piątek, 1 września 2017

Dlaczego nadal karmię piersią?


W ostatnim poście "kończącym" zostawiłam sobie furtkę, że pewnie czasem wrócę do Was z jakimiś przemyśleniami, jeśli mnie przyszpili.
Jest pewien temat, który chodzi za mną od dłuższego czasu. Temat tabu, temat petarda, który bardziej dzieli niż łączy nie tylko matki, ale chyba wszystkich dzisiejszych homo sapiensów.
Długie karmienie piersią.

Karmie piersią Meśkę już prawie 2,5 roku i na odstawienie w najbliższych miesiącach się nie zanosi. Chciałam Wam powiedzieć, wytłumaczyć i narysować jakiś obraz dlaczego tak. Dlaczego nie odstawiam dziecka, jak to wieść gminna i ludowa głosi po np. 6 miesiącach czy roku, ale idę w to dalej.

Nie mam absolutnie potrzeby tłumaczyć swojego wyboru czy usprawiedliwiać przed kimkolwiek.
Chciałabym, żeby mój wpis był takim eye-opener'em - dla tych, co się spodziewają, i dla tych, co już karmią i dla tych, którzy nie rozumieją albo rozumieją błędnie.

Nie chcę też nikogo przekonywać i namawiać, że powinien karmić długo, bo... wcale nie powinien.
Może. Ale nie musi. Dla każdej rodziny będzie inaczej i nic to specjalnego nie będzie oznaczać. Nikt przez to nie będzie ani lepszą, ani gorszą matką - to dla mnie oczywiste.

Chodzi mi tylko o to, żeby każdy z nas, nie tylko mamy ale też 'taty' (bo to moim zdaniem nie tylko sprawa matki i dziecka), podejmowali decyzję w zgodzie z samym sobą, z dzieckiem, z potrzebami rodziny a nie opinią publiczną, krytyką innych, niekompetentnym personelem medycznym czy przestarzałymi mitami pseudonaukowymi.

Zacząć należało by od oficjalnej rekomendacji Światowej Organizacji Zdrowia czyli WHO, która nie pozostawia pola do dyskusji i mówi, że:

Dzieci powinny być karmione wyłącznie mlekiem matki przez pierwsze 6 miesięcy życia, i dalej co najmniej do 2 roku życia i dłużej (przy jednoczesnym wprowadzaniu pokarmów uzupełniających) tak długo, jak życzą sobie tego matka i dziecko. 

To jest oczywiście aktualna i najbardziej uniwersalna wytyczna. Powszechna.
Zdawało by się, że każdy normalny człowiek powinien powiedzieć "aha, luz" i przyjąć do
wiadomości. Ale no.. no nie :)

Ale ale, fajnie fajnie... acz muszę przyznać, że wcale nie karmię dlatego, że powiedziało tak WHO, Ministerstwo Zdrowia i milion innych poważnych organizacji a ja postanowiłam bohatersko sprostać.
Nie karmię też dlatego, że na każdym kroku jestem bombardowana informacjami o dobroczynnych właściwościach mojego pokarmu.
Aż takim fajterem nie jestem :)

To dlaczego, dlaczego na Boga, karmię 2,5 letnie dziecko piersią?
Co mną kieruje?

Jeszcze w ciąży bardzo mi zależało na kp (chociaż kiedyś, jako młoda dziewczyna, uważałam to, za obrzydliwe). Chciałam karmić rok. Taką miałam aspirację.
Nie ze względu na jakieś tam dobroczynne cośtam dla dziecka. Chciałam rok. Taką miałam ambicję dla ambicji.Dla siebie. Takie miałam zalożenie. Skąd? Bladego pojęcia nie mam :)
Pamiętam, jak na końcówce ciąży pierwszy raz usłyszeliśmy z S. o zaleceniach WHO i karmieniu co najmniej 2 lata - wybuchnęliśmy śmiechem, pokrzykując "taaa jasnee ehe, do liceum, ehee" i zapodając taką szyderę, jaką tylko my potrafimy zapodać w naszych 4 ścianach.
"Chyba kogoś zdrowo pojebało" - skwitował elegancko przyszły ojciec dziecka mego, jeszcze nienarodzonego.

