sobota, 19 listopada 2016

Jak zostać drobiem domowym i nie zwariować


W komentarzach pojawiła się sugestia, żebym napisała o tym, jak poradziłam sobie z czasowym (mam nadzieję!) zawieszeniem zawodowym. Jak to się stało, że z osoby czynnej zawodowo, lubiącej swoją pracę stałam się zadowoloną, pełnoetatową mamą. Jak sobie z tym poradziłam.

Well, miło mnie połechtał ten komentarz, ale czy tak całkowicie trafia w punkt? Tu bym chyba polemizowała. Także obawiam się, że odpowiedzi do końca nie udzielę, tudzież nie będzie zadowalająca.

Fakt faktem, że jakieś tam przepoczwarzenie nastąpiło i rzeczywiście, z korpo-szczura (choć de facto w korpo nie pracowałam) zostałam mamą na pełen etat. I fakt faktem, chyba nie zwariowałam.
I fakt faktem, jestem szczęśliwa.
I fakt faktem, roboty nerwowo szukam już od X czasu.
I fakt faktem, dupa zbita.

Ale może zacznijmy od początku.

#CIĄŻA
Taki ze mnie freak, że powiedziałam szefowi o IVF. Mało tego - przesunęłam procedurę o 3 miesiące, żeby najpierw skończyć ważny projekt (projekt się obsunął i idealnie pokrył się z IVF. A ja, już w ciąży, odebrałam statuetkę branżową za jego sukces.).
Do szpitala trafiłam wprost z biurowego kibla, bodajże w 5 czy 6 tygodniu ciąży, czyli na tak bladym początku, że część ludzi "normalnie zachodzących w ciążę" na tym etapie jeszcze nie ma pojęcia, co się święci. Choć lekarz kilka dni wcześniej zalecał mi pozostanie w domu... także jak widać, praca była dla mnie nader istotna. Zbyt-nader-faker.
Jeszcze ze szpitala próbowałam jakoś kontrolować sytuację, czym wkurzyłam pracodawcę i dostałam ochrzan. Był to dla mnie policzek, bo widocznie nie uważano mnie za niezastąpioną. Po wyjściu ze szpitala jeszcze pojawiłam się w pracy, raz jeden, żeby przekazać tematy i podomykać sprawy. Ku zgryzocie pracodawcy. I wsio.

Pierwsze tygodnie w domu to było leżenie w łóżku i wychodzenie z wszechogarniającego szoku.
Że jestem w końcu w ciąży, jak to się stało w ogóle. Że dziecko będzie chyba. Że pracy niet. Że nie muszę zachrzaniać jakby mnie ktoś gonił. Nie mogę w sumie.
Szok.
Pierwsze tygodnie były bardzo trudne- nie mogłam sobie znaleść miejsca, tęskniłam za pracą.
Potem doszły do tego jakieś psycho-jazdy po samym in vitro, które trwały chyba do trzeciego trymestru ciąży.
Tkwiłam w takim troszkę ambarasie aż do porodu.

#2 ROK MACIERZYŃSKIEGO
Jak zobaczyłam Młodą to wszystko stanęło na głowie.
Pierwsze tygodnie to był generalny szok, mętlik i ambaras. Buch, nagle dziecko, ale skąd ono się wzięło, WTF?
A potem zaczęłam swój świetny, najlepszy macierzyński ever - świetny, bo miałam kilka dobrych koleżanek, które urodziły w podobnym czasie i spotykałyśmy się nawet i kilka razy w tygodniu, łaziłam z młodą po różnych spotkaniach, grupach i inicjatywach dla młodych mam. Czułam się jak ryba w wodzie. Generalnie rzadko bywały dni, że siedziałam z nią sama i nie było żadnych atrakcji.
Macierzyństwo wessało mnie bez reszty i aż promieniałam spełnieniem. Na każdym kroku słyszałam, że jestem potwierdzeniem tezy, że kobieta kwitnie, kiedy staje się matką. I rzeczywiście, tak się czułam. Macierzyństwo mnie uskrzydliło.
Myśl o powrocie do pracy wyzwalała we mnie panikę, bo nie wyobrażałam sobie absolutnie w tamtym czasie rozstania z dzieckiem. Ta myśl była dla mnie wręcz traumatyczna, paraliżująca. Nic innego się nie liczyło, jak tylko bycie z dzieckiem. A dwa, że specjalnie nie miałam ochoty wracać do tej pracy. Plan był taki, że jestem rok na macierzyńskim a potem wracam - do starego pracodawcy albo gdzieś indziej.
Spotkałam się z pracodawcą jakoś w październiku 2015, (młoda miała wtedy ok 7 miesięcy) żeby upewnić go o moich chęciach powrotu i ustalić warunki. To był błąd. To spotkanie odbyło się za wcześnie. Ja byłam absolutnie w macierzyństwie i absolutnie nie nadawałam się do myślenia o pracy w tamtym czasie. Z szefem zawsze byliśmy na "Ty" i mieliśmy stosunkowo luźną relację. Oznajmiłam mu, że ja na full time na pewno nie wrócę i nie mogę sobie pozwolić na taki zapieprz jak kiedyś, bo "równie dobrze mogła bym oddać dziecko do sierocińca". Złożyli mi propozycję wychodzącą na przeciw moim potrzebom - miałam zaproponować na jaką część etatu chcę wrócić, a oni dadzą mi kogoś do pomocy na czas mojej nieobecności. Tylko, że nie będę już miała swojego zespołu tylko będę włączona w zespół dziewczyny, której nie lubię. Uniosłam się honorem, propozycję odrzuciłam, przekonana, że szybko znajdę coś nowego, bo przecież mam doświadczenie i w ogóle jestem super. Well...

#PO MACIERZYŃSKIM (marzec - dziś)
Macierzyński się skończył i mijały kolejne miesiące.
Emocjonalną gotowość do powrotu do pracy zaczęłam przejawiać tak de facto dopiero gdzieś koło kwietnia. Z tym, że jej nie miałam.
Po drodze ciągle coś: a to urlop, a to jakieś choroby, a to jakieś remonty, a to żłobek tudzież jego brak i tak de facto na serio pracy zaczęłam szukać na przełomie sierpnia/września właściwie. W międzyczasie Młoda sporo chorowała, co oznacza, że sporo siedziałam z Nią w domu. Nadal siedzę, bo kończy kolejną infekcję (i wróć tu człowieku do roboty...).
Zaczęłam szukać i okazało się, że niestety, ale łatwo nie jest - nie mogę tej pracy znaleść.
Albo czegoś mi tam w kwalifikacjach brakuje, albo nie dzwonią w ogóle albo ostatnio dowiedziałam się, że mam za wysokie. Anyway, jest meeega dupa i zaczyna się frustracja. Zaczynam się bać, bo mam już tak de facto 2,5 roku przerwy zawodowej a od stycznia 2016 lukę w CV (bo wtedy się rozstałam w moim pracodawcą).

***

Podsumowując:
z mojego doświadczenia wynika, że nie ma się co spinać na początku ciąży (tudzież przed) jak sobie poradzimy emocjonalnie z brakiem pracy. Dla mnie osobiście te 2,5 roku to był czas tak ko-lo-sal-nych zmian, że sama za sobą nie nadążam. U mnie to był niesamowicie dynamiczny proces. Na ten moment nie mogę uwierzyć, że mogę czuć się, może nie całkowicie, ale dość mocno spełniona, będąc mamą i żoną na wyłącznosć. Prę na tą pracę już, teraz, natychmiast, bardziej z rozsądku i dla bezpieczeństwa swojego i moich dzieci.
I znowu, rozglądając się na boki, widzę, że nie ma jednej recepty dla każdego - niektóre wracają do pracy po 3 miesiącach, inne po 6, inne po roku a inne jeszcze kiedyś tam.

Troszkę chaotyczny ten post, ale cieszę się, że go napisałam.
Nie tylko dla osoby pytającej w komentarzu, ale i dla siebie.
Pozwolił mi co nieco uporządkować w głowie.

Na koniec pieśń tematyczna.




PS. Ale i tak proszę o trzymanie kciuków na moją rychłą aktywizację zawodową. Senkju.







niedziela, 6 listopada 2016

Udany start karmienia piersią

Zagląda tu co najmniej kilka przyszłych mam, takich o których wiem. Tych, które się nie ujawniają jest pewnie więcej. I na pewno wiele osób, które może i jeszcze walczą, ale w końcu dobrną do etapu kompletowania wyprawki i wiedzy.

Na pewno chciała bym uniknąć dawania "dobrych rad" w jakimkolwiek obszarze macierzyństwa, bo po 1,7 roku mojego własnego, jestem na nie uczulona. Poza tym laktacja to bardzo odpowiedzialny temat, a ja (póki co) nie czuję się na tyle kompetentna, żeby palcem wskazywać co robić. Mogę jednak odnieść się do własnych doświadczeń i podzielić się, jak było u mnie, co mnie zaskoczyło, co być może bym zmieniła a co się udało. Ot, doświadczenia o które jestem mądrzejsza. 
Nie jest powiedziane, że to jest prawda uniwersalna, która sprawdzi się u każdego, ale nie zawadzi wiedzieć. A nuż.
Dobra, do brzegu. 

Statystyki nie wyglądają optymistycznie.
Na starcie niemal każda chce karmić, a w ciągu pierwszych 6 miesięcy odpadamy - jedna po drugiej. 




A wyłączne, czyli karmienie tylko piersią, to już w ogóle dramat



Także wychodzi na to, że łatwo nie jest.
Porad laktacyjnych udzielać nie będę, bo się nie czuję kompetentna. W rzetelnych źródłach można znaleść informacje, co i jak robić, żeby się udało. 

Przemyślenia dotyczące mojego przypadku są następujące.
Spisuje również dla siebie, ku pamięci. 

#W CIĄŻY 
  • Teoria.
    Za słabo się przygotowałam.
    Mogłam poświęcić więcej czasu na zrozumienie mechanizmu laktacji a nie prasować kolejną sukienusię. Szkoła rodzenia daje jakiś pogląd, ale moim zdaniem warto to zgłębić. Żeby zrozumieć. Poczuć. Załapać.
    Tą książkę kupiłam jak Młoda miała ok 6 miesięcy, a przydała by mi się o wieeele wcześniej.
    Nie jest idealna i świata nie zbawi, ale póki co lepszej nie spotkałam. Zbudowana na zasadzie pytań i odpowiedzi. Uporządkowana. 


  • Baza kontaktów.
    Jak zaczęły się kłopoty z moją piersią ok. 3 tygodnia życia Młodej, to nie bardzo wiedziałam do kogo mam się zgłosić.
    Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że rzetelna wiedza o laktacji nie jest wiedzą powszechną. Baaa, jest wręcz wiedzą tajemną. Do dziś tego nie rozumiem.
    Dzwoniłam do lekarza gina prowadzącego- dupa.
    Pani ze szkoły rodzenia, bez certyfikatu doradcy - coś tam poradziła, ale jak się okazało, nie do końca rzeczowo.
    Dr Google - baaaaaaaaad, baaaad, baaad idea. Don't do it.
    Położna środowiskowa - dziecko we mgle. Miała trochę podejście "albo ci się uda albo nie".
    Położna moja porodowa - w miarę, bo się zapytała swojej koleżanki, certyfikowanej doradczyni, ale i tak coś pokićkała.
    Dopiero ta ostatnia mi pomogła ostatecznie. A to nie był problem z serii "nie wiadomo jaki". Ot, normalna niedrożność kanalika w piersi. Ale każdy mówił co innego, czas leciał, cycek jak kamień, ja gorączka i zero progresu przez kilka dni. Dobrze, że drugi był sprawny.
    Szukanie pomocy już w trakcie, kiedy się wcześniej na kłopoty nie przygotowało, wprowadza jeszcze większy zamęt, stres i zmniejsza szanse na powodzenie.

