czwartek, 16 czerwca 2016

Errata

Przez ostatnie dni na blogu dostępne były 2 z 3 części opowiadania "Przyjaźń w niepłodności. Niepłodność w przyjaźni." 
Wpisy traktowały o historii mojej relacji z przyjaciółką pod pseudonimem Dżi i o tym, jak bardzo mocno moje starania o dziecko ukształtowały i wpłęły na tą relację. Od jakiegoś czasu- trudną relację.

Wpisy zniknęły i tak już zostanie.
Nie będe publikować tej historii.
Granice mojej prywatności i intymności na blogu przesunęłam bardzo daleko ale nie chcę naruszać prywatności Dżi. 
Dodatkowo, gdyby Ona jakimś cudem tutaj trafiła, to zapewne miała by mi za złe a tego nie chce. Chciała bym raczej, żeby nasze relacje się naprawiły, nie inaczej.

Żałuję, bo historia jest ciekawa, chociażby z socjologicznego punktu widzenia i baardzo w tematyce tego bloga. Zazwyczaj chyba bywa tak, że to nieudane starania o dziecko psują relację. U nas było zupełnie odwrotnie..

Liczyłam też, że pisanie, publikacja i Wasze komentrze spełnią dla mnie jakąś rolę terapeutyczną, bo nie mogę sobie z tematem poradzić, przepracować, ocenić. Troszku się jednak przeliczyłam i chyba nie do końca oszacowałam ryzyko i możliwe konsekwencje.

Przepraszam tych, którzy czekali na ciąg dalszy i epilog.
Tym razem postawię tą granicę troszkę bliżej jednak.

29 komentarzy:

  1. Przyjaźń w niepłodności to ciężka działka. U mnie się nie sprawdziła. Zaczęłam izolować się od bliskich znajomych. Zawsze były jakieś wizyty, zastrzyki, czas bez alkoholu, smutki, żale. Dziś tylko w mężu mam przyjaciela. Kiedy w końcu zobaczyliśmy dwie kreski moja dawna przyjaciółka powiedziała - teraz tylko ja jestem sama. Z jednej strony mi jej żal, ale z drugiej... tylko my wiemy co przeżyliśmy, żeby być we troje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W mężu masz przyjaciela - widzisz, super.
      To zupełnie jak ja.
      Jego obraz na tym blogu jest różny, bo lubię sobie ponarzekać, ale prawda jest taka, że On od lat jest moim najlepszym przyjacielem.
      Inni pojawiają się w moim życiu - przychodzą i odchodzą. On od hmmm 17 lat? jest zawsze.
      No i owszem - zapomni czasem o prezencie na dzien matki czy urodziny, nie wyniesie śmieci czy puści pawia na dywan po zakrapianej imprezie. Ale prawda jest taka, że On nigdy mnie tak na prawdę nie zawiódł i mogę mu ufać i na nim polegać. Jak na nikim innym.

      Usuń
  2. Tak to czasem jest, dobrze zrobiłaś kasujac posty jeśli źle się z tym czulas. I dobrze, ze ja napisałaś - dla siebie. Skoro mówisz że u Was odwrotnie to rozumiem,że jest to historia z happy endem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, strasznie mnie mierzwiło, że opublikowałam. Nie dało by mi to spokoju.

      Hmm.. z tym happy endem to niekoniecznie. Potem nastąpiły dalsze nieporozumienia, które mam wrażenie, że trwają do dziś. Pisząc, że odwrotnie miałam na myśli, że u nas połączyła nas niepłodność a kiedy zaszłam w ciążę to sprawy zaczęły się komplikować.

      Chciałabym odzyskać starą relację z Dżi. Kto wie, może się uda.
      Napisanie tej historii "na papierze" dało mi nowe spojrzenie, pozwoliło wylać żale, czuję się znacznie lepiej i mam nowy zapał, żeby powalczyć.
      Nie lubię stawiać kreski na relacjach. Co prawda to prawda - nie lubię i już.

