wtorek, 26 stycznia 2016

Z pamiętnika wkurwionej matki.


Pobudka między 6:00 - 7:30
Chwila na miętolenie, zmiana śmierdzącej pieluchy, wyjście z wyra na salony.
Śniadanie. 
Mycie bobasa i przebieranie w odzież dzienną. 
Mama sprząta kuchnię i ogarnia syf. 
Zmiana z zasięgu małych łapek wszystko, co mogło by wylądować w buzi (czyli wszystko, co się zmieści). Czasami potrzebny jest odkurzacz. No dobra, często. 
Samodzielna zabawa, wspinanie się po meblach, cyrk. 
Marudzenie.
Ok 10-11 pierwsza drzemka, trwająca tak jak każda inna: 30 min. 
Mama próbuje zrobić sobie kawę, zjeść coś, wziąć prysznic, doprowadzić się do wyglądu młodej kobiety. Już prawię upija łyka świeżej, ciepłej kawy a wtem!
Ryk w elektronicznej niani. 
Cicho i elegancko pod nosem: "esz, kuźwa..". 
Drepczę do jamy, zabrać smoka na drugie śniadanie.
Myję bobasa, wyjmuję jabłko z nosa i uszu. Włosy zostają. Z włosów się nie da wyjąć, bo ryczy. 
Samodzielna zabawa.
... wróć...
mama by chciała, żeby była samodzielna, ale jest to raczej wiszące na nogawce, przeciągłe "maaa maaaaa".
Mama próbuje zrobić obiad. Jej i nam. A może uda się zrobić "one for all".
Fajnie by było się wysikać. Ale by było super. 
Jest.
Obiad jest! Bez ofiar w ludziach. 
Młoda, czysta jeszcze, zasiada do nadal czystego fotelika. Zaczyna memlać.
"Mniamm, mniamm". 
Podaję ojcu dziecka. 
Sobie nakładam.
Dźgam widelcem w kotleta iiii... jebut!
Zbieram strawę dziecka z podłogi i po krótkich oględzinach serwuję ponownie. Niech się hartuje. 
Robię trzy kęsy. Mm jak miło, siedzę obiema pośladkami na krześle. Lux malina. 
Ma ma, ma ma, ma ma, ma ma...
Zostawiam swój obiad. Biorę brudne niemowlę strząsając z niego liczne kawałki jedzenia. 
Myję.
Przebieram CAŁE, bo przecież picie z kubka wymaga poświęcenia. 
Zabawiam zabawkami.
Ojciec zjadł, poszedł do gabinetu polować na mamuty. 
Wracam do obiadu - zimny.
Eeee tam... 
Sprzątam. 
Me me, ma ma, me me, ma ma.
Przecieram ostatni kawałek blatu - bim bam! 15!
Kładę niemowlę spać.
30 min! Boże, Boże co robić najpierw? Ganiam jak oparzona po domu - układam, przestawiam, czytam coś, może i nawet usiądę! Ba, powiem więcej! Może się nawet wysikam!
A może "poranna" kawusia! A hulaj dusza!
"Beeeee, meee meeee!?"
Kuźwa..
Zabawa.
Marudzenie.
Podwieczorek.
Mycie.
Siuśki.
Zabawa.
18! Godzino cudowna, jesteś wreszcie!
Kolacja!
Kąpię to brudne jak nieboskie stworzenie niemowlę, skrobię za uszami, włosy szoruję kartaczem.
Ubieram - ryk. Standardowo.
Cycuś i... patrzę na te powieki cudowne, jak opadają.
Cudowne są głównie jak opadają, bo tak to różnie o nich sobie myślę. 
Odkładam do łóżeczka, włączam szumisia i wysuwam się z pokoju jak pantera, lewitując niemal nad ziemią, oddychając na pół gwizdka i niech choćby kot miałknie, to zabiję, jak słowo daję. 
Wysunąwszy się z pokoju, moim oczom ukazuje się kuchenny chlew. 
Zmywarka uśmiecha się do mnie zalotnie: wypróżnij mnie a potem zapełnij znowu, maleńka. 
Ano więc idę w to.
Zakładam na ucho jedną słuchawkę i dzwonię do innych dorosłych ludzi, żeby porozmawiać całymi zdaniami. 
Jak kończę to jest już spokojnie koło 21.
Czas coś zjeść, więc robię kolację.
Zjadam i zalegam, zostawiając po sobie gary na kolejny poranek pełen cudów. 
Wyłania się małżon, dotychczas polujący na mamuty, czyniąc samcze zaloty.
"Daj mi chwilkę, tylko złapię oddech".
Tak go łapię, że zasypiam na popielnicę, ze śliną cieknącą z lewego kącika, kapiącą ciągnącą strużką na wzorzystą, ozdobną poduchę z IKEI. Wyglądam wtedy zaiste jak kolejny aniołek Victorias Secret. Z zaschniętą kaszą wplecioną we włosy. 
Teleportuję się do łóżka, licząc, że tej nocy będą tylko 2 cyckowe pobudki. 
Coś tam mi się chyba śni, ale nie mam siły, żeby zapamiętać. 