    Na przyszłość już wiem, gdzie mam się zgłosić w razie "W".
    I gdzie rzeczywiście dostanę rzetelną pomoc.
    Z listy pomocowej z góry skreśliłam teściową, która nigdy nie karmiła. Polecam.

    Konkretnie przydało by mi się mieć pod ręką:
    - numer i namiary na sprawdzoną wcześniej (np w necie lub z koleżankami) certyfikowaną doradczynię laktacyjną.
    - koleżankę-mamę-karmiącą lub kilka. Osobiście na początku karmienia trafiłam do grupy mam karmiących spotykających się cyklicznie, przewodzonej przez świetną promotorkę karmienia. Tam dużo się dowiedziałam i otrzymywałam bieżące wsparcie w trudnych momentach, które się pojawiały od czasu do czasu.

    Pediatra w karmieniu raczej nie pomoże, w sensie nie rozwiąże problemów.
    Oby nie przeszkadzał i wspierał, to będzie git.
  • Gadżety
    Laktatora nie kupiłam, bo nie wiedziałam, czy będzie potrzebny. Ale jak mi wywaliło nawałem to małż jeździł po mieście szukając wypożyczalni. Jeśli nie kupuje się wcześniej, to chociaż dobrze wiedzieć, skąd wypożyczyć, żeby nie szukać na chybcika tryskając mlekiem po monitorze.
    Zapłaciłam podwójnie. Najpierw za wypożyczenie (długo trzymałam) a potem kupiłam sobie swój.

    Staniki do karmienia kupiłam przed porodem i super. W szpitalu, podczas nawału, nie wyobrażam sobie ich nie mieć. Do dziś je zdzieram. Nie wyobrażam sobie także kupować ich po porodzie.

    Osłonki i inne bajery do dziś leżą w szufladzie, bo nigdy się nie przydały. Takie rzeczy można kupić na bieżąco.

    Kupiłam 1 saszetkę mleka modyfikowanego, na wszelki wypadek. I butelkę.
    Następnym razem nie kupię. Niepotrzebnie kusi.
    Jak rzucasz palenie to papieros w szufladzie Ci sprawy nie ułatwi.
    ALE nie użyłam jej nigdy.
  • Wsparcie partnera
    Przed porodem zaangażowałam go w szkołę rodzenia, wyświetliłam temat, jak bardzo mi zależy, jakie to daje korzyści dziecku, ile zaoszczędzimy i żę będę potrzebować jego wsparcia. To była udana inwestycja kłapania dziobem.
    W kryzysowych chwilach wsparł, otarł łzę i powstrzymał przed dokarmianiem mlekiem modyfikowanym.
    Na wagę złota. Bez Niego nie dała bym rady. 


#PORÓD & SZPITAL

strategiczny czas, bo w kp najważniejsze są pierwsze tygodnie. 
  • Sprawdziłam wcześniej szpital - jakie ma praktyki jeśli chodzi o pierwsze karmienie tuż po porodzie, czy jest doradca laktacyjny i kto to jest, co z dokarmianiem mm, czy zabierają dziecko po porodzie.
    W plan porodu wpisałam, że nie życzę sobie dokarmiania, że mega mi zależy na kp, że dziecko ma być cały czas przy mnie itd.
    I rzeczywiście, mimo tego, że miałam CC, pierwsze karmienie odbyło się w ciągu bodajże 20 min od pojawienia się Młodej na świecie, przy pełnej asyście i atencji położnej, odbyło się skutecznie.
  • Podczas pobytu w szpitalu byłam "klientem marudzącym" - non stop prosiłam o kontrolę i pomoc w przystawianiu. Widziałam, że położnym skakało już ciśnienie, ale przecież nie powiedzą, że mam sobie dać spokój, więc pomagały. Jednym słowem zdecydowanie prosiłam o to, co mi się należało jak psu zupa.
  • Dokarmiłam trochę Młodą butelką, bo mleko trysnęło strumieniem dopiero w 3ciej dobie. To było bez sensu. Młoda rzygała tym mlekiem dalej niż widziała. Wisiała non stop na piersi i ulewała przez pierwsze 3 doby, ale oczywiście ja szłam w zaparte, że nie mam mleka i dziecko głodne (ciekawe czym ulewała...). I oczywiście zerowe wsparcie ze strony personelu - jedne sugerowały delikatnie dokarmianie, inne nie, wg własnego "widzi mi się".
    Teraz wiem, że racje miały te, które sugerowały nie dokarmianie. Z dystansu widzę, że młoda nie była głodna - wystarczyła jej przecież porcja minimalna, wielkości paznokcia. Niby to wiedziałam a złamałam się. Młodej nie zepsuło to odruchu ssania i nie skomplikowało sprawy. Niestety, dziewczyna obok nie miała tyle szczęścia.
    Następnym razem, o ile będzie mi dany, nie podam mm. To jest jeden ze strategicznych momentów karmienia i może on zmienić bardzo wiele. Jest niemal kluczowy.

    Ślubuję pamiętać o poniższym obrazku. 

Bywają takie sytuacje, że trzeba dokarmić ale to są do tego konkretne wskazania, a nie że przypadkowa położna zacznie jęczeć, że dziecko głodne. O tych wskazaniach pisała kiedyś Hafija. I można to wtedy zrobić za pomocą systemu SNS (taka rurka doklejona do piersi) i nie jest to żadne czary-mary. Normalne.
Można zrobić jeszcze jedną rzecz, na którą ja nie wpadłam.... wydaje się dość dziwna, ale... dziewczyna obok miała taki nawał a jej Hania tego wszystkiego nie zjadała. Tak sobie myślę, że ja na jej miejscu bym się zgodziła. No, ale to dla odważnych.
Bo to, czy dziecko w tych pierwszych dobach dostanie mm czy mleko kobiece nie jest bez znaczenia dla jego jelit. Ale to każdy sobie sam może doczytać. 

  • Wyszłam ze szpitala chyba w 5tej dobie, czy jakoś tak, czyli tryskałam już mlekiem (co nie oznacza, że wcześniej go nie miałam). Nie wyobrażam sobie jednak wychodzenia do domu wcześniej, kiedy jeszcze tego wypływu tak nie czułam. Umarła bym ze strachu.

#PIERWSZE DNI / TYGODNIE W DOMU

  • Nauczyłam się słuchać intuicji
    Byłam okrooopnie zestresowana :)) Myślę, że z drugim będzie spokojniej :)) Stres utrudnia wypływ pokarmu, także jak ryczałam nad laktatorem to nawet szpitalna maszyna nie dała rady :) Wciągnęłam meliskę, wyryczałam małżowi w rękaw, wyspałam a rano sikałam po ścianach.
    Najważniejsze: pozbyć się schiz.
    Moja głowa non stop podsuwała mi nowe pomysły, co też mogłam zrobić źle, bo przecież w książkach jest inaczej. Tracy Hogg pisze, że karmić co 3 godziny przez 30 min a ona je co 1,5 przez 10 min... Jeżuniu Jeżuniu jestem złą matką, wszyscy zginiemy.
    Jak odłożyłam wszystkie książki na najwyższą półkę, wypieprzyłam wszystkie tabelki i rozpiski co powinno a co nie powinno... to złapałyśmy rytm :)
    Jak zaczęłam słuchać siebie i dziecka, to wszystko stało się jasne.
    I uwierzyłam. 
  • Teściowa i rady z epoki kamienia łupanego
    Olałam dobre rady teściowej, o tym, że mam niewartościowe mleko (what?:), że dziecko płacze bo jest głodne, że puszcza bąki po fasoli i takie tam.
    Uwierzyłam.
  • Dieta matki karmiącej nie istnieje
    Dobrze, że szybko zrezygnowałam z restrykcyjnej diety, bo byłam okropnie słaba po porodzie i za lekkie jedzenie mnie wykańczało. Jeśli Młoda miała zły dzień to darła się niezależnie, czy jadłam gotowanego, jałowego indyka czy pizzę z tuńczykiem z Telepizzy. Niemal od samego początku jem wszystko i za Boga nie doszłam nigdy, czy coś jej kiedykolwiek zaszkodziło, czy nie. W szpitalu na oddziale poporodowym podawali schaba, kapustę i najlepszą grzybową na świecie i Armagedon nie zstąpił.
  • Catering
    Znowu mega przysłużył się mąż, bo ja odpoczywałam w łóżku z dzieckiem u piersi a on donosił mi strawę i napitek :) A że byłam meeega głodna i non stop chciało mi się pić, to się chłopak napocił, a co :) Także ojciec przydaje się nie tylko przy poczęciu (ups, choć nas to akurat przy poczęciu nie było - ot, taki joke ;))
    Generalnie zasada jest taka, że mleko i tak się naprodukuje, niezależnie od tego, czy kobieta zje czy się napije. Nie trzeba pić 3 butelek wody dziennie podczas kp jeśli nie mamy na to ochoty (to mit). U mnie to działało jednak tak, że jak byłam głodna to byłam zła a jak byłam zła to młoda to czuła i był cyrk.
    A najedzona, napita, wypasiona Pink to zadowolony, pięknie ciumkający Mesiek :) Czyli bardziej kwestia aury i atmosfery aniżeli biologii.
  • Waga - let it go
    W szkole rodzenia poradzili, żeby nie kupować wagi i mieli rację.
    Nie kupiłam.
    Waga strasznie stresuje. Ciągłe ważenie, sprawdzanie, schizy.
    Jak byłam z Meśką w szpitalu na zapalenie płuc (którego nie było) jak miała 11 tygodni to położne, zdecydowanie zaniepokojone, że karmię trzymiesięczne dziecko wyłącznie piersią (!!!), ważyły Ją rano i wieczorem. I liczyły, rachowały, procenty, promile, dużo, mało, je, nie je, ulewa, nie ulewa.... ja prdle..
    Przeżyłam horror przez duże H.
    Ot, wpadałam sobie raz na jakiś czas do przychodni ją zważyć i wszystko. Choć nie powiem, że nie kusiło.
    Do dziś wpadam czasem sprawdzić, ile waży. I do dziś uczę się odpuszczać temat wagi i centyli. Prawie mi wychodzi.
  • Pediatra
    z moją na szczęście nadajemy na tych samych falach. Jest pro karmienie a na wieść o BLW zaczęła podskakiwać i klaskać w dłonie. To ona zawsze mnie uspakajała, że moje dziecko jest szczupłe, bo tak ma a jak chcę sobie tuczyć kogoś, to kurę sobie kupić i rurką do gardła.
    Niestety, nie każda moja koleżanka ma tyle szczęścia. Nie ma co liczyć, że wszyscy lekarze znają się na laktacji i będą wspierać/walczyć/rekomendować naturalne karmienie.
    Z mojej obserwacji wynika, że ogrom mam odpada z imprezy kp dzięki pediatrom, którzy zalecają karmienie od czapy. Albo "do 6 miesięcy" a potem koniec. Wyrokują, że dziecko za chude, albo, o zgrozo, za grube!
    Gdybym trafiła na takiego, to na pewno bym go zmieniła. Na bank, bo byśmy się nie dogadali na pewno. 