      Usuń
  3. Przeczytalam i mialam takie odczucia, ze dobrze ze nie mam przyjaciolki....relacje miedzy kobietami sa zbyt skomplikowane,a ja nie mam czasu i dosc swoich problemow na glowie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tam akurat uwielbiam te swoje przyjaciółki mieć, jakkolwiek by nie było :)

      Usuń
  4. Z przyjacielem tak jak z mężem.Ważne żeby dorastać w tym samym czasie. Ja dziś wiem że jedni ludzie uciekają z mojego życia ale za to przychodzą nowi. Dawne przyjaźnie wracają nowe się kończą. Idę z prądem nie obrażam się na ludzi że nie rozumieją moich potrzeb i dążeń. Jestem stara duchem zawsze byłam i dużo czasu mi zajęło pogodzić się z tym że moje życie nigdy nie będzie beztroskie ani łatwe. Mam dopiero 35 lat a koleżanka powiedziała mi ostatnio że myślę jak 50-tka ;) Anna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, że ludzie pojawiają się i odchodzą.
      Mam w rękawie jeszcze jedną historię o przyjaciółce z czasów studenckich, którą kochałam miłością szczerą i szaloną, ale nasze drogi w pewnym momencie rozeszly się. I tu w tym wypadku, głównie z mojej winy - nie umiałam trzymać języka za zębami. Ale rozbieżność priorytetow tez zrobila swoje.
      Ale ale, zycie tak zdecydowalo, że w tym samym czasie zostałyśmy mamami i nasza znajomość przeżywa właśnie rezurekcję. I super. To jest superowa rezurekcja. Zupełnie już inna, ale superowa.
      Pozdrawiam!

      Usuń
  5. Cóż, poruszona przez Ciebie kwestia to trudny temat. Myślę, że ilu ludzi tyle historii. Ja miałam swego czasu koleżankę, która podobnie jak my w tamtym czasie starała się z mężem o dziecko. Zakolegowałyśmy się bliżej bo wspólne problemy łączą ludzi. Nasza znajomość dość szybko się jednak skończyła. W pewnym momencie ja zaszłam w ciążę, ale po dwóch tygodniach poroniłam. kilka dni później spotkałyśmy się i powiedziała mi, że jest w ciąży. Gdy się dowiedziała o mojej stracie powiedziała coś w stylu, że to może dobrze się stało bo jakby dziecko miało być chore albo coś... Z trudem powstrzymałam się przed atakiem rozpaczy. Zerwałam z nią kontakt. Po tym wszystkim musiałam myśleć o sobie i ratować siebie. Nie byłam w stanie w tamtym momencie kontynuować tej znajomości, wiem, że szykała ze mną kontaktu, chciała dowiedzieć się co się stało, ale ja nie mogłam w tym trwać. Teraz , gdy moja córka ma ponad dwa lata przychodzi mi na myśl nasza znajomość. Wiem, że nie chciała mnie wtedy zranić, ale wyszło jak wyszło. Czasem myślę, żeby się z nią skontaktować, ale po tych 4 latach jakoś tak dziwnie. Mam nadzieję, że Twoje stodunki z Dżi są takie, jak byś chciała. Pozdrawiam Cię serdecznie. Kasia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej Kasia, ogromnie przykra historia :( bardzo mi przykro z powodu Twojej straty.
      A co do koleżanki, to kto wie.. w komentarzu powyżej pisałam o resurekcji mojej innej znajomości. Niezbadane są ścieżki damskich relacji :)

      Moje stosunki z Dżi... cóż, ostatnimi czasy były far fucking away od takich jak bym chciała, ale liczę, że to się jakoś udało złożyć w kupę.
      Pozdrowienia :)

      Usuń
  6. Nie zdążyłam skomentować:)
    Jesteś sobą. Każdy ma jakieś fazy w swoim życiu, dopasowywanie się na siłę do towarzystwa nie jest ani fajne ani zdrowe. Prawdziwa przyjaźń polega przede wszystkim na tolerancji, zrozumieniu i akceptacji. Każdy ma jakieś wady. Każdy jest w pewnym stopniu egoistą. Myślę, że z przyjaźnią jest jak ze związkiem. Jeśli chcemy doskonałości, stale kogoś naginamy, mamy pretensje że jest tak a nie inaczej to raczej nic z tego nie będzie.
    Widzę jednak, że mimo wszystko ciągniecie do siebie, zależy wam.
    Będzie dobrze:)
    Buziaki:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, dokładnie - z przyjaźnią jest jak związkiem.
      Na początku jest faza zakochania a potem człowiek zaczyna schodzić na ziemię :)
      Może nam się to jeszcze jakoś ułoży, buziaki :)

      Usuń
  7. Relacje z ludźmi bywają pokrętne, ja osobiście trzymam się z daleka od tego typu historii. Nie lubię takich oddaleń i powrotów, tracę zaufanie po prostu. Jestem zwolenniczką jasnych przekazów i klarownych sytuacji, pewnie dlatego tak trudno mi wchodzić w przyjaźnie z kobietami:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, oddalenia i powroty są męczące i rzeczywiście, strasznie trudno odbudować zaufanie. Myślę, że nam się to z Dżi jednak nie udało do końca. Bo powiedzieć sobie można wszystko, gorzej ze środkiem.

