sobota, 19 listopada 2016

Jak zostać drobiem domowym i nie zwariować


W komentarzach pojawiła się sugestia, żebym napisała o tym, jak poradziłam sobie z czasowym (mam nadzieję!) zawieszeniem zawodowym. Jak to się stało, że z osoby czynnej zawodowo, lubiącej swoją pracę stałam się zadowoloną, pełnoetatową mamą. Jak sobie z tym poradziłam.

Well, miło mnie połechtał ten komentarz, ale czy tak całkowicie trafia w punkt? Tu bym chyba polemizowała. Także obawiam się, że odpowiedzi do końca nie udzielę, tudzież nie będzie zadowalająca.

Fakt faktem, że jakieś tam przepoczwarzenie nastąpiło i rzeczywiście, z korpo-szczura (choć de facto w korpo nie pracowałam) zostałam mamą na pełen etat. I fakt faktem, chyba nie zwariowałam.
I fakt faktem, jestem szczęśliwa.
I fakt faktem, roboty nerwowo szukam już od X czasu.
I fakt faktem, dupa zbita.

Ale może zacznijmy od początku.

#CIĄŻA
Taki ze mnie freak, że powiedziałam szefowi o IVF. Mało tego - przesunęłam procedurę o 3 miesiące, żeby najpierw skończyć ważny projekt (projekt się obsunął i idealnie pokrył się z IVF. A ja, już w ciąży, odebrałam statuetkę branżową za jego sukces.).
Do szpitala trafiłam wprost z biurowego kibla, bodajże w 5 czy 6 tygodniu ciąży, czyli na tak bladym początku, że część ludzi "normalnie zachodzących w ciążę" na tym etapie jeszcze nie ma pojęcia, co się święci. Choć lekarz kilka dni wcześniej zalecał mi pozostanie w domu... także jak widać, praca była dla mnie nader istotna. Zbyt-nader-faker.
Jeszcze ze szpitala próbowałam jakoś kontrolować sytuację, czym wkurzyłam pracodawcę i dostałam ochrzan. Był to dla mnie policzek, bo widocznie nie uważano mnie za niezastąpioną. Po wyjściu ze szpitala jeszcze pojawiłam się w pracy, raz jeden, żeby przekazać tematy i podomykać sprawy. Ku zgryzocie pracodawcy. I wsio.

Pierwsze tygodnie w domu to było leżenie w łóżku i wychodzenie z wszechogarniającego szoku.
Że jestem w końcu w ciąży, jak to się stało w ogóle. Że dziecko będzie chyba. Że pracy niet. Że nie muszę zachrzaniać jakby mnie ktoś gonił. Nie mogę w sumie.
Szok.
Pierwsze tygodnie były bardzo trudne- nie mogłam sobie znaleść miejsca, tęskniłam za pracą.
Potem doszły do tego jakieś psycho-jazdy po samym in vitro, które trwały chyba do trzeciego trymestru ciąży.
Tkwiłam w takim troszkę ambarasie aż do porodu.

#2 ROK MACIERZYŃSKIEGO
Jak zobaczyłam Młodą to wszystko stanęło na głowie.
Pierwsze tygodnie to był generalny szok, mętlik i ambaras. Buch, nagle dziecko, ale skąd ono się wzięło, WTF?
A potem zaczęłam swój świetny, najlepszy macierzyński ever - świetny, bo miałam kilka dobrych koleżanek, które urodziły w podobnym czasie i spotykałyśmy się nawet i kilka razy w tygodniu, łaziłam z młodą po różnych spotkaniach, grupach i inicjatywach dla młodych mam. Czułam się jak ryba w wodzie. Generalnie rzadko bywały dni, że siedziałam z nią sama i nie było żadnych atrakcji.
Macierzyństwo wessało mnie bez reszty i aż promieniałam spełnieniem. Na każdym kroku słyszałam, że jestem potwierdzeniem tezy, że kobieta kwitnie, kiedy staje się matką. I rzeczywiście, tak się czułam. Macierzyństwo mnie uskrzydliło.
Myśl o powrocie do pracy wyzwalała we mnie panikę, bo nie wyobrażałam sobie absolutnie w tamtym czasie rozstania z dzieckiem. Ta myśl była dla mnie wręcz traumatyczna, paraliżująca. Nic innego się nie liczyło, jak tylko bycie z dzieckiem. A dwa, że specjalnie nie miałam ochoty wracać do tej pracy. Plan był taki, że jestem rok na macierzyńskim a potem wracam - do starego pracodawcy albo gdzieś indziej.
Spotkałam się z pracodawcą jakoś w październiku 2015, (młoda miała wtedy ok 7 miesięcy) żeby upewnić go o moich chęciach powrotu i ustalić warunki. To był błąd. To spotkanie odbyło się za wcześnie. Ja byłam absolutnie w macierzyństwie i absolutnie nie nadawałam się do myślenia o pracy w tamtym czasie. Z szefem zawsze byliśmy na "Ty" i mieliśmy stosunkowo luźną relację. Oznajmiłam mu, że ja na full time na pewno nie wrócę i nie mogę sobie pozwolić na taki zapieprz jak kiedyś, bo "równie dobrze mogła bym oddać dziecko do sierocińca". Złożyli mi propozycję wychodzącą na przeciw moim potrzebom - miałam zaproponować na jaką część etatu chcę wrócić, a oni dadzą mi kogoś do pomocy na czas mojej nieobecności. Tylko, że nie będę już miała swojego zespołu tylko będę włączona w zespół dziewczyny, której nie lubię. Uniosłam się honorem, propozycję odrzuciłam, przekonana, że szybko znajdę coś nowego, bo przecież mam doświadczenie i w ogóle jestem super. Well...