#I DALEJ...

  • Rozszerzyłam dietę
    po 6 miesiącach wyłącznego karmienia piersią i zupełnie nie rozumiem, co ja się tak stresowałam tym jedzeniem pokarmów stałych. Bez sensu. Niepotrzebny stres.
    Następnym razem nie będę się tak spinać, czy dziecko zjadło tego brokuła/marchewkę/ziemniaczka czy nie.
    Jeśli wszystko będzie w normie, tak jak i teraz, to myślę, że do roku na spokojnie, niech sobie dziecko idzie w swoim tempie. Meśka i tak szła w swoim, ale co ja się nadenerwowałam przy tym... kompletny bezsens. Mądry polak po szkodzie.
  • Nie gadać
    Będę mniej poruszała ten temat w rozmowach face-to-face
    Kuźwa, karmienie piersią to istny temat-mina.
    Zawsze znajdzie się ktoś, dla kogo karmisz za krótko, za długo, za często, za rzadko, w ogóle karmisz, nie karmisz mm, jesteś nienormalna, zboczona, obnażasz się, za dużo widać, za mało widać, matka-polka, starodawna, uwiązana, niemodna, zabobonna, nudna, nachalna i jesteś terrorystką laktacyjną, bo w ogóle karmisz (choć być może nawet słowem się nie odezwałaś, ze karmisz).
    Na starcie myślałam, że generalnie inni myślą, że jeśli kobieta karmi to dobrze.
    No, to zonk.
  • Krytyka
    Nie wiem jak poradzę sobie psychicznie z krytyką długiego karmienia piersią.
    Karmię 1 rok i 8 miesięcy i na razie nie mamy z Młodą zamiaru przestać i w 90% przypadkowych rozmów na ten temat jestem postawiona w sytuacji osoby tłumaczącej się z tego i zawstydzanej.
    Obawiam się także, że niebawem presja otoczenia i zwykły lęk przed oceną i krytyką zmuszą mnie do ograniczenia naszych karmień wyłącznie do domu.
    Get ready for it.

    Gdyby ktoś nie wiedział, to ogólnoświatowe zalecenia są takie, że ludzkie dziecko powinno być karmione wyłącznie mlekiem matki przez 6 miesięcy a następnie karmienie powinno być kontynuowane CONAJMNIEJ do 2 lat, tak długo jak życzą tego sobie matka i dziecko.
    Jak pierwszy raz usłyszeliśmy z mężem te zalecenia to wybuchnęliśmy śmiechem. Teraz je rozumiem, choć zdaje sobie sprawę, że dla rodziców nie karmiących lub nie karmiących długo mogą one być dziwne... niemniej jednak nie jest mi miło, kiedy jestem ośmieszana tylko dlatego, że jestem bliska ich realizacji.
***

Dobra, bo strasznie się rozwlekłam :)
O tym, dlaczego jeszcze karmię być może napiszę innym razem.
Myślę, że nie karmiła bym tak długo, gdyby nie wsparcie mentalne innych karmiących mam. Dzięki niemu nie czuje się jak Alf w galerii handlowej.
W kupie siła :)

Ej, Wy, przyszłe mamusie :)
Uwierzcie, że macie tę moc :)  
Z dedykacją, jeden z ulubionych kawałków mojej pierworodnej ;)





środa, 2 listopada 2016

Zapalenie płuc, którego nie ma.



Pod koniec września Młodą dopadł jakiś dziad wirus - znowu, podobnie jak rok temu, mieliśmy nocną schadzkę na SORZe, bo panna zaszczekała na krtani. Nie jakoś bardzo, ale jednak a że ja się boję takich oddechowych atrakcji to pojechaliśmy.
Zalecono inhalacje i po kilku dniach kiblowania w domu- przeszło.

Pojechaliśmy do Małego Cichego, w Tatry.
Było super. Pełen relaks i pogoda w 3 odcieniach: najpierw upadł, potem w jedną noc zrobiła się jesień po czym spadł śnieg... Trzeba mieć farta, żeby w 7 dni zaliczyć w Tatrach 3 pory roku.
Młoda pokasływała.

W drodze powrotnej z Zakopca zjechaliśmy troszkę z trasy odwiedzając mój rodzinny dom. Przy okazji Młoda postanowiła rąbnąć sobie metalową furtką ogrodową w dłoń tak, że skończyło się szyciem małego paluszka.
No więc zwiedziliśmy SOR również i tam, gdzie w gabinecie zabiegowym osobiście odprawiłam akrobatyczny striptiz przed chirurgiem i jego personelem, gimnastycznie karmiąc piersią wisząc nad stołem, wspiąwszy się uprzednio na coś pokroju podnóżka tudzież mini drabiny.
Ot, kolejne praktyczne zastosowanie "cusia".

Po powrocie do domu Młoda kasłała coraz bardziej i bardziej.
Kaszel stał się mokry i definitywnie nie mogła sobie z nim poradzić. Nasza pediatra zmieniała co chwilę pomysły, od Zatogripu po Mucosolvan, ale jakoś definitywnie "niet".
Aż w końcu Młoda znowu zapiała na krtani. Lekko bo lekko, przez sen, nawet się nie obudziła, no ale jako rasowa przewrażliwiona matka, wbiłam dziecię w kurtę i pojechaliśmy wesołym family-busem na SOR.

Od słowa do słowa, okazało się, że krtań może i zła nie jest, ale jak kaszle, to na RTG, a co! Jeszcze jedno zdjęcie do albumu rodzinnego! Przecież od RTG jeszcze nikt nie umarł!
I tak oto weszliśmy na SOR z lekką infekcją krtani a wyszliśmy z.... diagnozą zapalenia płuc.
Recepta na antybiotyk i do domu.
Ja zbita jak pies, bo kurwa, ile można się bujać jak nie z krtanią, jak nie z palcem, to jeszcze, ja prdlę, płucami?!

Spanikowana podałam antybiotyk po czym włączyłam myślenie.
Przypomniała mi się historia naszego pobytu w szpitalu, jak miała 11 tygodni, na zapalenie płuc właśnie. Rzekome zapalenie, bo po wyjściu zrobiłam sobie tour-de-najlepsi-lekarze-w-powiecie i 3 z nich niezależnie potwierdziło, że żadnego zapalenia nie było a szpitale są pełne dzieci z lekkim kaszlem i katarem, faszerowanych antybiotykami na zapalenie płuc. Jeden z tych lekarzy, znamienita pani ordynator z dziecięcego szpitala chorób płuc, po zobaczeniu zdjęcia RTG spojrzała na mnie jak na debila: ale, przepraszam, co dziecku dolegało? bo ja tu żadnych zmian nie widzę, nie mówiąc już o licznych.

Zadzwoniłam więc po mojego pediatrę super hero, takiego, którego zamawiam tylko na specjalne okazje, za milion zielonych dolarów, rzecz jasna.
Potwierdził tylko moje przypuszczenia, że generalnie to dziecko się nadaje do cyrku (ze swoją energią) a nie do antybiotyku i że zapalenie, to ma chyba dupy co najwyżej, radiolog co zdjęcie opisywał. Albo sobie chłopina przysnął i w środku nocy zrobił odruchowo "kopiuj-wklej" z losowo wybranego opisu. I nie ja pierwsza, nie ostatnia. To plaga jest.
Za porozumieniem stron odstawiłam antybiotyk (Młoda dostała tylko 1,5 dawki) i zaczęłam normalnie leczyć normalnie pokasłujące dziecko.

Jako, że ja to ja, jestem jaka jestem, inna nie będę - pocieszyłam się jakieś 2 h, po czym moje zwoje mózgowe zaczęły pracować dalej. Każde Jej kaszlnięcie stawiało mnie na równe nogi. Każde "ehe-ehe" w wykonaniu mojego dziecka wprawiało w rezonans cały mój system nerwowy.
Czasem mam wrażenie, że moje myśli żyją własnym życiem.

A co jeśli...?
Nie możliwe..
Teściowa na pewno ma rację..
Jestem złą matką..
Popełniam błąd..
To nie logiczne..
Ogromna odpowiedzialność..
Przerwałam antybiotyk..
A jeśli???

I wiele, wiele innych.

No więc znowu umówiłam się do znamienitej pani ordynator z dziecięcego szpitala chorób płuc, zgwałciwszy telefonicznie jej kalendarz, że ja muszę już, bo tu cuda się dzieją.
Byłam dziś.
Powtórka z rozrywki.
Zdjęcie RTG źle wykonane a opis to nie wiadomo kogo, chyba Konopielki jakiejś, bo z moim dzieckiem wiele wspólnego nie ma. Zapalenia nie ma.
Meśka za to tak się cieszyła, że wyszła wreszcie z domu pierwszy raz od X czasu, że zrobiła nadobnej pani ordynator jesień średniowiecza w jej nadobnym gabinecie.
"To dziecko jest jak sprężyna. Widziała pani kiedyś dziecko z zapaleniem płuc?".
Widziałam. Siebie. Jak miałam kilka lat i fuj, to nie było fajne.

Jeśli wszystko będzie ok, to w poniedziałek pójdzie do ukochanego żłobka.
(ej, żłobek jest zajebisty. serio.)

Odtrąbię HAPPY END dopiero, jak Młoda skończy kasłać, bo teraz mam jeszcze jakieś resztki pietra w sobie. Dzielę się jednak z Wami tą historią nie tylko dlatego, żeby się zupdate'ować. Po prostu znam mnóstwo przypadków, gdzie dzieciaki wylądowały w szpitalu z "zapaleniem płuc" niemal zupełnie bez objawów i wszystko to jakieś podejrzane.. Antybiotyki to nie są cukierki. Szczególnie dla takich maluszków.

Byle do wiosny ;)

wtorek, 23 sierpnia 2016

Żłobek oswojony!



Mission completed!
Z nieskrywaną radością uprzejmie donoszę, że żłobek został oswojony :)

Nie było łatwo, przyznaję.
Nie wiem, komu było trudniej - mnie czy Jej. 
Pierwszy tydzień był bardzo trudny- Meś może i nie zalewała się łzami na miejscu, ale w domu bardzo mocno przeżywała temat. Widać było po Niej, że nie może sobie poradzić i... byłam już niemal pewna, że temat jest nie do przejścia na ten moment. 
Szczytowy był piątek przed długim weekendem, czyli ostatni dzień tygodnia pierwszego. 
Kiedy przyszłam odebrać córkę po obiedzie, zastałam dziecko siedzące przy stoliku bez wyrazu, zapadnięte, smutne - po prostu złamane. Kiedy to zobaczyłam to pękło mi serce i byłam właściwie pewna, że pozamiatane. 
Baaa, miałam wręcz pretensję do siebie, że zafundowałam dziecku takie atrakcje w postaci "durnowatego" żłobka. 

Długi weekend popłakiwałam po kątach, choć za dużo czasu na to nie miałam, bo dwoiliśmy się i troiliśmy z mężem, żeby Meśce zapewnić maksimum miłości, bliskości, funu, atrakcji i zabawy. 
Wolne chwile między zabawą a łkaniem spędzałam z Google poszukując idealnego urządzenia podsłuchowego, które wszyję w dziecięce ubranie. Podejrzewałam wszystkich o wszystko. 