      Usuń
  8. Jejku Pink , a ja czekałam na ciąg dalszy historii ....
    Sama mam za sobą różne historie związane z niby przyjaźnimi i dzięki niepłodności i problemów z nią związanych mogłam naprawdę przekonać się na kogo można liczyć i kto jest prawdziwym przyjacielem, a kto nie...
    Szkoda, że skasowałaś wpisy :(
    To Twój blog, Twoje wpisu, Twoje uczucia, przeżycia ;( niepotrzebnie przejęłaś się czyjąś negatywną opinią :( tym bardziej, że piszesz anonimowo ...
    Jesteś u siebie, inni są tu gościnnie. Nie każdemu może podobać się to co piszesz, ale to Twoje miejsce w sieci :*
    Ja nie przejmuje się i pisze zawsze to co czuję...
    Mam nadzieję, że ta historia Twoja ma jednak szczęśliwe zakończenie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, w tym wypadku było istotne, że to ja sama źle się czułam po publikacji tej historii :) tamten komentarz nie odegrał jakiejś fundamentalnej roli w procesie decyzyjnym ;)

      Zakończenie mojej historii nadal przede mną, ale mam nadzieję, że będzie dobrze :) buziaki

      Usuń
  9. Los bywa przewrotny, a zderzenie z chorobą, którą jest niepłodność, weryfikuje i wystawia na próbę przyjaźnie, znajomości, więzi rodzinne. U mnie się tak złożyło, że moja bliska koleżanka, z którą się znam od dzieciństwa, też ma problem z zajściem w ciążę, wcześniej z utrzymaniem ciąży. Ale gdy my się staraliśmy o dziecko, a oni do tematu podchodzili jeszcze beztrosko, przeświadczeni, że ich to nie będzie dotyczyć, to nie czułam z jej strony wsparcia, zrozumienia. Teraz jest zupełnie inaczej. Niestety obie kroczymy po tej ciernistej drodze, a gdy się spotykamy, to nie obywa się bez rozmów o owulacjach, lekach, hormonach itd. Mam nadzieję, że kiedyś, niedługo, będziemy gadać o naszych dzieciach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tą niepłodnością to jest tak, że można ją zrozumieć właściwie dopiero, kiedy się jej doświadczy.
      Ja w mojej relacji z Dżi nie przewidziałam kompletnie, że sukces moich starań o dziecko może być początkiem ostrej fermentacji w naszych relacjach.

      Trzymam kciuki za Was!

      Usuń
    2. Przyjaźń czy nawet znajomość utrzyma się jeśli ludzi coś łączy. Jeśli jest to niepłodność to wytrwa dopóki jedna ze stron nie zajdzie w ciążę. No bo i o czym ma gadać osoba niepłodna z osoba w ciąży jeśli wcześniej łączył ich tylko temat niepłodności. I myślę że nie powinno się mieć żalu o to że jedna ze stron zerwie (najczęściej ta niepłodna).

      Usuń
    3. Fakt, że zazwyczaj tak jest że to ta niepłodna strona gdzieś wsiąka. I rzeczywiście, nie ma co mieć pretensji.