***




Tak wygląda wyrywkowo wybrany dzień z życia matki 10cio miesięczniaka.
Oczywiście, dzień z tych nudnych, mniej fajnych dni.
Oczywiście, tych dni jest mniej niż tych, kiedy latam, gram i fikam, acz nie zmienia to faktu, że jestem, kuźwa, zmęczona.
Nie ogarniam ostatnio.
Młoda jest cudowna, świetnie się rozwija i codziennie jestem dumna, że jestem Jej mamą. Jednak powiedzmy to sobie głośno i wyraźnie: codziennie również mnie wkurwia.
Czasem mam ochotę powiedzieć, nieco głośniej niż nakazywała by etykieta: "Ej, kuźwa, nie widzisz, że jem? Spadówa". Nie czuję się wtedy złą matką. Czuję się wtedy jedynie matką wkurwioną.

Czasem rano, jak mam wolne 30 sekund, stanę na wadze.
Wyświetla 54 kilo.
Ostatni raz tyle pokazywała, skubana, jak byłam w liceum.


niedziela, 10 stycznia 2016

TO


Koleżankom z mojego grona młodych mamusiek, które zdecydowały się "na drugie" rosną brzuchy.
Uwypuklają się te ich modne bluzeczki. 
Zaokrąglają się. 
Kolejne USG uchylają kolejne rąbki tajemnic - długości, wagi, płcie. 

A we mnie to wzbiera. 
TO pojawiło się, jak Meśka miała kilka tygodni. 

Pamiętam jak leżąc na porodówce po nieudanej próbie indukcji porodu SN i czekając na "dzień ostateczny" przeklinałam na czym świat stoi, że NIGDY WIĘCEJ. Byłam w panice. Chciałam wszystko anulować. Trudno. Dożyjemy sobie w dwójkę + 2 koty późnej starości i dobra. 
Wkurwiała mnie nawet reklama majonezu w szpitalnym TV, bo qrwa, ja tu przeżywam życiową traumę paniki przedporodowej, brzuch mnie boli, jutro czekają mnie tortury z wyrywaniem paznokci włącznie, będę błagać o śmierć, a oni mi tu "majooo majooo" wyśpiewują. Nigdy w życiu nie kupię tego majonezu. 

24h później.
Stoję w łazience, z rozpłatanym podbrzuszem, po nogach leci czerwona Niagara, zalewając brodzik. Ja ledwo mogę sięgnąć po ręcznik. Zgięta w pół obmywam niedbale żelem całe ciało, spłukuję.
Próbuję się wytrzeć, ale jak, skoro leci. Leci, kuźwa no. 
"Ooooo, kolejne chyba adoptujemy. Nigdy, kurwa, więcej. Bardzo dziękuję. Trzeba było, kuźwa, cisnąć dołem?!."

Młoda ma 7 dni. 
Zbieram się do kupy, ale wyglądem przypominam dziewczynkę z TheRing, na świeżo po wyjściu ze studni. Piersi wielkości i wagi piłki lekarskiej, rozrywają mi skórę, rujnując na zawsze moje dotychczas niewinne jak lilijka 75B. 
Moje nadal rozlazłe cielsko, spoczywa na podkładzie poporodowym, zalewając się różnymi płynami organicznymi. Meśka nie dojadła, dostałam zatoru, mam gorączkę, siódme poty, dreszcze. Męczę laktator, ale nie leci. Oh God, why? Bo jestem tak zestresowana.
O, nie prędko. O nie.

Mija kilka tygodni i pojawiają się te myśli.
TO kiełkuje. 
Jest fajnie. Młoda jest grzeczna. 
Zalewają mnie endorfiny. 
Jesteśmy zajebiści w rodzicielskim duecie. 
MOGLIBYŚMY mieć drugie dziecko. 

Mija kilka miesięcy.
Już wiem, że w rodzicielskim duecie jesteśmy far fucking away from "zajebiści". 
Przychodzi czas na kryzys, na skakanie sobie do gardeł, na wyrzuty i pretensje. 
TO nadal jest.

Zaczynają się rozkminki organizacyjne:
3cie piętro bez widny, sporo jeszcze upłynie, zanim pokona te schody sama. 
Wnoszenie zakupów. 
Składanie i rozkładanie wózka. Pakowanie go do samochodu.
Organizacyjnie będzie ciężko z drugą ciążą.