We wtorek, po długim weekendzie, zaprowadziłam Młodą do tego miejsca "kaźni niewiniątek".
A raczej: ojciec dziecka mego je zaprowadził, bo ja sama nie byłam w stanie.  Szłam obok posuwistym krokiem, jakbym szła co najmniej do dentysty na leczenie kanałowe i lewatywę. 
Pożegnałam się na tyle luzacko, na ile mi zdolności aktorskie pozwoliły, zapowiedziałam klasycznie, że wrócę po obiadku i elegancko z tej szatni spierdzieliłam, zostawiając dziecko w ramionach lekko zdezorientowanego ojca. Następnie załkałam niemo na placu zabaw, roniąc kilka łeż i układając wpis na bloga pt "Żłobing - mission failed". 
Ojciec jak to ojciec, dał buziaka, dziecko oddał pani, oddalił się wyluzowanym krokiem i już był myślami gdzie indziej. 

Liczyłam się z tym, że jest to już prawdopodobnie jeden z ostatnich dni. Zastanawiałam się, co ta ciocia żłobkowa jest taka dziwnie spokojna. Przecież jest dramat. Wkurzała mnie swoim spokojem. Uznałam ją za nieczułą pindę i sadystkę. 

Tuż po 12 pognałam do żłoba po odbiór mojej cierpiętnicy, przekonana, że znowu zastanę kukłę zamiast dziecka. 
Jakże wielkie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że kukły nie ma. Jest za to rumiana, zadowolona z życia mała dziewczynka, która się świetnie bawi (podglądałam zanim weszłam) i wcale nie ma ochoty iść do domu. Przybiegła do mnie entuzjastycznie, zaczęła pokazywać zabawki, wysyłać buziaczki dzieciom oraz ciociom i problem był, bo nie chciała franca mała wyjść. Musiałam ją stamtąd wynieść na bosaka, buty założyłam dopiero na żłobkowym placu zabaw, na którymże musiałam spędzić jeszcze dodatkowo ze 20 minut, obserwując jak moje dziecko korzysta z zabawek w zupełnie nowy, nieznany mi dotąd sposób, susząc przy tym swoje rozstrzelone mleczaki. 

W domu też okazało się, że nastąpił jakiś całkowity przełom - nie wykazywała właściwie żadnych oznak stresowych. Ot, zadowolona z życia dziewczynka, w wyśmienitym wręcz humorze.
Zjadająca dwa obiady, w dodatku.  

Aktualnie bije nam trzeci tydzień żłobingu.
Od tamtego czasu jest już tylko lepiej - skończyły się żłobkowe płacze, skończyły się domowe strachy-na-lachy. Odbieram za to zadowolone z życia dziecko, które bardzo lubi ciocie i dzieci. Nie ma mowy o strachach. 

Przyznam szczerze, że adaptacja była dla nas doświadczeniem o wieeeele trudniejszym niż przewidywałam. W pewnym momencie byłam pewna, że nic z tego nie będzie i byłam na prawdę bliska poddania się. 
Jestem na prawdę zaskoczona jak gwałtownie sytuacja uległa zmianie. 

Bardzo się cieszę z takiego obrotu sprawy i z radością obserwuję, jak moje dziecko, zadowolone i wywietrzone, codziennie przynosi do domu jakieś nowe umiejętności czy zachowania. 

Oto żłobek oswojon! :)
Oby tak dalej. 



czwartek, 11 sierpnia 2016

Żłobing

Meśka na wakacjach.
Proszę o nie wykorzystywanie zdjęcia bez mojej pisemnej zgody. 

Gdyby raptem niecały rok temu ktoś powiedział mi, że moje dziecko "wkrótce" pójdzie do żłobka, to w najlepszym wypadku bym zczerwieniała i fukneła na nosie a w najgorszym wydłubała oczy i zrobiła sobie kolczyki.

Ale tak to już ze mną jest, że rosnę razem z dzieckiem i dojrzewam do pewnych tematów. Niesamowicie zmienia się w czasie moje postrzeganie różnych aspektów macierzyństwa.
I tak właśnie było ze żłobkiem- który od wizji piekielnego kotła w mojej głowie ewoluował do bardzo fajnej idei socjalizacji dziecka, kontaktu z rówieśnikami, wyszumienia się a także umiejętności radzenia sobie z trudnościami: zarówno w kontaktach z dziećmi jak i z własnymi emocjami.
Oczywiście po blisko 1,5 roku macierzyństwa wiem też, że nie ma jednej uniwersalnej prawdy dla wszystkich dzieci - tak więc ta wizja "fajności" żłobka pasuje mi akurat do mojego dziecka, przynajmniej tak mi się wydaje (wydawało?).

Meś bardzo lubi towarzystwo dzieci, nowe zabawki, miejsca, lubi jak się dużo dzieje - więc to daje mi nadzieje, że żłobing jakoś zatrybi.
Bo, no właśnie - żłobkujemy się od poniedziałku. Nareszcie!
Na razie od 8:30 - 12:30, żebym miała czas na zrobienie czegokolwiek, jak chociażby szukanie nowej pracy.

Po kilku przebojach z innym żłobkiem (długie oczekiwanie na miejsce, po czym się nie dostaliśmy) ostatecznie padło na prywatną placówkę tuż obok mojego miejsca zamieszkania. Dosłownie 1 przecznica. Marsz 2 minuty spacerem. Nawet wózka nie wyjmuję, tylko wrzucam Młodą do nosidła, 2 kroki i jesteśmy. Plusem placówki jest ogrodzony, dość zielony jak na miejscówkę teren z własnym placem zabaw - co oznacza, że podczas ładnej pogody dzieci są niemal cały dzień na dworze. Kit, że to jest centrum miasta - ale chociaż na dworze.

Pierwszy dzień rewelacja - nastawiłam się na siedzenie tam z Nią cały dzień, a zostałam odesłana do domu po 15 minutach.  Meś uderzyła szturmem na plac zabaw i byłam zbędna. Cały dzień nie uroniła ani jednej łezki i generalnie wcale nie miała ochoty wracać do domu. ALE widziałam w Jej oczach, co dzieje się w środku. Z drzemki obudziła się
z mega krzykiem.
Dzień drugi był już troszku gorszy.
Środa - kryzys dnia trzeciego, ale na razie nie płakała przy rozstaniu.
Dopiero dziś, w czwartek, przyczepiła się do nogi i mocno protestowała "mama, niee! mama, niee!", chwytając mnie za ręce i unosząc nogi do góry, wdrapując mi się na ręce.
Dość szybko ucięłam temat - pożegnałam się, obiecałam powrót po obiadku i ulotniłam się, podsłuchując jeszcze jakiś czas pod drzwiami. Była cisza.

Jest dzielna, ale widzę, jak w Jej malutkiej główce kłębią się meeega - emocje - giganty.
Po powrocie do domu jest rozdrażniona, bardzo źle śpi w nocy i... dostała mega apetytu.
Je takie ilości, że poważnie zaczynam się zastanawiać, czy moje dziecko nie zajada stresu.
W żłobku je jak odkurzacz- cały obiad + dokładkę. Inne dzieci muszą mocno pilnować swoich talerzy.

Ja, jak się okazało, znoszę żłobing troszkę gorzej, niż przewidywałam.
Tęsknię za Nią podczas nieobecności i oczywiście pojawiły się wątpliwości, czy aby na pewno nie robię Jej tym żłobingiem jakiejś krzywdy.
Czy to nie za wcześnie?
Czy to nie są dla Niej zbyt duże emocje i wyzwania?
Czy żłobek to jednak tylko przechowalnia na dzieci, czy może coś więcej?

Na razie łykam jak młoda foka historie innych mam o tym, jak po trudnym okresie adaptacji, dzieci uwielbiają instytucję żłobka.

Mam nadzieję, że i u nas tak będzie, bo poza aspektem praktycznym (4h dziennie bez dziecka to jest serio niezły bajer- mogę normalnie wypić kawę i zrobić zakupy) to ja serio wierzę w ideę żłobka, którą sobie wyhodowałam. Póki co.

Trzymajcie za nas kciuki, proszę.


poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Depesza



Ze startem tego roku odtrąbiłam, że pod prąd, nadal będę pisać o niepłodności i już.
Ale mijają kolejne miesiące, Meśka jest coraz starsza, ja jestem mamą coraz bardziej i... ta moja vena jest odwrotnie proporcjonalna do wieku mojego dziecka.
Im więcej czasu mija, im Meś jest starsza, tym mniej mam do powiedzenia w tym temacie.
Zapominam.
Odpuszczam.
Nawet moje demony, które tak bardzo mnie prześladowały, wlazły gdzieś głęboko pod szafę i śpią.
Dojrzewam z czasem.

Bieżąca sytuacja u nas wygląda tak:
Melduję i donoszę, że kryzys małżeński został opanowany. Odpukać.
Kurz po bitwie opadł, ciężki sprzęt opuścił Grunwald, trupów brak. Wyłonił się obraz nie-do-końca normalnej, ale przyzwoitej polskiej rodziny. Prezes Kaczyński byłby dumny.
Przestaliśmy walczyć, ja przestałam walczyć, miotać się jak karp w siatce. Oczywiście, że są spiny, wiadomo. U nas zawsze będą. I'm lovin' it.
Pozwoliłam sobie na ciche "uf".

Wirus wojny przerzucił się na teściową.
Na sam jej widok dostaję usposobienia psa dingo, wściekłego w dodatku, a jak słyszę:
"a czy ona coś jadła?"
"musisz.."
"nie możesz..."
"zobaczysz..."
"ja bym nigdy..."
"ale ona mnie kocha, jak żadną babcię..."

to dostaję migotania przedsionków.
Jednak przyznaję, że pierwsze 6 miesięcy dziecka karmionego wyłącznie piersią to jest pikuś w porównaniu do histerii jakie wywołuje w babci dziecko prawie 1,5 roczne, które jest na 3cim centylu i wyrodna matka nie raczy biegać z talerzem i łyżeczką, robiąc samolociki, po całym domu a rzuca jedynie leniwe "nie chcesz jeść, to nie, narka".


Meśka jest boska, gada chyba nieprzeciętnie dużo jak na swój wiek - tzn. żadne inne dziecko w naszym otoczeniu w Jej wieku tyle nie gada. Ale umówmy się - po mamusi ;)
Lata, skacze, gra i fika.
Tylko kurde, jest strasznie chuda. Wygląda na to, że moje kuchenne rewolucje rodem z BLW nie obudziły w Niej dzikiej pasji jedzenia. Zje 3 łyżki i narka (choć potrafi zmieścić na prawdę sporo i różnorodnie - ale gdzie to jest, to nie wiem... wszystko chyba w Dadę idzie).
Jest na 3cim centylu, co spędza mi sen z powiek.
Chwała Bogu, że nadal podpija moje mleko, bo mam jako taki spokój ducha, że nie padnie za raz na jakąś anemię (w przeciwieństwie do mnie, bo ważę jakieś 6kg mniej niż przed ciążą- i fajnie).