      Usuń
  10. Z moją przyjaciółką kontakty rozeszły się przez jej męża. Tzn. wyjątkowo mi nie pasuje, nie lubię się z nim spotykać. Ma dużo podobnych do siebie znajomych - taki "dresiarz" z charakteru. Ona wsiąkła w tamto towarzystwo, przestałyśmy gdziekolwiek razem wychodzić. Widywałyśmy się sporadycznie, czasem rozmawiałyśmy.
    Ja wiedziałam, że mogą być kłopoty z zajściem, ona była zupełnie zdrowa. Zaczęła starać się pierwsza, najpierw zupełnie na luzie.
    Kiedy ja zaczęłam się starać, już w nowym związku, ona była na etapie przygotowań do in vitro. Wtedy przez jakiś czas rozmawiałyśmy częściej. Bardzo pomogła mi przy zmianie związku.
    Mnie się udało. Ona widziała nawet Laurę na OIOM-ie. Sama przechodziła kolejne nieudane próby.
    Po roku, dwóch, znowu rozluźniły nam się kontakty. Rozmawiałyśmy co kilka miesięcy, godzinami opowiadając sobie, co w międzyczasie słychać. Parę razy miała do mnie przyjechać, na dłużej, lub nawet na chwilę, przy okazji wizyt w Novum. Jakoś się nie złożyło. Wpadła raz, gdy Laura miała ponad 4 lata. I to nie dlatego, że ciężko jej było patrzeć na dziecko - w swoim towarzystwie ma mnóstwo małych dzieci.
    Potem jak zwykle rzadkie kontakty i ponad roczna przerwa. Spontanicznie zadzwoniłam w styczniu 2015. Ja byłam akurat na początku ciąży z ivf, okazało się, że ona właśnie zrobiła pozytywną betę, po 13 transferze. Miałyśmy miesiąc różnicy w transferach. Przez chwilę wszystko wyglądało pięknie. Parę telefonów, opisy stanu itp. wspólna radość. Potem moje poronienie w 14 tc - zadzwoniła parę godzin po poronieniu (rodziłam o 5 rano), bo jej się niepokojąco przyśniłam i chciała się uspokoić, że to tylko sen. Do końca jej ciąży utrzymywałyśmy kontakt. Z dwumiesięczną przerwą w środku.
    Ostatni raz rozmawiałyśmy na początku września 2015 - ona w poniedziałek miała iść do szpitala i tam zostać do porodu, albo jeszcze na tydzień wyjść. Mieszkali w wynajętym mieszkaniu, bo sprzedali swoje i kończyli budować dom, mieli tam być do końca roku. Powiedziała, że na pewno nas zaprosi jeszcze do mieszkania, a potem oczywiście do nowego domu.
    Ja byłam po kolejnej histeroskopii i we wrześniu miałam szykować się do kriotransferu.
    I to był nasz ostatni kontakt. Ona nie dała nawet znać, że urodziła. Ja nie podeszłam we wrześniu. Nie byłam w stanie w tym momencie sama dzwonić z gratulacjami. Chciałam to zrobić już po crio i dzielić się oczekiwaniem na wynik. Ale nie udało mi się podejść ani w październiku, ani w listopadzie, ani w grudniu, styczniu i lutym. Ona też się cały czas nie odezwała.
    Im dłuższa przerwa, tym trudniej się odezwać.
    W marcu transfer się udał. Cieszyłam się, że będę mogła zadzwonić z dobrą wiadomością i wrócić do relacji, jakby nigdy nic. Zanim zadzwoniłam, poroniłam.
    Teraz jest jeszcze ciężej. Myślę o niej, ale nie potrafię się przemóc. Jestem ciekawa, ale nie chcę spotkać jej dziecka, które miało być rówieśnikiem moich. Szczególnie teraz, jak nie wiadomo, kiedy podejdę do drugiej stymulacji.
    Dziwne te nasze kontakty - ucinają się jak nożem, a potem po roku-dwóch wracamy do rozmowy, jakby to było tydzień temu.
    Ciągle mam ją w głowie, pamiętam o niej, a nie potrafię zadzwonić...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kuźwa,ale to wszystko skomplikowane.
      Niepłodność w jednej chwili łączy ludzi, w drugiej dzieli kompletnie..

      Niesamowite jest ten jej sen, ta intuicja, to przeczucie. Też miewam sny.

      Czas pokaże, jak będzie.
      Nic na siłę.

      Usuń
    2. Niesamowite jest to, że nie poznałyśmy się w niepłodności, ani zaczynając starania.
      Poznałyśmy się jak miałyśmy 2 lata, byłyśmy jak siostry. Jestem jedynaczką, ona ma siostrę, z którą od początku się nie dogadywała. Taka siostra mi odpowiadała - całe dnie razem, a pokojem się nie muszę dzielić i rodziców mam dla siebie. :)
      Obu nam trafiła się wyjątkowo ciężka droga do macierzyństwa.
      Bo to nie tylko zwykłe in vitro - jakby nam się udało, przy drugim, trzecim transferze, to by nie było nawet o czym mówić.
      Ona 13 transferów - rekord w Polsce to podobno 16, kilka biochemicznych i obumarłych ciąż.
      Ja dwa poronienia na dwa transfery.