No więc mieło 6 miesięcy wyłącznego karmienia, potem minął ten rok.
Pamiętam, jak wylądowałam w szpitalu z 12 tygodniową Meśką - było lekko nerwowo wokół faktu, że karmie wyłącznie piersią (teraz jak o tym myślę, to się drapię po głowie, jak to jest, qwa, możliwe).

Do 6 miesięcy wszyscy wyrażali uznanie, że karmię i że - uwaga - mam pokarm :) (ja osobiście nie czułam się specjalnie zasłużona i do dziś mi zostało).
Koło 9 miesięcy wszyscy podziwiali, ale już wypatrywali finishu, bo "taka duża dziewczynka już"
Koło roku zrobiło się dziwnie.
Jak miała 1,5 roku to już byłam totalnym freakiem i komentarze padały zewsząd, nawet ze strony personelu medycznego.
Teraz 2,5 roku i ta strona rodziny, która nie rozumie, już nawet nie próbuje zagadywać, bo jestem przypadkiem beznadziejnym.

Trzeba też dodać, że już od dłuższego czasu, obrządku zwanego "karmieniem piersią" nie nazywała bym w ten sposób. Niewiele ma wspólnego z jedzeniem. Jest to raczej świetne narzędzie do ogólnego ogarniania tematu z dzieckiem :)
Od bardzo, bardzo dawna Meśka sobie to mleko podpija, ale ten wypływ mleka nie zawsze jest kluczowy. Ona przy piersi zasypia, budzi się, nadrabia sobie braki w bliskości przez np. moją nieobezność w zw. z pracą, odreagowuje stresy, ładuje akumlatorek.

A więc karmię z 2 powodów:

1/ karmienie piersią daje nam bardzo dużo korzyści - nie wiem, czy one są unikanle dla każdej mamy z każdym dzieckiem. Dla nas są... bezcenne.

2/ nie męczy mnie to. Totalnie nie. Młoda przesypia całe noce odkąd skończyła 14 miesięcy. Nie wisi na mnie całymi dniami. To, że karmię nie jest dla mnie żadnym obciążeniem. (ale z tego co wiem, jestem w mniejszości)

Powiecie, dobra, ale jakie to są konkretne korzyści?
Poza tym medycznym pierdu-pierdu?

Dla nas? Takie:

- Odporność
Meśka dużo choruje odkąd poszła do żłobka. Bardzo dużo. Ale od 1,5 roku nie brała żadnego antybiotyku. Jej chorowanie polega katarze i kaszlu. Nie bierze praktycznie żadnych leków poza syropem na kaszel. Ze wszystkiego wychodzi sama.

- Odstresowywacz
Meśka jest coraz starsza, coraz więcej rozumie i mierzy się z coraz to trudniejszymi dla siebie sytuacjami życiowymi. To jest wręcz fascynujące, jak Ona się koi przy piersi. To jest aż fizycznie odczuwalne, jak to ją odstresowuje.

- Uspakajacz w sytuacjach kryzysowych
szczepienia, badania, szycie palca :( , histera w samolocie, zasypianie w warunkach, które nie sprzyjają spaniu.

- Nadrabiacz bliskości
Pracuję na full time, w tygodniu więcej mnie nie ma, niż jestem.
Dzięki kp nadrabia, ładuje się, regeneruje.

- Samodzielność
Nie umiem tego do końca wytłumaczyć, ale dzieje się to, o czym czytałam w książkach, szczególnie tych o rodzicielstwie bliskości.
Meśka jest przeciwieństwem określenia "mamin cycuś". Często można spotkać zarzuty, że dzieci kp mają problem z odłączeniem się od matki. I don't think so i z tego co wiem, badania też nie. Ona jest totalnie niezależnym, młodym poszukiwaczem przygód. Przyjdzie, przytuli się, ciumknie i podpije i wraca zdobywać świat. Potem wraca, ładuje akumulator i idzie dalej. Szturmem.
Nie umiem Wam tego wytłumaczyć, ale mam przeczucie graniczące z pewnością, że kp nam w tym bardzo pomaga (co nie oznacza oczywiście, że dzieci nie kp są inne - odnoszę się wyłącznie do naszego przypadku).