Ja sama odnalazłam się w roli mamy, ale już od kilku miesięcy płomiennie marzę o powrocie do pracy.
Problem w tym, że z poprzedniej zrezygnowałam a nowej nie mam czasu szukać, póki Meś nie pójdzie do żłobka.
Miała iść od dziś, ale że załapałyśmy bardzo nieprzyjemny odczyn poszczepienny po szczepionce Priorixem (odra-świnka-różyczka) to sprawa się odwleka o tydzień.
Aktualnie moja przerwa zawodowa to 2 lata, także jestem w panice, czy ja w ogóle jeszcze coś potrafię, czy ktoś mnie zechce i generalnie co dalej.
Boje się, ale staram się myśleć pozytywnie.
Dziecko "poczęłam" to roboty nie znajdę? :)
Wierzę, że to wszystko się jakoś poskłada i te puzzle stworzą jakiś spójny obrazek.

I tak to.

Zastanawiam się, co począć z tym miejscem w sieci - jeszcze nie tak dawno ognistym, opłakanym milionem łez, okłutym igłami, nastrzykanym sterydami, nafaszerowanym nadzieją?
O niepłodności powiedziałam już wiele, więcej chyba nie chcę.
O samym dziecku i rodzicielstwie nie wiem czy chcę pisać. Blogów parentingowych Ci u nas dostatek. No, chyba, że tak bez lukru, to może.
Zastanawiam się nad konwencją mojego blogowania w przyszłości.
Anything can happen :)
Czas pokaże.


czwartek, 16 czerwca 2016

Errata

Przez ostatnie dni na blogu dostępne były 2 z 3 części opowiadania "Przyjaźń w niepłodności. Niepłodność w przyjaźni." 
Wpisy traktowały o historii mojej relacji z przyjaciółką pod pseudonimem Dżi i o tym, jak bardzo mocno moje starania o dziecko ukształtowały i wpłęły na tą relację. Od jakiegoś czasu- trudną relację.

Wpisy zniknęły i tak już zostanie.
Nie będe publikować tej historii.
Granice mojej prywatności i intymności na blogu przesunęłam bardzo daleko ale nie chcę naruszać prywatności Dżi. 
Dodatkowo, gdyby Ona jakimś cudem tutaj trafiła, to zapewne miała by mi za złe a tego nie chce. Chciała bym raczej, żeby nasze relacje się naprawiły, nie inaczej.

Żałuję, bo historia jest ciekawa, chociażby z socjologicznego punktu widzenia i baardzo w tematyce tego bloga. Zazwyczaj chyba bywa tak, że to nieudane starania o dziecko psują relację. U nas było zupełnie odwrotnie..

Liczyłam też, że pisanie, publikacja i Wasze komentrze spełnią dla mnie jakąś rolę terapeutyczną, bo nie mogę sobie z tematem poradzić, przepracować, ocenić. Troszku się jednak przeliczyłam i chyba nie do końca oszacowałam ryzyko i możliwe konsekwencje.

Przepraszam tych, którzy czekali na ciąg dalszy i epilog.
Tym razem postawię tą granicę troszkę bliżej jednak.

czwartek, 26 maja 2016

Dzień Mamy

Ja i Mela, wrzesień 2015. Proszę o niewykorzystywanie zdjęcia bez mojej pisemnej zgody.

Podobnie jak w ubiegłym roku, nie doczekałam się ani kwiatów, ani wisiorków ani nawet złamanego "wszystkiego najlepszego".
Nic to. 
Powiem dobitnie, jak na damę przystało: sram na to.

Dostałam za to zapach pawia na bluzce.
Tupot małych, różowych kulfonów bębniących rano o podłogę.
Plamę z lodów jagodowych na kołnierzu.
Truskawki rozciapane na podłodze.
Uśmiech z 7 zębami, w tym z trzonowcem-nówka-sztuka.
Uderzenie oksytocyny podczas tulenia u piersi, że aż trzeba zagryźć zęby, żeby nie wydać z siebie jakiegoś pierwotnego dźwięku. 
Wdech- zapach jej włosów wciąż nieokiełzanych, każdy innej długości.
Słowo "ma-ma?!" wypowiedziane piskiem tysiąc razy. 

Każdego dnia, jakkolwiek zmęczona bym nie była, cokolwiek by mnie nie spotkało, sprawia, że jestem dumna, że ja- akurat właśnie ja i nikt inny- jestem Jej mamą.

I dziś jest mój dzień.
Tak jak 364 pozostałych, w jej żywiołowym towarzystwie.

poniedziałek, 23 maja 2016

Opowiedz o niepłodności - wkład w pracę naukową

Pani Ania Baruch nadała taki oto apel:
Witam serdecznie! Jestem pracownikiem socjalnym i jednocześnie piszę doktorat na Wydziale Nauk o Zdrowiu w Collegium Medicum UMK w Bydgoszczy.
Interesuje mnie niepłodność jako problem społeczny. Sytuacja, w której dwoje ludzi nie może zajść w ciążę jest bardzo trudna. Tym trudniejsza im bardziej się przeciąga. Każdy z nas zna kogoś, kto był lub jest w takiej sytuacji. Jednak zwykle chcemy taką sytuację ukryć przed światem, dlatego trudno coś o niej powiedzieć w naukowy sposób. Naukowy oznacza obiektywny, więc nie mogę w pracy opisać przypadków z rodziny lub przyjaciół.
Dlatego w ten sposób szukam par, które zechciałyby podzielić się ze mną swoimi doświadczeniami związanymi z dążeniem do zostania rodzicami. Celem moich badań naukowych jest zebranie informacji na temat osobistych doświadczeń, przeżyć i wyzwań jakich doświadczają pary niemogące zajść w ciążę.
Pozyskane dane przyczynią się do upowszechniania społecznych aspektów wiedzy dotyczących niepłodności oraz rozwoju edukacji zdrowotnej w tym kierunku. Chciałabym, aby wyniki moich badań dotarły do lekarzy, psychologów, pedagogów, pracowników socjalnych. Celem jest uwrażliwienie profesjonalistów i społeczeństwa na problemy par starających się o potomstwo. Zapewniam o anonimowości badań. Wszelkie uzyskane informacje będą w publikacjach podane w taki sposób, aby nie było jakiejkolwiek możliwości identyfikacji osób badanych.
Zachęcam do udziału w badaniu, które polega na rozmowie ze mną za pośrednictwem skype'a, jest dobrowolne i nie wiąże się z żadnymi korzyściami finansowymi. Mam nadzieję, że mi pomożecie. Przekażcie proszę tę informację także znajomym.
Osoby chętne proszone są o kontakt: ania.baruch@gmail.com

Niech nas usłyszą i zrozumieją.
Niech poznają nasz punkt widzenia nie tylko z dziadowskich programów publicystycznych ale ten ludzki, prawdziwy wymiar niepłodności.

Ja już :)
Teraz Wy :)

niedziela, 10 kwietnia 2016

List do Świeżo Upieczonego Taty

Drogi Świeżo Upieczony Tato!

Nie istotne, czy zostałeś nim tydzień temu, wczoraj czy 13 miesięcy temu. To nadal świeża sprawa. Twoje życie zmieniło się o 180 stopni. Ona również się zmieniła, matka Twojego dziecka, znaczy się. 
Postanowiłam napisać do Ciebie, żeby przekazać Ci punkt widzenia i prośbę świeżej mamy. A nuż moje słowa nie trafią w próżnię. 

Proszę Cię, w tych pierwszych tygodniach nie zostawiaj mnie samej - psychicznie i... organizacyjnie. 
Czuję się dziwnie, nagle ktoś dał mi w ramiona dziecko, powiedział, że to moje i mam sobie radzić. Jestem zszokowana tym wszystkim. 
Dodatkowo fizycznie czuję się źle - mam rozwalone krocze albo rozpłatany brzuch. Kurde, to boli. Jestem taka słaba a tu nie ma "przebacz". Nie mogę wziąć L4 od macierzyństwa. Mój organizm regeneruje siły, wraca do kondycji sprzed ciąży.
Moje hormony wariują, z moim ciałem i psychiką dzieją się dziwne rzeczy. Zatroszcz się o mnie, plis. 
Zwróć, błagam Cię, szczególną uwagę na posiłki - żebym jadła często, dobrze i do syta. To mi pozwoli wrócić do sił po porodzie. Jeśli kompletnie nie umiesz gotować sam, to zorganizuj jedzenie (tylko jakieś przyzwoite, nie fast food) z dowozem do domu, albo zaangażuj najbliższych. Dla mnie to było strasznie ważne wtedy. Byłam non stop głodna, ale nie miałam siły albo czasu tego ogarniać. 

Proszę Cię, doceń mój wysiłek i starania
Nie ważne, ile czasu spędzę "w domu" z dzieckiem, nie pracując zarobkowo: kwartał, pół roku, rok czy dłużej. 
NIGDY NIE RZUCAJ MI TEKSTEM: BO TY NIE PRACUJESZ.
Zaklinam Cię: pod żadnym pozorem. 
To jest najbardziej raniąca i deprecjonująca moje starania i wysiłki rzecz, jaką możesz mi powiedzieć. 
Po pierwsze: nie pracuję zarobkowo, nie z lenistwa, ale dlatego, że muszę/chcę ten czas spędzić z naszym dzieckiem. I nie jest to, wyłącznie, przyjemność. Myślę, że dla dziecka to są same korzyści, że ma mamę dla siebie. Ty za to nie musisz się martwić o żłobki, nianie i inne bajery. 
Po drugie: opieka nad dzieckiem full time to jest cholernie, ale to cholernie ciężka praca. Kurde, przysięgam Ci. To nie jest czcza gadka. Uwierz mi. To jest praca na dwa etaty - dzienny i nocny. Nie wyjdziesz z niej, nie ma opcji. Ja na przykład nie mam pod ręką teściowej albo mamy, które mogą mnie odciążyć. O wszystko muszę sama zadbać: zrobienie i wniesienie zakupów (to wszystko w asyście dziecka), zaopiekowanie się dzieckiem, ogarnięcie jako tako domu, posiłki - ono je trochę inaczej niż my, na ogół, więc tym bardziej. 
Nie mam czasu dla siebie, nie mogę się oderwać od tej domowej rutyny właściwie nawet na chwilę. Dzieci są największymi egoistami świata (nie mam im tego za złe) - nie wytłumaczysz im, że musisz teraz pójść w samotności na kibelek. No więc na ogół siedzisz na tym kibelku z dzieckiem na rękach. 
Nikt mi nie płaci w gotówce lub przelewem za moją pracę.
Kocham Ci i ufam Ci, ale mam z tyłu głowy taką cichutką myśl, że jestem chwilowo częściowo zależna finansowo od Ciebie. Gdyby Ci się coś odwidziało i jakaś Jessica Alba namąciła by Ci w głowie, mogła bym zostać na lodzie - finansowo, organizacyjnie. 
I będę musiała sobie poradzić, bo jestem matką.
Moja musiała, bez pracy, z kredytem hipotecznym i alimentami, które istniały jedynie w teorii. Także gdzieś mi tam dzwoni to wspomnienie. Może nie tylko mnie, wiesz? 

Nie, nie chcę Ci powiedzieć, że moja praca jest cięższa niż Twoja i należy się nade mną użalać. 
Nie chcę, ABSOLUTNIE nie chcę Ci powiedzieć, że jestem nieszczęśliwa i uciemiężona. 
Macierzyństwo mnie uszczęśliwia, jest cudowne i tysiąc razy podjęła bym tą samą decyzję. 
Chciała bym tylko, żebyś docenił. 
Tym bardziej, że bycie "kurą domową", na chwilę czy na dłużej, ma słaby PR. 
Takie są czasem wyśmiewane, wiesz jak jest. Czasem jest mi troszkę wstyd nawet, że nadal nie wróciłam na etat / do działalności, bo wiem, co sobie pomyślą inni. To nie fair, nie powinno tak być. 