#PO MACIERZYŃSKIM (marzec - dziś)
Macierzyński się skończył i mijały kolejne miesiące.
Emocjonalną gotowość do powrotu do pracy zaczęłam przejawiać tak de facto dopiero gdzieś koło kwietnia. Z tym, że jej nie miałam.
Po drodze ciągle coś: a to urlop, a to jakieś choroby, a to jakieś remonty, a to żłobek tudzież jego brak i tak de facto na serio pracy zaczęłam szukać na przełomie sierpnia/września właściwie. W międzyczasie Młoda sporo chorowała, co oznacza, że sporo siedziałam z Nią w domu. Nadal siedzę, bo kończy kolejną infekcję (i wróć tu człowieku do roboty...).
Zaczęłam szukać i okazało się, że niestety, ale łatwo nie jest - nie mogę tej pracy znaleść.
Albo czegoś mi tam w kwalifikacjach brakuje, albo nie dzwonią w ogóle albo ostatnio dowiedziałam się, że mam za wysokie. Anyway, jest meeega dupa i zaczyna się frustracja. Zaczynam się bać, bo mam już tak de facto 2,5 roku przerwy zawodowej a od stycznia 2016 lukę w CV (bo wtedy się rozstałam w moim pracodawcą).

***

Podsumowując:
z mojego doświadczenia wynika, że nie ma się co spinać na początku ciąży (tudzież przed) jak sobie poradzimy emocjonalnie z brakiem pracy. Dla mnie osobiście te 2,5 roku to był czas tak ko-lo-sal-nych zmian, że sama za sobą nie nadążam. U mnie to był niesamowicie dynamiczny proces. Na ten moment nie mogę uwierzyć, że mogę czuć się, może nie całkowicie, ale dość mocno spełniona, będąc mamą i żoną na wyłącznosć. Prę na tą pracę już, teraz, natychmiast, bardziej z rozsądku i dla bezpieczeństwa swojego i moich dzieci.
I znowu, rozglądając się na boki, widzę, że nie ma jednej recepty dla każdego - niektóre wracają do pracy po 3 miesiącach, inne po 6, inne po roku a inne jeszcze kiedyś tam.

Troszkę chaotyczny ten post, ale cieszę się, że go napisałam.
Nie tylko dla osoby pytającej w komentarzu, ale i dla siebie.
Pozwolił mi co nieco uporządkować w głowie.

Na koniec pieśń tematyczna.




PS. Ale i tak proszę o trzymanie kciuków na moją rychłą aktywizację zawodową. Senkju.







10 komentarzy:

  1. Ja wracam za 2 miesiące. Do swojej starej pracy, w której zatrzymują również dziewczynę, która mnie zastępuje. Ciekawe jak podzielą nasze godziny ( których jest 9 + 8), żebyśmy obie utrzymały etat... Powodzenia Kochana, znam tę frustrację. buziaki

    OdpowiedzUsuń
  2. U mnie w pracy ostatnio marnie bardzo... i chce mi się do domy ;)
    Buziaki.

    OdpowiedzUsuń
  3. Te bolączki jeszcze przede mną. Na razie siedzę sobie na ciążowym zwolnieniu, ale już macierzyński nie będzie mi przysługiwał, bo byłam zatrudniona tylko na zastępstwo na określony czas i zaszłam w ciążę, gdy moja umowa wygasła. W swoim czasie pewnie zacznę się martwić robotą, ale na razie koncentruję się na innych sprawach :)

    A Tobie życzę znalezienia wymarzonej pracy z wyrozumiałym szefem.

    OdpowiedzUsuń
  4. Życzę powodzenia w szukaniu pracy, ale może pokombinuj, żeby z czymś swoim wystartować. Może to fajny czas na zmiany, takie totalne :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Pink, kciuki za pracę, w której da się żyć. :) Nie więcej niż 8 godzin pracy dziennie.

    A jak tak Cię już męczymy - co z tematem drugiego dziecka? Masz na to jakiś limit czasowy, czy mglista przyszłość?

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja zdecydowałam się zostać na wychowawczym, dokończyć kolejne studia i zacząć swoją zawodową "karierę" zupełnie od zera. Niczego ponadto póki co nie sprecyzowałam - i jakoś tak na luzie do tego podchodzę, choć nie wykluczam, że już za jakiś czas mocniej mnie przypili ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja takich dylematow nie mialam, bo tutaj macierzynski trwa 12 tygodni. ;)
    Za to, w mojej robocie kiepsko sie dzieje, a na mysl o szukaniu nowej, az mnie ciarki przechodza. :/

    A Tobie oczywiscie zycze powodzenia w poszukiwaniach! :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ciezkie bywają powroty,ale z drugiej strony fajnie gdy jest do czego wracać.Ja nie miałam takiej możliwośći.Bujałam się i bujam od jednego pracodawcy do drugiego i nie mogę nawet pomyśleć,ze mam dość.Nie stać mnie na taki luksus.Nie ma wyjścia.
    Ale być teraz z Melcią w domu 24/24 7/7 ??? Nie!!!

    OdpowiedzUsuń
  9. I jak z pracą? Udało się coś znaleźć?

    OdpowiedzUsuń
  10. Wszystkiego dobrego dla Was na te Święta- radości, bliskości, zdrowia i wiele uśmiechu.
    Buziaki dla MELI!
    Jak w żłobku? Zdrowa jest?

    OdpowiedzUsuń