- Coś bez nazwy
Czuję, że nigdy dotąd aż tak nie byłam kierowana jakimś wewnętrznym instynktem.
Jakąś taką pierwotną intuicją.
I ta intuicja mi mówi, żeby tego jeszcze nie kończyć.

To może są tylko 4 punkty, ale wierzcie mi, że to, co zawiera się w tych punktach, jest po prostu ogromne i nie wszystko da się skwantyfikować.
Wytyczne WHO to dla mnie tylko potwierdzenie i poklepanie w ramię:
tak, moja droga, nie jesteś dziwadłem, czyń tak dalej, jak czujesz, bo dobrze czujesz.

Kiedy minął ten magiczny rok, to podjęłam decyzję, że kończymy do 2go roku życia (minęło w marcu).
Potem, że w wakacje, jak będzie ciepło.
Ale im bliżej było tych wakacji, tym większe wątpliwości mnie nachodziły.
Kiedyś, pewna znana promotorka karmienia piersią zadała pytanie grupie karmiących mam, w tym mnie:

Odstawiajcie wtedy, kiedy uznacie to za stosowne i nic nikomu do tego. Ale zanim to zrobicie, odpowiedzcie sobie na pytanie, dlaczego chcecie dziecko odstawić? Nie po to, żeby ciągnąć to w nieskończoność, ale po to, żeby dokonać uczciwego wyboru. 

Lato nadeszło, a ja nie potrafiłam znaleść sensownej odpowiedzi na to pytanie.
Wyszło na to, że moją jedyną motywacją jest presja otoczenia i powszechnie panujące w narodzie przekonanie, że "już powinnam".
Prawda, że to strasznie słabe powody są?

Zestawiłam je z korzyściami z kp a co więcej, wsłuchałam się w swój wewnętrzny głos, w to, co mi podpowiada intuicja a ta aż wrzeszczy.

Stało się samo, że karmimy się nadal.
Młoda jeździ na kilka dni do babci "na wieś", była nawet tydzień nad morzem z dziadkami, bez mamy.
Nie przeszkadzało to ani Jej (bawiła się świetnie, do dziś opowiada), ani moim narzędziom do karmienia :) (jakoś się dostosowały do sytuacji).
Pokarmy stałe je pięknie - jest pierwszym "jadaczem" w żłobku. Ona nie je. Ona wsuwa. Owoce, warzywa, mięso, nie-mięso - wszystko. Ma chyba szerszą paletę smaków niż ja (nie nawidzę gotowanych warzyw!)
Mówi ponadprzeciętnie dużo, jak na dwulatkę. Nieskromnie powiem, że tu jest mocno do przodu (oczywiście to nie jest zasługa kp, tylko argument na ew. zarzuty, że dzieci kp mają problemy z mówieniem i jedzeniem innych pokarmów).

Ile jeszcze?
Nie wiem, zobaczymy.
Na pewno chciała bym przekarmić najbliższą jesień/zimę, bo biorąc pod uwagę choroby żłobkowe, odstawienie było by strzałem w kolano.
Na pewno ostateczną granicą tej imprezy jest fakt, żeby podejść do kolejnego transferu, trzeba brać leki, które wykluczają kp :-( A że jest pewien plan na przyszły rok, to może się okazać, że deadlinem będzie skończenie przez Meśkę 3 lat.

Anyway, to co chciałam Wam przekazać, to nie to, że powinnyśmy karmić jak najdłużej. Boże broń.
Chciałam tylko zachęcić mamy karmiące do tego, żeby podjęły decyzję zgodnie ze sobą, z dzieckiem, z potrzebami własnej rodziny a nie pod presją otoczenia.
Niezależnie co zrobimy, i tak zawsze znajdzie się ktoś, kto nas skrytykuje.

