niedziela, 10 kwietnia 2016

List do Świeżo Upieczonego Taty

Drogi Świeżo Upieczony Tato!

Nie istotne, czy zostałeś nim tydzień temu, wczoraj czy 13 miesięcy temu. To nadal świeża sprawa. Twoje życie zmieniło się o 180 stopni. Ona również się zmieniła, matka Twojego dziecka, znaczy się. 
Postanowiłam napisać do Ciebie, żeby przekazać Ci punkt widzenia i prośbę świeżej mamy. A nuż moje słowa nie trafią w próżnię. 

Proszę Cię, w tych pierwszych tygodniach nie zostawiaj mnie samej - psychicznie i... organizacyjnie. 
Czuję się dziwnie, nagle ktoś dał mi w ramiona dziecko, powiedział, że to moje i mam sobie radzić. Jestem zszokowana tym wszystkim. 
Dodatkowo fizycznie czuję się źle - mam rozwalone krocze albo rozpłatany brzuch. Kurde, to boli. Jestem taka słaba a tu nie ma "przebacz". Nie mogę wziąć L4 od macierzyństwa. Mój organizm regeneruje siły, wraca do kondycji sprzed ciąży.
Moje hormony wariują, z moim ciałem i psychiką dzieją się dziwne rzeczy. Zatroszcz się o mnie, plis. 
Zwróć, błagam Cię, szczególną uwagę na posiłki - żebym jadła często, dobrze i do syta. To mi pozwoli wrócić do sił po porodzie. Jeśli kompletnie nie umiesz gotować sam, to zorganizuj jedzenie (tylko jakieś przyzwoite, nie fast food) z dowozem do domu, albo zaangażuj najbliższych. Dla mnie to było strasznie ważne wtedy. Byłam non stop głodna, ale nie miałam siły albo czasu tego ogarniać. 

Proszę Cię, doceń mój wysiłek i starania
Nie ważne, ile czasu spędzę "w domu" z dzieckiem, nie pracując zarobkowo: kwartał, pół roku, rok czy dłużej. 
NIGDY NIE RZUCAJ MI TEKSTEM: BO TY NIE PRACUJESZ.
Zaklinam Cię: pod żadnym pozorem. 
To jest najbardziej raniąca i deprecjonująca moje starania i wysiłki rzecz, jaką możesz mi powiedzieć. 
Po pierwsze: nie pracuję zarobkowo, nie z lenistwa, ale dlatego, że muszę/chcę ten czas spędzić z naszym dzieckiem. I nie jest to, wyłącznie, przyjemność. Myślę, że dla dziecka to są same korzyści, że ma mamę dla siebie. Ty za to nie musisz się martwić o żłobki, nianie i inne bajery. 
Po drugie: opieka nad dzieckiem full time to jest cholernie, ale to cholernie ciężka praca. Kurde, przysięgam Ci. To nie jest czcza gadka. Uwierz mi. To jest praca na dwa etaty - dzienny i nocny. Nie wyjdziesz z niej, nie ma opcji. Ja na przykład nie mam pod ręką teściowej albo mamy, które mogą mnie odciążyć. O wszystko muszę sama zadbać: zrobienie i wniesienie zakupów (to wszystko w asyście dziecka), zaopiekowanie się dzieckiem, ogarnięcie jako tako domu, posiłki - ono je trochę inaczej niż my, na ogół, więc tym bardziej. 
Nie mam czasu dla siebie, nie mogę się oderwać od tej domowej rutyny właściwie nawet na chwilę. Dzieci są największymi egoistami świata (nie mam im tego za złe) - nie wytłumaczysz im, że musisz teraz pójść w samotności na kibelek. No więc na ogół siedzisz na tym kibelku z dzieckiem na rękach. 
Nikt mi nie płaci w gotówce lub przelewem za moją pracę.
Kocham Ci i ufam Ci, ale mam z tyłu głowy taką cichutką myśl, że jestem chwilowo częściowo zależna finansowo od Ciebie. Gdyby Ci się coś odwidziało i jakaś Jessica Alba namąciła by Ci w głowie, mogła bym zostać na lodzie - finansowo, organizacyjnie. 
I będę musiała sobie poradzić, bo jestem matką.
Moja musiała, bez pracy, z kredytem hipotecznym i alimentami, które istniały jedynie w teorii. Także gdzieś mi tam dzwoni to wspomnienie. Może nie tylko mnie, wiesz? 

Nie, nie chcę Ci powiedzieć, że moja praca jest cięższa niż Twoja i należy się nade mną użalać. 
Nie chcę, ABSOLUTNIE nie chcę Ci powiedzieć, że jestem nieszczęśliwa i uciemiężona. 
Macierzyństwo mnie uszczęśliwia, jest cudowne i tysiąc razy podjęła bym tą samą decyzję. 
Chciała bym tylko, żebyś docenił. 
Tym bardziej, że bycie "kurą domową", na chwilę czy na dłużej, ma słaby PR. 
Takie są czasem wyśmiewane, wiesz jak jest. Czasem jest mi troszkę wstyd nawet, że nadal nie wróciłam na etat / do działalności, bo wiem, co sobie pomyślą inni. To nie fair, nie powinno tak być. 

