niedziela, 20 marca 2016

365 dni szczęścia



...z hakiem.
Mesia w zeszłą niedzielę, 13.03, obchodziła swoje pierwsze urodziny.
Planowałam emocjonalny wpis na ten dzień właśnie, ale niestety okoliczności roczkowo-imprezowe i chorobowe mi to uniemożliwiły.
Nadrabiam więc.

To był piękny rok.
Pełen niepowtarzalnych wrażeń nie do podrobienia. Rok emocji i miłości.
W tym pierwszym roku wszystko miało swój cudowny urok.
Począwszy od histerii na porodówce, przez świetny poród, blade początki z noworodkiem, start drogi mlecznej. Każdy tydzień i miesiąc przynosił jakieś zmiany - w niej, we mnie, w nas.

U tak małego dziecka cieszy każdy krok w przód - każdy pierwszy uśmiech, pierwsze "guu", "meme", umiejętność chwytania, obracania się... a potem każda kolejna.
Rozszerzanie diety jest wielką przygodą. Świetnie się bawiłam (i nadal bawię), pozwalając mojemu dziecku odkrywać samodzielnie świat smaków, konsystencji, kolorów - choć jak wiemy, sprzątania przy tym miałam mnóstwo :)

Wielką przygodą jest dla mnie także karmienie piersią.
Spełniło się moje marzenie - chciałam karmić piersią, w dodatku co najmniej rok - i tak też się stało.
Udało się, w dodatku przez 6 pierwszych miesięcy wyłącznie mleko mamy.
Miałam trochę szczęścia i jeszcze więcej rozumu.
Kontynuujemy dalej, choć jest tego coraz mniej vs pokarmy stałe. Na ten moment żadna z nas nie jest gotowa na odstawienie jeszcze.

Zamykamy pewien etap.
Meśka zakończyła etap niemowlęcy, teraz jest małym dzieckiem :)
Niedługo przed ukończeniem roku zaczęła samodzielnie chodzić, więc teraz nawet wizualnie widać, że mój dzidziuś, to już całkiem duża pannica.

Wszystkiego najlepszego Myszo :)
Nie mogę się doczekać reszty życia z Tobą.

środa, 2 marca 2016

Meldunek bieżący

Pomarudziłam, pomarudziłam i wsiąkłam.
Wessała mnie codzienność.

Ostatni kryzys był intensywny. Na złości na Małżona się nie skończyło.
Przy okazji powrzeszczałam trochę na dziecko, trzęsąc Ją troszkę mocniej niż powinnam, lub, można by rzec, nie powinnam wcale.

Był moment, że czułam się, jak jedna z tych filmowych matek, co to zapakowały manatki i ciemną nocą uciekły gdzieś, na zawsze, porzucając rodzinę. Nigdzie co prawda nie uciekłam, ale sącząc kawę toczyłam takowe fantazje.

Co ciekawe, z odsieczą "nadejszli" teściowie, zabierając Młodą na cały dzień a ja wyprułam, jak oparzona. Kawa z koleżanką, nieprzyzwoita ilość czekolady i nowa sukienka z ZARY rozpoczęły proces regeneracji i zaczęłam dochodzić do siebie.
W odpowiedzi na babci mmsy ze zdjęciami i emocjonalne telefony pełne wrażeń, padała jeno krótka komenda: "nie dzwonić, chyba, że pojawi się krew".

Młoda dzień beze mnie spędziła znakomicie, w świetnym nastroju, kochając babunię i dziadunia i nawet nauczyła się mówić "baba" i "dziadzia". Generalnie dziecię moje bardzo dużo mówi. W sumie to najwięcej, ze wszystkich dzieci w okolicy w podobnym wieku. A nawet i sporo starszych.
Myślę, że po części to moja zasługa a po części geny - ponieważ-iż matka Jej, czyli wychodzi, że ja - mówię bardzo dużo.
Można by rzec - za dużo.

Jestem na etapie szukania pracy.
Nie jest to może faza dzikiego kopania w ofertach i rozsyłania CV, ale rozglądam się, ostrożnie podchodzę do wyboru ofert. Skoro już dojrzałam do zmiany, niech ona będzie z głową i rozsądna.
Jestem gotowa, żeby do tej pracy wrócić na wiosnę.
Dojrzałam.

Znalazłam również żłobek, a raczej: klub malucha.
Ta opcja na razie wygrała z opcją "niania". Z różnych powodów, których teraz rozstrzygać nie będę, bo to temat na osobny wpis.
Po prostu biorąc pod uwagę całokształt, charakter mojego dziecka i ogólne warunki klimatyczne, jako matka Jej rodzona, czuję, że to może być TO.
Jutro rano idziemy oglądać placówkę i pogadać z Paniami.
Jest to nieduża placówka prywatna, powstała ze środków unijnych w ramach programu aktywizującego zawodowo matki. Płatna oczywiście, ale i tak sporo tańsza niż niania.

Placówka ma w ofercie min. pakiet 20 godzin miesięcznie, z którego mam zamiar skorzystać, jak tylko Młodej stuknie rok (czyli już niebawem). Będę wtedy miała kilka godzin dla siebie, żeby poszukać pracy, pozałatwiać swoje sprawy czy też po prostu nie robić wtedy nic i pobyć sama dla siebie.
Przy okazji przetestuję to całe żłobkowanie - czy Młoda będzie chorować, czy zaakceptuje taką formę bez mamy u boku.
Jeśli nie - będę miała chwilę, przed powrotem do pracy, żeby poszukać niani.

Meśka zaskakuje nas z każdym dniem.
Łazi, a raczej - popierdziela - przy meblach i ścianie i zbiera się koleżanka do samodzielnego marszu. I gada. Gaaadaaa, Bożesz Ty jak Ona gada.
Staje czasem na środku pokoju, z wysoko uniesioną głową, jedną rękę podnosi w górę, wyciąga w górę palec wskazujący, który nazywamy "Kolumbem" i wygłasza ognisty monolog.
Umie pokazać i nazwać niektóre z przedmiotów, jak lampa czy żaba, o członkach rodziny nie wspominając.

I tak to, w marcu jak w garncu.
A że Meśka jest z marca, to moje macierzyństwo też jak garncowe - dużo cukru, daktyli, suszonych moreli, musztardy i trochę chrzanu.


PS. Da się zauważyć kilka zmian w wyglądzie bloga - kombinuję, co i jak można by zmienić. Nie przywiązujcie się zbytnio do tego looku. Work in progress :)