie stresik.

Czasami gdzieś tam między wierszami pojawia się temat drugiego dziecka.
Nie chcę w to "iść" z kilku powodów.
Nie chcę, żeby dziecko było łatką, to raz (choć nie jest to jedyna motywacja).
Dwa - nie odzyskam przez to zgubionej tożsamości, tylko odwlekę moment powrotu do rzeczywistości i odnalezienia siebie.

Gdzieś w tym wszystkim pałęta się małżon, który w oczywisty sposób tego nie wypowie, ale chciały mnie widzieć znowu aktywną zawodowo, zajmującą się czymś więcej niż domem i dzieckiem.
Abstrahując od miesięcznych wpływów na konto.

I tak, utknęłam w tym swoim macierzyństwie.
Nie mam pomysłu, planu, odwagi jak by tu zmodernizować swoje życie.
Bo trzeba je jakoś na nowo ułożyć. Macierzyński dla mnie osobiście jest super, ale to nie jest stan, który może trwać wiecznie.
A ja jak nie mam planu, to jest niedobrze.
Boje się.

A Wy, mamy - jak ułożyłyście swoją codzienność po zakończeniu macierzyńskiego?
Wróciłyście do pracy?
Zostałyście z dziećmi?
Jak Wam z tymi decyzjami?