Ja jeszcze nie-tak-dawno byłam znana w moich kręgach jako zakręcona na punkcie roboty pracoholiczka, dla której praca była top-one. Pracowałam dla największych graczy na polskim (i nie tylko rynku) i troszkę zadzierałam nosa.  Wtedy trochę lekceważąco patrzyłam na te "siedzące w domu matrony".  Wtedy rzucałam hasłami "ja nigdyyy..". 
Posypuję głowę popiołem. Myliłam się. Teraz mi wstyd. 
Ten cały macierzyński - kuźwa, to jest niezła tyrka. 
Nawet jako całkiem niezły, doświadczony project manager, mam często zadyszkę i nie wyrabiam na zakrętach. W domu. 

Proszę Cię, weź na siebie część obowiązków
Często zakładasz, że skoro większą część dnia pracujesz zarobkowo, to po powrocie do domu należy Ci się miska zupy, zarumieniony schabik, piwko i święty spokój. 
Bo przecież "ja nie pracuję".
Kurde, ale ja przez ten czas tak samo pracowałam, jak i Ty. Jasne, zdarzają się lepsze dni, że jest trochę luźniej... ale przecież w Twojej pracy też tak jest, prawda?
Tylko, że jakoś tak wychodzi, że często domyślnie całość obowiązków spada na matkę, bo "przecież jest matką" a dodatkowo "nie pracuje".
Nie za bardzo to kumam, bo oboje pracujemy i oboje mamy dwie ręce i dwie nóżki. A to, że jestem kobietą nie oznacza, że jestem też robotem domowym. 
Jak to sobie konkretnie wyobrażam?
Na przykład:

- po powrocie z pracy weź smarka na spacer / poczytaj / daj kolację / wykąp / przygotuj do snu / uśpij;
- w sobotę zaproponuj mi, że ogarniesz smarka na kilka godzin, a ja wyskoczę na kawę z koleżanką / na drobne zakupy / do kosmetyczki;
- zrób zakupy w drodze powrotnej z pracy;
- wstaw pranie wychodząc do pracy; 
- zaproponuj, że dziś Ty wstaniesz rano ogarnąć smarka a ja mogła bym sobie kimnąć tak do 9 na przykład (w weekendy); --> gdyby mój mąż mi to kiedyś zaproponował, to chyba z marszu zaproponowała bym mu seks oralny oraz jajecznicę z przepiórczych jajek na grzance, serwowaną w koronkowej haleczce. Czarnej. 
- jeśli dziecko jest karmione mlekiem modyfikowanym to podziel się z nią "nockami"

i tak dalej. 
Chyba nie ma opcji, żeby ona tego nie doceniła. Więc opłaci Ci się. 
Pominąwszy argumenty banalne, typu miłość i partnerstwo, po prostu Ci się to kalkuluje. 
Ja będę mniej sfrustrowana i zrzędząca a mając trochę czasu dla siebie będę lepiej wyglądać. Nikt chyba nie chce mieć za żonę / partnerkę rozczochranej miotły z kilkudniowym zarostem. Na igraszki pewnie też będę miała więcej chęci, bo skoro udało mi się ogarnąć to bikini, to niech je chociaż ktoś obejrzy. A poza tym mam na nie w ogóle jeszcze siłę, bo mogłam chwilkę odpocząć i załapać oddech. 

Podsumowując: myślę, że często mamy trudności, żeby się wzajemnie zrozumieć. 
Tak bardzo bym chciała, żebyś mnie docenił...
Tak strasznie mnie ranią te słowa o tym, że "ja nie pracuję". Tak strasznie, że dostaję piany na pysku i szczekam. A potem wyję, w łazience, do księżyca. 
Czasem się boję, że Ci się odwidzi i mnie zostawisz z tym wszystkim. 

Sama nie wiem, jak to zrobić, żeby mieć ciastko i zjeść ciastko. 
Wszechobecna gadka o równonprawieniu to w dużej mierze tylko gadka, bo ja i tak dość słono zapłaciłam za macierzyństwo - karierą i ciałem. 
Moja bezdzietna koleżanka z pracy objęła moje stanowisko i, baaa, została dyrektorem działu. Ja nie mam już powrotu do swoich dawnych obowiązków.  
Poza tym moje cycki też nie wyglądają jak wycięte z PornHub'a, na którego pewnie często ostatnio zaglądasz. Ta blizna na moim podbrzuszu też zostanie już na zawsze. 

Poza tym pamiętaj jeszcze o jednym:
Twoje dziecko również bardzo Cię potrzebuje. Tęskni za Tobą kiedy Cię nie ma.
Widzę, jak inaczej się zachowuje, jak szczęśliwa jest, kiedy razem spędzamy czas, jako zgrany team. 

Myślę, że rodzina jest wartością absolutnie nadrzędną w życiu - zawalczmy więc!
Oboje. 


Z pozdrowieniami,
Świeżo Upieczona Mama
(prawie 13sto miesięcznej córki)




Video PS. 
Zachęcam do obejrzenia.
Niby przerysowane... ale czy na pewno?