piątek, 12 lutego 2016

El crisiso



...czyli: uwaga, będę marudzić.
Marzę, żeby było normalnie. Inaczej.

Moja bajka:
sobota.
budzimy się wszyscy, nie ważne o której, w dobrych humorach.
On nie poszedł spać o 3, tylko normalnie, jak człowiek - więc i normalnie rano wygląda i kontaktuje.
Uśmiechamy się.
On robi kawę, ja śniadanie.
Rozmawiamy.
Potem jemy razem.
Ogarniamy się synchronicznie, z werwą, bez niepotrzebnego rozwlekania. Mnie nie przeszkadza to, że ogarnę i siebie i dziecko. Byle on był ogarnięty na czas.
Wychodzimy z domu bez przepychanek i nie spóźnieni o 60 minut, jak zwykle.
Idziemy na spacer, jedziemy dziś do lasu.
Mamy ze sobą herbatę w termosie i wafle. Jesteśmy w świetnych humorach.
On zapina Młodą w nosidło, idziemy, idziemy - gadamy o wszystkim i o niczym, milczymy - tak czy inaczej jest fajnie.
Potem jedziemy gdzieś na obiad albo jemy w domu - nie ważne. Jemy razem.
Przy stole czujemy się zrelaksowani i czujemy się razem - nikt nie korzysta z telefonu przy jedzeniu, nikt nie je na wyścigi, bo "muszę coś skończyć".
Potem spędzamy razem popołudnie. W domu.
Bawimy się z Młodą, robimy jej zdjęcia, jest ubaw.
Potem niech i sobie idzie i posiedzi trochę przed tym kompem umiłowanym - luz. I tak już jestem szczęśliwa.
18:00 ta daaam!
Karmię małą smoczycę, on szykuje kąpiel, kąpie ją, ubiera - ja usypiam.
Robimy albo, niech będzie - ja zrobię! - kolację.
Jemy ją, przed TV.
Potem leżymy na kanapie i oglądamy razem film. Przytuleni. Okazujemy sobie ciepło, ktoś kogoś pogładzi po ręce, cmoknie w szyje. Wiesz, że jest miłość. Że on chociaż cię lubi. Ona jego też.
Potem idziemy spać - razem. Nie kładę się sama do zimnego łóżka.
Kto wie. Może i coś się wydarzy ciepłego.

***

Czy to tak dużo? Czy ja nie widzę, że u mnie trawa też jest zielona? Czy ze mną coś jest nie tak?
Moja bajka na ten moment przypomina raczej mroczną baśń braci Grimm.
Zmęczona, niezbyt wyspana księżniczka, z mocnym fochem, rzucająca "kurwami", odrapanymi paznokciami i butami sprzed 3 sezonów.
I on - mroczny książe na ziarnku grochu, w iPhonem w ręce, przykutym do oczu macbookiem, wiecznie dzwoniącym telefonem, wiecznie coś kończący, wiecznie pracujący na budowę domu, w którym niebawem sobie sam zamieszka.

Niby oboje wiemy, że macierzyński to nie wakacje. Niby oboje chodziliśmy do szkoły rodzenia, gdzie pani mówiła, że młodej mamie trzeba pomóc, bo sama wszystkiego - no może i ogarnie - ale pierdolca dostanie jak nic. Niby oboje śmialiśmy się z tych tatusiów, co to nie pomagają swoim żonom, młodym mamom, a to przecież ich obojga obowiązek i przywilej.
No, tośmy się pośmiali pośmiali i ch** z tego.

I proszę mi tu nie chrzanić farmazonów o małżeńskich rozmowach i podziale obowiązków przed pojawieniem się dziecka, bo ja wcześniej noworodka na oczy nie widziałam. Trudno się managuje z wyprzedzeniem projektem, którego założeń, materiałów, terminów i założeń się wcześniej nie zna.

Albo jakoś się dotrzemy w tym rodzicielskim bajzlu, albo...
nie wiem.