      Usuń
  11. Jeśli czułaś, że powinnaś skasować - to dobrze, że postąpiłaś z zgodzie z samą sobą. Nikt na pewno nie będzie miał Ci tu tego za złe - a poza tym jesteś tu u siebie i masz prawo dokonywać selekcji czy ewentualnej korekty publikowanych treści.

    U mnie przyjaźnie generalnie się posypały, jeszcze zanim w ogóle zaczęła być mowa o niepłodności czy adopcji - i może lepiej, bo przynajmniej jeden dodatkowy problem miałam z głowy.

    OdpowiedzUsuń
  12. Szkoda, ze skasowałas, czekałam na ciąg dalszy... ;) Ale skoro tamte posty "uwierały" sama Ciebie, to napewno decyzja była słuszna.

    OdpowiedzUsuń
  13. W pełni rozumiem :) Buziaki!

    OdpowiedzUsuń
  14. A ja unikam kontaktu, uciekam. Mojej siostrze to ciężko zrozumieć (jej się udało za 1 razem) a co dopiero osobie, która widzi minie raz na jakiś czas. I nie mam raczej szczęścia do przyjaciółek i przyjaciół.

    OdpowiedzUsuń
  15. Nie zdążyłam przeczytać tamtego tekstu i okropnych komentarzy do niego- internet mi nawalił, zaluje bardzo.
    Myśle ze nie trzeba przeżyć czegoś albo być w takiej sytuacji zeby ja rozumieć, trzeba sie wspierać bez względu na wszystko. Taka powinna być, przyjaźń. Nie sadze zeby to ciąża była powodem waszego "rozejścia sie", przecież Cię wspierała. Kobieta w ciąży bardzo sie zmienia, a w tak wyczekanej myśle ze jeszcze bardziej ;) cieżko zeby było tak jak kiedyś, bo wszystko idzie do przodu, a sama widzisz jakie sytuacje u Ciebie nastąpiły. Może potrzebujecie czasu, może wszystko sie wyjaśni, a może to Ty jej juz nie potrzebujesz? Była potrzebna jak miałaś problem, pózniej sie po części skończył no i co? Nie potrzebujesz jej juz słuchać, nie potrzebujesz juz sie żalić. Może ją odsunęłas? Myślałaś tak o tym? Może juz nie słuchasz tak jak kiedyś? Nie masz czasu? Przyjaźń wiele może znieść, oby Wasza przetrwała. Trzymam kciuki za Was, powodzenia.
    P.S. Po burzy zawsze przychodzi słońce :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Hop hop:) Pink co u Ciebie? Urlopujesz się? Detoksujesz?

    Nie zdążyłam skomentować tego postu i przeczytać poprzednich... Myślę, że z przyjaźnią sprawa nie jest taka łatwa. Jak napisałaś "zakochujemy się" w sobie. Dzieje się to w określonych okolicznościach. Określone cechy nas fascynują, dajemy z siebie konkretne rzeczy (niematerialne mam na myśli) i konkretne dostajemy w zamian. A potem okoliczności się zmieniają i my się zmieniamy. I może się okazać, że nie jesteśmy już w stanie dawać tego co wcześniej, że nasze potrzeby też są inne niż do tej pory. Cechy, które kiedyś nas przyciągały mogą w nowej sytuacji nam nie odpowiadać. Nie wspominając już o tym, że przecież cały czas się poznajemy. W fazie zauroczenia może się wydawać, że wiemy o drugiej osobie wszystko, że jest tą fantastyczną całością. A z nowymi wyzwaniami odkrywa przed nami nie tyle nową, co przedtem nieodsłonioną twarz. I ona nie musi nam się podobać.
    Trzeba dużo dojrzałości, zaangażowania i zwykłych chęci po obu stronach, żeby takie długotrwałe relacje utrzymać. Warto włożyć wysiłek, jeśli widzimy szansę powodzenia. Nie warto natomiast walczyć z wiatrakami, jeśli sytuacja ewidentnie nie rokuje.

    Mam nadzieję, że w tym przypadku uda się Wam obu o tę relację zawalczyć! Czasem potrzebna jest przerwa, trochę dystansu, rozłąki... A czasem co innego... Nie będę się mądrzyć więcej, bo sama najlepiej czujesz czego Tobie, a może i Wam potrzeba. Trzymam kciuki za Ciebie, za Nią i za Was obie:)

    OdpowiedzUsuń