Ja jeszcze nie-tak-dawno byłam znana w moich kręgach jako zakręcona na punkcie roboty pracoholiczka, dla której praca była top-one. Pracowałam dla największych graczy na polskim (i nie tylko rynku) i troszkę zadzierałam nosa.  Wtedy trochę lekceważąco patrzyłam na te "siedzące w domu matrony".  Wtedy rzucałam hasłami "ja nigdyyy..". 
Posypuję głowę popiołem. Myliłam się. Teraz mi wstyd. 
Ten cały macierzyński - kuźwa, to jest niezła tyrka. 
Nawet jako całkiem niezły, doświadczony project manager, mam często zadyszkę i nie wyrabiam na zakrętach. W domu. 

Proszę Cię, weź na siebie część obowiązków
Często zakładasz, że skoro większą część dnia pracujesz zarobkowo, to po powrocie do domu należy Ci się miska zupy, zarumieniony schabik, piwko i święty spokój. 
Bo przecież "ja nie pracuję".
Kurde, ale ja przez ten czas tak samo pracowałam, jak i Ty. Jasne, zdarzają się lepsze dni, że jest trochę luźniej... ale przecież w Twojej pracy też tak jest, prawda?
Tylko, że jakoś tak wychodzi, że często domyślnie całość obowiązków spada na matkę, bo "przecież jest matką" a dodatkowo "nie pracuje".
Nie za bardzo to kumam, bo oboje pracujemy i oboje mamy dwie ręce i dwie nóżki. A to, że jestem kobietą nie oznacza, że jestem też robotem domowym. 
Jak to sobie konkretnie wyobrażam?
Na przykład:

- po powrocie z pracy weź smarka na spacer / poczytaj / daj kolację / wykąp / przygotuj do snu / uśpij;
- w sobotę zaproponuj mi, że ogarniesz smarka na kilka godzin, a ja wyskoczę na kawę z koleżanką / na drobne zakupy / do kosmetyczki;
- zrób zakupy w drodze powrotnej z pracy;
- wstaw pranie wychodząc do pracy; 
- zaproponuj, że dziś Ty wstaniesz rano ogarnąć smarka a ja mogła bym sobie kimnąć tak do 9 na przykład (w weekendy); --> gdyby mój mąż mi to kiedyś zaproponował, to chyba z marszu zaproponowała bym mu seks oralny oraz jajecznicę z przepiórczych jajek na grzance, serwowaną w koronkowej haleczce. Czarnej. 
- jeśli dziecko jest karmione mlekiem modyfikowanym to podziel się z nią "nockami"

i tak dalej. 
Chyba nie ma opcji, żeby ona tego nie doceniła. Więc opłaci Ci się. 
Pominąwszy argumenty banalne, typu miłość i partnerstwo, po prostu Ci się to kalkuluje. 
Ja będę mniej sfrustrowana i zrzędząca a mając trochę czasu dla siebie będę lepiej wyglądać. Nikt chyba nie chce mieć za żonę / partnerkę rozczochranej miotły z kilkudniowym zarostem. Na igraszki pewnie też będę miała więcej chęci, bo skoro udało mi się ogarnąć to bikini, to niech je chociaż ktoś obejrzy. A poza tym mam na nie w ogóle jeszcze siłę, bo mogłam chwilkę odpocząć i załapać oddech. 

Podsumowując: myślę, że często mamy trudności, żeby się wzajemnie zrozumieć. 
Tak bardzo bym chciała, żebyś mnie docenił...
Tak strasznie mnie ranią te słowa o tym, że "ja nie pracuję". Tak strasznie, że dostaję piany na pysku i szczekam. A potem wyję, w łazience, do księżyca. 
Czasem się boję, że Ci się odwidzi i mnie zostawisz z tym wszystkim. 

Sama nie wiem, jak to zrobić, żeby mieć ciastko i zjeść ciastko. 
Wszechobecna gadka o równonprawieniu to w dużej mierze tylko gadka, bo ja i tak dość słono zapłaciłam za macierzyństwo - karierą i ciałem. 
Moja bezdzietna koleżanka z pracy objęła moje stanowisko i, baaa, została dyrektorem działu. Ja nie mam już powrotu do swoich dawnych obowiązków.  
Poza tym moje cycki też nie wyglądają jak wycięte z PornHub'a, na którego pewnie często ostatnio zaglądasz. Ta blizna na moim podbrzuszu też zostanie już na zawsze. 

Poza tym pamiętaj jeszcze o jednym:
Twoje dziecko również bardzo Cię potrzebuje. Tęskni za Tobą kiedy Cię nie ma.
Widzę, jak inaczej się zachowuje, jak szczęśliwa jest, kiedy razem spędzamy czas, jako zgrany team. 

Myślę, że rodzina jest wartością absolutnie nadrzędną w życiu - zawalczmy więc!
Oboje. 


Z pozdrowieniami,
Świeżo Upieczona Mama
(prawie 13sto miesięcznej córki)




Video PS. 
Zachęcam do obejrzenia.
Niby przerysowane... ale czy na pewno?



niedziela, 20 marca 2016

365 dni szczęścia



...z hakiem.
Mesia w zeszłą niedzielę, 13.03, obchodziła swoje pierwsze urodziny.
Planowałam emocjonalny wpis na ten dzień właśnie, ale niestety okoliczności roczkowo-imprezowe i chorobowe mi to uniemożliwiły.
Nadrabiam więc.

To był piękny rok.
Pełen niepowtarzalnych wrażeń nie do podrobienia. Rok emocji i miłości.
W tym pierwszym roku wszystko miało swój cudowny urok.
Począwszy od histerii na porodówce, przez świetny poród, blade początki z noworodkiem, start drogi mlecznej. Każdy tydzień i miesiąc przynosił jakieś zmiany - w niej, we mnie, w nas.

U tak małego dziecka cieszy każdy krok w przód - każdy pierwszy uśmiech, pierwsze "guu", "meme", umiejętność chwytania, obracania się... a potem każda kolejna.
Rozszerzanie diety jest wielką przygodą. Świetnie się bawiłam (i nadal bawię), pozwalając mojemu dziecku odkrywać samodzielnie świat smaków, konsystencji, kolorów - choć jak wiemy, sprzątania przy tym miałam mnóstwo :)

Wielką przygodą jest dla mnie także karmienie piersią.
Spełniło się moje marzenie - chciałam karmić piersią, w dodatku co najmniej rok - i tak też się stało.
Udało się, w dodatku przez 6 pierwszych miesięcy wyłącznie mleko mamy.
Miałam trochę szczęścia i jeszcze więcej rozumu.
Kontynuujemy dalej, choć jest tego coraz mniej vs pokarmy stałe. Na ten moment żadna z nas nie jest gotowa na odstawienie jeszcze.

Zamykamy pewien etap.
Meśka zakończyła etap niemowlęcy, teraz jest małym dzieckiem :)
Niedługo przed ukończeniem roku zaczęła samodzielnie chodzić, więc teraz nawet wizualnie widać, że mój dzidziuś, to już całkiem duża pannica.

Wszystkiego najlepszego Myszo :)
Nie mogę się doczekać reszty życia z Tobą.

środa, 2 marca 2016

Meldunek bieżący

Pomarudziłam, pomarudziłam i wsiąkłam.
Wessała mnie codzienność.

Ostatni kryzys był intensywny. Na złości na Małżona się nie skończyło.
Przy okazji powrzeszczałam trochę na dziecko, trzęsąc Ją troszkę mocniej niż powinnam, lub, można by rzec, nie powinnam wcale.

Był moment, że czułam się, jak jedna z tych filmowych matek, co to zapakowały manatki i ciemną nocą uciekły gdzieś, na zawsze, porzucając rodzinę. Nigdzie co prawda nie uciekłam, ale sącząc kawę toczyłam takowe fantazje.

Co ciekawe, z odsieczą "nadejszli" teściowie, zabierając Młodą na cały dzień a ja wyprułam, jak oparzona. Kawa z koleżanką, nieprzyzwoita ilość czekolady i nowa sukienka z ZARY rozpoczęły proces regeneracji i zaczęłam dochodzić do siebie.
W odpowiedzi na babci mmsy ze zdjęciami i emocjonalne telefony pełne wrażeń, padała jeno krótka komenda: "nie dzwonić, chyba, że pojawi się krew".

Młoda dzień beze mnie spędziła znakomicie, w świetnym nastroju, kochając babunię i dziadunia i nawet nauczyła się mówić "baba" i "dziadzia". Generalnie dziecię moje bardzo dużo mówi. W sumie to najwięcej, ze wszystkich dzieci w okolicy w podobnym wieku. A nawet i sporo starszych.
Myślę, że po części to moja zasługa a po części geny - ponieważ-iż matka Jej, czyli wychodzi, że ja - mówię bardzo dużo.
Można by rzec - za dużo.

Jestem na etapie szukania pracy.
Nie jest to może faza dzikiego kopania w ofertach i rozsyłania CV, ale rozglądam się, ostrożnie podchodzę do wyboru ofert. Skoro już dojrzałam do zmiany, niech ona będzie z głową i rozsądna.
Jestem gotowa, żeby do tej pracy wrócić na wiosnę.
Dojrzałam.

Znalazłam również żłobek, a raczej: klub malucha.
Ta opcja na razie wygrała z opcją "niania". Z różnych powodów, których teraz rozstrzygać nie będę, bo to temat na osobny wpis.
Po prostu biorąc pod uwagę całokształt, charakter mojego dziecka i ogólne warunki klimatyczne, jako matka Jej rodzona, czuję, że to może być TO.
Jutro rano idziemy oglądać placówkę i pogadać z Paniami.
Jest to nieduża placówka prywatna, powstała ze środków unijnych w ramach programu aktywizującego zawodowo matki. Płatna oczywiście, ale i tak sporo tańsza niż niania.

Placówka ma w ofercie min. pakiet 20 godzin miesięcznie, z którego mam zamiar skorzystać, jak tylko Młodej stuknie rok (czyli już niebawem). Będę wtedy miała kilka godzin dla siebie, żeby poszukać pracy, pozałatwiać swoje sprawy czy też po prostu nie robić wtedy nic i pobyć sama dla siebie.
Przy okazji przetestuję to całe żłobkowanie - czy Młoda będzie chorować, czy zaakceptuje taką formę bez mamy u boku.
Jeśli nie - będę miała chwilę, przed powrotem do pracy, żeby poszukać niani.

Meśka zaskakuje nas z każdym dniem.
Łazi, a raczej - popierdziela - przy meblach i ścianie i zbiera się koleżanka do samodzielnego marszu. I gada. Gaaadaaa, Bożesz Ty jak Ona gada.
Staje czasem na środku pokoju, z wysoko uniesioną głową, jedną rękę podnosi w górę, wyciąga w górę palec wskazujący, który nazywamy "Kolumbem" i wygłasza ognisty monolog.
Umie pokazać i nazwać niektóre z przedmiotów, jak lampa czy żaba, o członkach rodziny nie wspominając.

I tak to, w marcu jak w garncu.
A że Meśka jest z marca, to moje macierzyństwo też jak garncowe - dużo cukru, daktyli, suszonych moreli, musztardy i trochę chrzanu.