A co z macierzyńskim?
Jestem na samozatrudnieniu przecież. 
Co z moją pracą? Kit z karierą, ale wypadnę z obiegu.
W mojej branży taka długa przerwa to strzał w kolano.

Kiedy wracam do domu ze spotkania z koleżankami, z newsem o 2 ciążach w towarzystwie, w Jego reakcji słyszę, niby żartobliwe:
"A my? Kiedy?"
Wiem, że TO nie napadło i trzyma tylko mnie. 

Decyzja: 
nie, na razie nie. 
Za 2 lata jakoś. 

Telefon do kliniki.
Z ciekawości. Hipotetycznie. 
Pani embriolog, a co z karmieniem? Gdybyśmy, tak teoretycznie, chcieli podejść do transferu, to..
"Trzeba by było odstawić. Bo leki przenikają do mleka. I to tak 2-3 miesiące przed transferem, bo prolaktyna musi się unormować. Ale proszę nie odstawiać. To jest jej czas. Ja długo córkę karmiłam. Korzyści nie do przecenienia (...) " 
Nie odstawię Jej. Nie chcę. 
Lekkie poczucie niesprawiedliwości, że znowu jakieś ograniczenie, że nie możemy teraz, bo musieli byśmy zabrać córce Jej czas kp.
Choć nie twierdzę, że gdybyśmy mogli, to byśmy w to poszli. Nie. 

Koniec ubiegłego roku.
Decyzja: wracam do pracy, nie od marca, ale jakoś może późna wiosna / wczesne lato. 
Meśka pójdzie do żłobka. Prywatnego, ale spróbujemy. Ona ma charakter po mnie, ma potencjał na żłobek. 
Jestem podekscytowana. Aktywnie podeszłam do tematu szukania nowej pracy (do starej nie wracam). 
Pojawiają się jakieś perspektywy. Jest ruch w interesie. 

Ale TO nadal jest.
Takie irracjonalne, instynktowne pragnienie.
Poczucia znowu tej nadziei oczekiwania.
Tych dwóch kresek na teście.
Dzielenia się z rodziną i najbliższymi tym newsem. 
Rosnącego brzucha. 
Ruchów (Jesu, ale serio? To mnie tak bolało.)
Radości USG.
I... porodu. Najlepiej próby SN, bo teraz jestem gotowa. 
I tego pomnożenia miłości przez dwa, choć jest strach, że żadnego dziecka nie będę umiała pokochać tak jak Jej.
Pomijając zupełnie fakt, że jako duet rodziców kompletnie nie umiemy się zgrać i jeszcze chyba daleka droga przed nami, żeby przegonić kryzys. 

To pragnienie jest i rośnie, choć wiem, że na razie nie pójdziemy tą drogą. 
Plan nakreślony na jakieś 1,5-2 lata. 
Choć jak wiemy... wypadki chodzą po ludziach. 


Rzeczpospolita niepłodności



Gdziekolwiek się nie obrócę, widzę niepłodnych.
W ostatnich miesiącach zetknęłam się w moim otoczeniu z kilkoma case'ami.
Każdy z nich angażuje mnie emocjonalnie, ale taka już jestem, że zdrowy dystans nie należy do moich mocnych stron.

#1 
Pani Rehabilitantka
pisałam już o niej (#chapter 3).
Podeszła do IVF.
Policystyczne jajniki, miała minimalną stymulację - prawie jej właściwie nie miała.
Okazało się, że naprodukowała rekordową liczbę komórek - 38 lub 48, już nie pamiętam.
Z tego 11 zarodków.
Musieli przełożyć transfer, który się odbył ostatecznie na koniec listopada.
Wtedy widziałam się z Nią po raz ostatni przed długą przerwą świąteczną.
Jeśli by się udało miała iść na zwolnienie. Jeśli nie - widzimy się w Nowym Roku a ja obiecałam o nic nie pytać.
Byłam w poniedziałek. Była.
O nic nie pytałam, udawałam, że tematu nie ma.
Sama zaczęła na koniec.
Udało się, ale na chwilę. Beta spadła.
Cieszy się, że choć "trochę" się udało, że cokolwiek się zadziało.
Będą próbować dalej. Mają zarodki. Jest w dobrym stanie psychicznym.

#2
Dawna Przyjaciółka
o której szerzej pisałam tu.
W skrócie: starają się o dziecko już chyba z 7 lat. Kilka nieudanych inseminacji.
Problem u niej, niskie AMH.
W końcu podeszli do IVF. Bardzo mocna stymulacja.
Jeszcze za chyba nikogo aż tak mocno nie trzymałam kciuków.
Ostatecznie pobrano... jedną prawidłową komórkę jajową.
Zarodek nie rozwijał się prawidłowo. Właściwie to nie jestem pewna, czy ona w ogóle się zapłodniła...
Nie było czego podawać nawet. Nie mają żadnych mrozaków w zapasie.
I perspektyw na to, żeby było lepiej.
Chcieli podchodzić jeszcze raz, ale lekarz trochę ostudził ich nadzieje na bardziej udaną stymulację w przyszłości. Zasugerował rozważenie komórki dawczyni lub adopcję zarodka.
On jest chętny na adopcję oocyta. Ona nie chce, twierdząc, że to za daleko wszystko idzie, że chyba nie chce "za wszelką cenę".
Rozważa różne scenariusze, zainteresowała się adopcją.
Podesłałam Jej link do bloga Ali, która jest adopcyjną mamą (i biologiczną też, w drugiej kolejności czasowej). (liczę, że nie znajdzie mojego bloga przez to..)
Jedyne co mogę zrobić, to Ją wspierać i wysłuchać, bo to są już tak ważne decyzje, że muszą podjąć ją bez jakichkolwiek sugestii.
Bała bym się brać odpowiedzialność za jakąkolwiek radę / podpowiedź / sugestię w tym temacie.
Chyba nigdy aż tak nie trzymałam kciuków.
Nawet za ten ich cud. Już chyba nie była bym nawet "zazdrosna" (wiecie w jakim sensie).
Żeby im się tylko udało.

Z Dawną Przyjaciółką bardzo poprawiły nam się relacje.
Od czasu mojej ciąży PARADOKSALNIE jest lepiej, inaczej.
Została mamą chrzestną Meśki. I fajnie.

Jeśli macie wolne pokłady jakiejś dobrej energii / życzeń / modlitwy / whatever - popchnijcie je w Jej stronę. Fenks.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Przyszłość bloga



Nastał Nowy Rok, więc czas wrzucić dwa słowa, które już dawno czają się w mojej głowie.
Dwa słowa w temacie przyszłości bloga.

Blog powstał z potrzeby, w trudnym momencie mojego życia, w kilka miesięcy po odebraniu fatalnych wyników nasienia męża.
Zaczynając pisać sama do końca nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo niepłodnościowy news uderzył w moje małżeństwo, w Niego i we mnie. Dopiero pisząc, pewne sprawy stawały się jasne i zrozumiałe.
Koniec końców blog stał się kroniką naszych zmagań, kolejnych diagnoz, leczenia i kuracji, nadziei, wzlotów i upadków, dojrzewania i przechodzenia przez procedurę in vitro a finalnie ciąży.

W tym trudnym czasie poznałam wirtualnie kilka innych, niepłodnych blogujących dusz, z którymi wspierałam się wzajemnie. Większość z nich po zajściu w ciążę / urodzeniu dzieci przestała pisać lub założyła inne blogi. W każdym razie porzuciły niemal całkowicie pisanie o niepłodności.

A ja nadal to robię, mimo że moje dziecko za niecały kwartał skończy rok.

Z potrzeby.
To nie jest tak, że zadręczam się tematem niepłodności i nawet jako matka nie umiem się cieszyć z wygranej wojny.
Myślę, że wśród czytelników mogą pojawiać się myśli "po cóż ona ciągle gada o tym samym" lub "biedna kobita, ma dziecko i w kółko mieli ten temat", "ileż można gadać o in vitro".

Niepłodność już nie towarzyszy mojej codzienności.
Mam dziecko, nowe życie, jestem (niemal) wolna.
Pozostało też jednak jakieś takie poczucie misji, żeby tej niepłodności nie zakopywać na amen- dla siebie i dla innych.
Można by powiedzieć, że zrobiłam sobie z niej... hobby.

Długo się zastanawiałam w jaką stronę powinien pójść ten blog.
Zostać typowym blogiem parentingowym? A może w ogóle w aktualnej sytuacji pisanie nie ma już sensu?

Werdykt na ten moment jest taki, że blog zostaje w niezmienionej formie.
Będę pisać o moich spostrzeżeniach i przygodach z macierzyńskiej ścieżki, tło niepłodności zostaje.
Czasami, tak jak dotychczas: będą wpisy lekkie i przyjemne, a czasami te z serii hard, które wielu podniosą ciśnienie do ekstremalnego poziomu.
Zero kompromisów.
I jeszcze raz podkreślam: to, że będę pisać o in vitro, niepłodności mojej i innych, nie oznacza, że zostałam zakładniczką tego tematu.

Poza hobby (choć trochę tragikomicznie to brzmi) dostaję wiele sygnałów, że pisanie o tym zagadnieniu przynosi jakąś ulgę nie tylko mnie, ale i innym zmagającym się z problemem.
I cieszę się, że coś, co sprawia mi tyle radości niesie też jakiś realny pożytek innym.

Ale przede wszystkim: I'm loving it!
Ja po prostu uwielbiam pisać :)