PS. Da się zauważyć kilka zmian w wyglądzie bloga - kombinuję, co i jak można by zmienić. Nie przywiązujcie się zbytnio do tego looku. Work in progress :)



piątek, 12 lutego 2016

El crisiso



...czyli: uwaga, będę marudzić.
Marzę, żeby było normalnie. Inaczej.

Moja bajka:
sobota.
budzimy się wszyscy, nie ważne o której, w dobrych humorach.
On nie poszedł spać o 3, tylko normalnie, jak człowiek - więc i normalnie rano wygląda i kontaktuje.
Uśmiechamy się.
On robi kawę, ja śniadanie.
Rozmawiamy.
Potem jemy razem.
Ogarniamy się synchronicznie, z werwą, bez niepotrzebnego rozwlekania. Mnie nie przeszkadza to, że ogarnę i siebie i dziecko. Byle on był ogarnięty na czas.
Wychodzimy z domu bez przepychanek i nie spóźnieni o 60 minut, jak zwykle.
Idziemy na spacer, jedziemy dziś do lasu.
Mamy ze sobą herbatę w termosie i wafle. Jesteśmy w świetnych humorach.
On zapina Młodą w nosidło, idziemy, idziemy - gadamy o wszystkim i o niczym, milczymy - tak czy inaczej jest fajnie.
Potem jedziemy gdzieś na obiad albo jemy w domu - nie ważne. Jemy razem.
Przy stole czujemy się zrelaksowani i czujemy się razem - nikt nie korzysta z telefonu przy jedzeniu, nikt nie je na wyścigi, bo "muszę coś skończyć".
Potem spędzamy razem popołudnie. W domu.
Bawimy się z Młodą, robimy jej zdjęcia, jest ubaw.
Potem niech i sobie idzie i posiedzi trochę przed tym kompem umiłowanym - luz. I tak już jestem szczęśliwa.
18:00 ta daaam!
Karmię małą smoczycę, on szykuje kąpiel, kąpie ją, ubiera - ja usypiam.
Robimy albo, niech będzie - ja zrobię! - kolację.
Jemy ją, przed TV.
Potem leżymy na kanapie i oglądamy razem film. Przytuleni. Okazujemy sobie ciepło, ktoś kogoś pogładzi po ręce, cmoknie w szyje. Wiesz, że jest miłość. Że on chociaż cię lubi. Ona jego też.
Potem idziemy spać - razem. Nie kładę się sama do zimnego łóżka.
Kto wie. Może i coś się wydarzy ciepłego.

***

Czy to tak dużo? Czy ja nie widzę, że u mnie trawa też jest zielona? Czy ze mną coś jest nie tak?
Moja bajka na ten moment przypomina raczej mroczną baśń braci Grimm.
Zmęczona, niezbyt wyspana księżniczka, z mocnym fochem, rzucająca "kurwami", odrapanymi paznokciami i butami sprzed 3 sezonów.
I on - mroczny książe na ziarnku grochu, w iPhonem w ręce, przykutym do oczu macbookiem, wiecznie dzwoniącym telefonem, wiecznie coś kończący, wiecznie pracujący na budowę domu, w którym niebawem sobie sam zamieszka.

Niby oboje wiemy, że macierzyński to nie wakacje. Niby oboje chodziliśmy do szkoły rodzenia, gdzie pani mówiła, że młodej mamie trzeba pomóc, bo sama wszystkiego - no może i ogarnie - ale pierdolca dostanie jak nic. Niby oboje śmialiśmy się z tych tatusiów, co to nie pomagają swoim żonom, młodym mamom, a to przecież ich obojga obowiązek i przywilej.
No, tośmy się pośmiali pośmiali i ch** z tego.

I proszę mi tu nie chrzanić farmazonów o małżeńskich rozmowach i podziale obowiązków przed pojawieniem się dziecka, bo ja wcześniej noworodka na oczy nie widziałam. Trudno się managuje z wyprzedzeniem projektem, którego założeń, materiałów, terminów i założeń się wcześniej nie zna.

Albo jakoś się dotrzemy w tym rodzicielskim bajzlu, albo...
nie wiem.





wtorek, 26 stycznia 2016

Z pamiętnika wkurwionej matki.


Pobudka między 6:00 - 7:30
Chwila na miętolenie, zmiana śmierdzącej pieluchy, wyjście z wyra na salony.
Śniadanie. 
Mycie bobasa i przebieranie w odzież dzienną. 
Mama sprząta kuchnię i ogarnia syf. 
Zmiana z zasięgu małych łapek wszystko, co mogło by wylądować w buzi (czyli wszystko, co się zmieści). Czasami potrzebny jest odkurzacz. No dobra, często. 
Samodzielna zabawa, wspinanie się po meblach, cyrk. 
Marudzenie.
Ok 10-11 pierwsza drzemka, trwająca tak jak każda inna: 30 min. 
Mama próbuje zrobić sobie kawę, zjeść coś, wziąć prysznic, doprowadzić się do wyglądu młodej kobiety. Już prawię upija łyka świeżej, ciepłej kawy a wtem!
Ryk w elektronicznej niani. 
Cicho i elegancko pod nosem: "esz, kuźwa..". 
Drepczę do jamy, zabrać smoka na drugie śniadanie.
Myję bobasa, wyjmuję jabłko z nosa i uszu. Włosy zostają. Z włosów się nie da wyjąć, bo ryczy. 
Samodzielna zabawa.
... wróć...
mama by chciała, żeby była samodzielna, ale jest to raczej wiszące na nogawce, przeciągłe "maaa maaaaa".
Mama próbuje zrobić obiad. Jej i nam. A może uda się zrobić "one for all".
Fajnie by było się wysikać. Ale by było super. 
Jest.
Obiad jest! Bez ofiar w ludziach. 
Młoda, czysta jeszcze, zasiada do nadal czystego fotelika. Zaczyna memlać.
"Mniamm, mniamm". 
Podaję ojcu dziecka. 
Sobie nakładam.
Dźgam widelcem w kotleta iiii... jebut!
Zbieram strawę dziecka z podłogi i po krótkich oględzinach serwuję ponownie. Niech się hartuje. 
Robię trzy kęsy. Mm jak miło, siedzę obiema pośladkami na krześle. Lux malina. 
Ma ma, ma ma, ma ma, ma ma...
Zostawiam swój obiad. Biorę brudne niemowlę strząsając z niego liczne kawałki jedzenia. 
Myję.
Przebieram CAŁE, bo przecież picie z kubka wymaga poświęcenia. 
Zabawiam zabawkami.
Ojciec zjadł, poszedł do gabinetu polować na mamuty. 
Wracam do obiadu - zimny.
Eeee tam... 
Sprzątam. 
Me me, ma ma, me me, ma ma.
Przecieram ostatni kawałek blatu - bim bam! 15!
Kładę niemowlę spać.
30 min! Boże, Boże co robić najpierw? Ganiam jak oparzona po domu - układam, przestawiam, czytam coś, może i nawet usiądę! Ba, powiem więcej! Może się nawet wysikam!
A może "poranna" kawusia! A hulaj dusza!
"Beeeee, meee meeee!?"
Kuźwa..
Zabawa.
Marudzenie.
Podwieczorek.
Mycie.
Siuśki.
Zabawa.
18! Godzino cudowna, jesteś wreszcie!
Kolacja!
Kąpię to brudne jak nieboskie stworzenie niemowlę, skrobię za uszami, włosy szoruję kartaczem.
Ubieram - ryk. Standardowo.
Cycuś i... patrzę na te powieki cudowne, jak opadają.
Cudowne są głównie jak opadają, bo tak to różnie o nich sobie myślę. 
Odkładam do łóżeczka, włączam szumisia i wysuwam się z pokoju jak pantera, lewitując niemal nad ziemią, oddychając na pół gwizdka i niech choćby kot miałknie, to zabiję, jak słowo daję. 
Wysunąwszy się z pokoju, moim oczom ukazuje się kuchenny chlew. 
Zmywarka uśmiecha się do mnie zalotnie: wypróżnij mnie a potem zapełnij znowu, maleńka. 
Ano więc idę w to.
Zakładam na ucho jedną słuchawkę i dzwonię do innych dorosłych ludzi, żeby porozmawiać całymi zdaniami. 
Jak kończę to jest już spokojnie koło 21.
Czas coś zjeść, więc robię kolację.
Zjadam i zalegam, zostawiając po sobie gary na kolejny poranek pełen cudów. 
Wyłania się małżon, dotychczas polujący na mamuty, czyniąc samcze zaloty.
"Daj mi chwilkę, tylko złapię oddech".
Tak go łapię, że zasypiam na popielnicę, ze śliną cieknącą z lewego kącika, kapiącą ciągnącą strużką na wzorzystą, ozdobną poduchę z IKEI. Wyglądam wtedy zaiste jak kolejny aniołek Victorias Secret. Z zaschniętą kaszą wplecioną we włosy. 
Teleportuję się do łóżka, licząc, że tej nocy będą tylko 2 cyckowe pobudki. 
Coś tam mi się chyba śni, ale nie mam siły, żeby zapamiętać. 

***




Tak wygląda wyrywkowo wybrany dzień z życia matki 10cio miesięczniaka.
Oczywiście, dzień z tych nudnych, mniej fajnych dni.
Oczywiście, tych dni jest mniej niż tych, kiedy latam, gram i fikam, acz nie zmienia to faktu, że jestem, kuźwa, zmęczona.
Nie ogarniam ostatnio.
Młoda jest cudowna, świetnie się rozwija i codziennie jestem dumna, że jestem Jej mamą. Jednak powiedzmy to sobie głośno i wyraźnie: codziennie również mnie wkurwia.
Czasem mam ochotę powiedzieć, nieco głośniej niż nakazywała by etykieta: "Ej, kuźwa, nie widzisz, że jem? Spadówa". Nie czuję się wtedy złą matką. Czuję się wtedy jedynie matką wkurwioną.

Czasem rano, jak mam wolne 30 sekund, stanę na wadze.
Wyświetla 54 kilo.
Ostatni raz tyle pokazywała, skubana, jak byłam w liceum.


niedziela, 10 stycznia 2016

TO


Koleżankom z mojego grona młodych mamusiek, które zdecydowały się "na drugie" rosną brzuchy.
Uwypuklają się te ich modne bluzeczki. 
Zaokrąglają się. 
Kolejne USG uchylają kolejne rąbki tajemnic - długości, wagi, płcie. 

A we mnie to wzbiera. 
TO pojawiło się, jak Meśka miała kilka tygodni. 

Pamiętam jak leżąc na porodówce po nieudanej próbie indukcji porodu SN i czekając na "dzień ostateczny" przeklinałam na czym świat stoi, że NIGDY WIĘCEJ. Byłam w panice. Chciałam wszystko anulować. Trudno. Dożyjemy sobie w dwójkę + 2 koty późnej starości i dobra. 
Wkurwiała mnie nawet reklama majonezu w szpitalnym TV, bo qrwa, ja tu przeżywam życiową traumę paniki przedporodowej, brzuch mnie boli, jutro czekają mnie tortury z wyrywaniem paznokci włącznie, będę błagać o śmierć, a oni mi tu "majooo majooo" wyśpiewują. Nigdy w życiu nie kupię tego majonezu. 

24h później.
Stoję w łazience, z rozpłatanym podbrzuszem, po nogach leci czerwona Niagara, zalewając brodzik. Ja ledwo mogę sięgnąć po ręcznik. Zgięta w pół obmywam niedbale żelem całe ciało, spłukuję.
Próbuję się wytrzeć, ale jak, skoro leci. Leci, kuźwa no. 
"Ooooo, kolejne chyba adoptujemy. Nigdy, kurwa, więcej. Bardzo dziękuję. Trzeba było, kuźwa, cisnąć dołem?!."

Młoda ma 7 dni. 
Zbieram się do kupy, ale wyglądem przypominam dziewczynkę z TheRing, na świeżo po wyjściu ze studni. Piersi wielkości i wagi piłki lekarskiej, rozrywają mi skórę, rujnując na zawsze moje dotychczas niewinne jak lilijka 75B. 
Moje nadal rozlazłe cielsko, spoczywa na podkładzie poporodowym, zalewając się różnymi płynami organicznymi. Meśka nie dojadła, dostałam zatoru, mam gorączkę, siódme poty, dreszcze. Męczę laktator, ale nie leci. Oh God, why? Bo jestem tak zestresowana.
O, nie prędko. O nie.

Mija kilka tygodni i pojawiają się te myśli.
TO kiełkuje. 
Jest fajnie. Młoda jest grzeczna. 
Zalewają mnie endorfiny. 
Jesteśmy zajebiści w rodzicielskim duecie. 
MOGLIBYŚMY mieć drugie dziecko. 

Mija kilka miesięcy.
Już wiem, że w rodzicielskim duecie jesteśmy far fucking away from "zajebiści". 
Przychodzi czas na kryzys, na skakanie sobie do gardeł, na wyrzuty i pretensje. 
TO nadal jest.

Zaczynają się rozkminki organizacyjne:
3cie piętro bez widny, sporo jeszcze upłynie, zanim pokona te schody sama. 
Wnoszenie zakupów. 
Składanie i rozkładanie wózka. Pakowanie go do samochodu.
Organizacyjnie będzie ciężko z drugą ciążą.

A co z macierzyńskim?
Jestem na samozatrudnieniu przecież. 
Co z moją pracą? Kit z karierą, ale wypadnę z obiegu.
W mojej branży taka długa przerwa to strzał w kolano.

Kiedy wracam do domu ze spotkania z koleżankami, z newsem o 2 ciążach w towarzystwie, w Jego reakcji słyszę, niby żartobliwe:
"A my? Kiedy?"
Wiem, że TO nie napadło i trzyma tylko mnie. 

Decyzja: 
nie, na razie nie. 
Za 2 lata jakoś. 

Telefon do kliniki.
Z ciekawości. Hipotetycznie. 
Pani embriolog, a co z karmieniem? Gdybyśmy, tak teoretycznie, chcieli podejść do transferu, to..
"Trzeba by było odstawić. Bo leki przenikają do mleka. I to tak 2-3 miesiące przed transferem, bo prolaktyna musi się unormować. Ale proszę nie odstawiać. To jest jej czas. Ja długo córkę karmiłam. Korzyści nie do przecenienia (...) " 
Nie odstawię Jej. Nie chcę. 
Lekkie poczucie niesprawiedliwości, że znowu jakieś ograniczenie, że nie możemy teraz, bo musieli byśmy zabrać córce Jej czas kp.
Choć nie twierdzę, że gdybyśmy mogli, to byśmy w to poszli. Nie. 

Koniec ubiegłego roku.
Decyzja: wracam do pracy, nie od marca, ale jakoś może późna wiosna / wczesne lato. 
Meśka pójdzie do żłobka. Prywatnego, ale spróbujemy. Ona ma charakter po mnie, ma potencjał na żłobek. 
Jestem podekscytowana. Aktywnie podeszłam do tematu szukania nowej pracy (do starej nie wracam). 
Pojawiają się jakieś perspektywy. Jest ruch w interesie. 

Ale TO nadal jest.
Takie irracjonalne, instynktowne pragnienie.
Poczucia znowu tej nadziei oczekiwania.
Tych dwóch kresek na teście.
Dzielenia się z rodziną i najbliższymi tym newsem. 
Rosnącego brzucha. 
Ruchów (Jesu, ale serio? To mnie tak bolało.)
Radości USG.
I... porodu. Najlepiej próby SN, bo teraz jestem gotowa. 
I tego pomnożenia miłości przez dwa, choć jest strach, że żadnego dziecka nie będę umiała pokochać tak jak Jej.
Pomijając zupełnie fakt, że jako duet rodziców kompletnie nie umiemy się zgrać i jeszcze chyba daleka droga przed nami, żeby przegonić kryzys. 

To pragnienie jest i rośnie, choć wiem, że na razie nie pójdziemy tą drogą. 
Plan nakreślony na jakieś 1,5-2 lata. 
Choć jak wiemy... wypadki chodzą po ludziach. 


Rzeczpospolita niepłodności



Gdziekolwiek się nie obrócę, widzę niepłodnych.
W ostatnich miesiącach zetknęłam się w moim otoczeniu z kilkoma case'ami.
Każdy z nich angażuje mnie emocjonalnie, ale taka już jestem, że zdrowy dystans nie należy do moich mocnych stron.

#1 
Pani Rehabilitantka
pisałam już o niej (#chapter 3).
Podeszła do IVF.
Policystyczne jajniki, miała minimalną stymulację - prawie jej właściwie nie miała.
Okazało się, że naprodukowała rekordową liczbę komórek - 38 lub 48, już nie pamiętam.
Z tego 11 zarodków.
Musieli przełożyć transfer, który się odbył ostatecznie na koniec listopada.
Wtedy widziałam się z Nią po raz ostatni przed długą przerwą świąteczną.
Jeśli by się udało miała iść na zwolnienie. Jeśli nie - widzimy się w Nowym Roku a ja obiecałam o nic nie pytać.
Byłam w poniedziałek. Była.
O nic nie pytałam, udawałam, że tematu nie ma.
Sama zaczęła na koniec.
Udało się, ale na chwilę. Beta spadła.
Cieszy się, że choć "trochę" się udało, że cokolwiek się zadziało.
Będą próbować dalej. Mają zarodki. Jest w dobrym stanie psychicznym.

#2
Dawna Przyjaciółka
o której szerzej pisałam tu.
W skrócie: starają się o dziecko już chyba z 7 lat. Kilka nieudanych inseminacji.
Problem u niej, niskie AMH.
W końcu podeszli do IVF. Bardzo mocna stymulacja.
Jeszcze za chyba nikogo aż tak mocno nie trzymałam kciuków.
Ostatecznie pobrano... jedną prawidłową komórkę jajową.
Zarodek nie rozwijał się prawidłowo. Właściwie to nie jestem pewna, czy ona w ogóle się zapłodniła...
Nie było czego podawać nawet. Nie mają żadnych mrozaków w zapasie.
I perspektyw na to, żeby było lepiej.
Chcieli podchodzić jeszcze raz, ale lekarz trochę ostudził ich nadzieje na bardziej udaną stymulację w przyszłości. Zasugerował rozważenie komórki dawczyni lub adopcję zarodka.
On jest chętny na adopcję oocyta. Ona nie chce, twierdząc, że to za daleko wszystko idzie, że chyba nie chce "za wszelką cenę".
Rozważa różne scenariusze, zainteresowała się adopcją.
Podesłałam Jej link do bloga Ali, która jest adopcyjną mamą (i biologiczną też, w drugiej kolejności czasowej). (liczę, że nie znajdzie mojego bloga przez to..)
Jedyne co mogę zrobić, to Ją wspierać i wysłuchać, bo to są już tak ważne decyzje, że muszą podjąć ją bez jakichkolwiek sugestii.
Bała bym się brać odpowiedzialność za jakąkolwiek radę / podpowiedź / sugestię w tym temacie.
Chyba nigdy aż tak nie trzymałam kciuków.
Nawet za ten ich cud. Już chyba nie była bym nawet "zazdrosna" (wiecie w jakim sensie).
Żeby im się tylko udało.

Z Dawną Przyjaciółką bardzo poprawiły nam się relacje.
Od czasu mojej ciąży PARADOKSALNIE jest lepiej, inaczej.
Została mamą chrzestną Meśki. I fajnie.

Jeśli macie wolne pokłady jakiejś dobrej energii / życzeń / modlitwy / whatever - popchnijcie je w Jej stronę. Fenks.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Przyszłość bloga



Nastał Nowy Rok, więc czas wrzucić dwa słowa, które już dawno czają się w mojej głowie.
Dwa słowa w temacie przyszłości bloga.

Blog powstał z potrzeby, w trudnym momencie mojego życia, w kilka miesięcy po odebraniu fatalnych wyników nasienia męża.
Zaczynając pisać sama do końca nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo niepłodnościowy news uderzył w moje małżeństwo, w Niego i we mnie. Dopiero pisząc, pewne sprawy stawały się jasne i zrozumiałe.
Koniec końców blog stał się kroniką naszych zmagań, kolejnych diagnoz, leczenia i kuracji, nadziei, wzlotów i upadków, dojrzewania i przechodzenia przez procedurę in vitro a finalnie ciąży.

W tym trudnym czasie poznałam wirtualnie kilka innych, niepłodnych blogujących dusz, z którymi wspierałam się wzajemnie. Większość z nich po zajściu w ciążę / urodzeniu dzieci przestała pisać lub założyła inne blogi. W każdym razie porzuciły niemal całkowicie pisanie o niepłodności.

A ja nadal to robię, mimo że moje dziecko za niecały kwartał skończy rok.

Z potrzeby.
To nie jest tak, że zadręczam się tematem niepłodności i nawet jako matka nie umiem się cieszyć z wygranej wojny.
Myślę, że wśród czytelników mogą pojawiać się myśli "po cóż ona ciągle gada o tym samym" lub "biedna kobita, ma dziecko i w kółko mieli ten temat", "ileż można gadać o in vitro".

Niepłodność już nie towarzyszy mojej codzienności.
Mam dziecko, nowe życie, jestem (niemal) wolna.
Pozostało też jednak jakieś takie poczucie misji, żeby tej niepłodności nie zakopywać na amen- dla siebie i dla innych.
Można by powiedzieć, że zrobiłam sobie z niej... hobby.

Długo się zastanawiałam w jaką stronę powinien pójść ten blog.
Zostać typowym blogiem parentingowym? A może w ogóle w aktualnej sytuacji pisanie nie ma już sensu?

Werdykt na ten moment jest taki, że blog zostaje w niezmienionej formie.
Będę pisać o moich spostrzeżeniach i przygodach z macierzyńskiej ścieżki, tło niepłodności zostaje.
Czasami, tak jak dotychczas: będą wpisy lekkie i przyjemne, a czasami te z serii hard, które wielu podniosą ciśnienie do ekstremalnego poziomu.
Zero kompromisów.
I jeszcze raz podkreślam: to, że będę pisać o in vitro, niepłodności mojej i innych, nie oznacza, że zostałam zakładniczką tego tematu.

Poza hobby (choć trochę tragikomicznie to brzmi) dostaję wiele sygnałów, że pisanie o tym zagadnieniu przynosi jakąś ulgę nie tylko mnie, ale i innym zmagającym się z problemem.
I cieszę się, że coś, co sprawia mi tyle radości niesie też jakiś realny pożytek innym.

Ale przede wszystkim: I'm loving it!
Ja po prostu uwielbiam pisać :)