Polecam zadać sobie to pytanie, które kiedyś zadano mnie:
Dlaczego chcecie zakończyć kp?

Do napisania powyższego pchnęła mnie ostatecznie rozmowa sprzed 2 dni z panią dyrektor żłobka, do którego chodzi Meśka.
Pani dyrektor także karmi piersią swoją 2 letnią córkę (zresztą są razem z M. w grupie).
Rozmowa toczyła się w kierunku mniej więcej takim:

Dyr: a karmi pani jeszcze? bo ja też nadal.. <lekkie zakłopotanie>
Jest już presja, naciskają na mnie, muszę się tłumaczyć... Ale ja wcale nie chcę. Ona jest odporniejsza, nie bierzemy żadnych antybiotyków, dobrze nam tak.. także no nie wiem. 
Ja:  tu nastąpiła moja wypowiedź o tym, że mam podobnie, ale nie widzę podstaw, dlaczego miała być odstawić, że korzyści i że idę w to dalej.. 
Dyr: <wyraźnie rozpromieniona> no to super, to ja podobnie. No i fajnie, że się wsparłyśmy!

I taką właśnie piątkę, chciała bym przybić z Wami, drogie mamy.
Żebyśmy miały odwagę słuchać siebie i dziecka, spojrzeć w głąb naszej relacji a nie słuchały osób postronnych, które zapewne chcą dobrze na swój sposób, aczkolwiek, iż, azaliż... :)

czwartek, 10 sierpnia 2017

THAT'S ALL FOLKS!


I nadszedł ten czas, w którym trzeba postawić grubą krechę zamykając pewien rozdział.
Od jakiegoś czasu blog leży zakurzony i stracił dawny wigor- po statystykach widzę, że wciąż tu zaglądacie, dostaję maile z pytaniami lub miłym słowem - to bardzo miłe, dziękuję.
Uleciała ze mnie ta potrzeba wywalania wszystkiego przez palce, wiecznej spowiedzi i analizowania. Myślę, że to dobry znak, dla tych którzy nadal walczą- o pewnych epizodach się zapomina.
Moja walka z niepłodnością nie należała do tych najtrudniejszych, nie trwała dekad. Była dość ognista i okropiona łzami, ale zdecydowana.
Dziś wiem, że decyzja o podejściu do in vitro była słuszna. Odkąd na świecie pojawiła się Meśka nie zabezpieczamy się w żaden, najmniejszy nawet sposób. Meśka ma już grubo ponad 2 lata a rodzeństwa jak nie było, tak nie ma. I w tej sytuacji nie można uznać, że "jestem zestresowana i zablokowana" tudzież "za bardzo chcemy". Nie chcemy wcale- kto czytał bloga wie dlaczego. Laboratorium wzywa.
Dlaczego ryzykowaliśmy? Jak słowo daję, chyba tylko Freud i sama Bozia raczą wiedzieć. A ocenę mojego postępowania zostawiam już tylko temu Najważniejszemu (w komentarzach nie przewidziałam na to miejsca, uprzedzam).

Blog spełnił swoją funkcję terapeutyczną- zakładając go nawet nie przypuszczałam jakiego da mi powera i ile wsparcia przyniesie. Poznałam dzięki niemu cudownych ludzi, którzy na zawsze pozostaną w mojej głowie, mimo, że nie znam ich twarzy. 
Wiem z maili, że te moje bazgroły i gorzkie-żale przysłużyły się nie tylko mnie, ale i innym w podobnej sytuacji. A już post o spowiedzi po in vitro zrobił prawdziwą karierę w sieci. Dostaję dziesiątki maili w tej sprawie. Mam nadzieję, że ten ksiądz się w końcu nie wkurzy :) 

A ja?
Próbuję ogarniać rzeczywistość mamy na pełnowymiarowym etacie i jeszcze wyszarpać coś od życia dla siebie. Staram się zdefiniować siebie na nowo, kim jestem i chce być w tym nowym ekosystemie. Powrót do pracy pomógł mi odzyskać spokój, zutylizować nagromadzoną energię. Zima dała się we znaki, nie powiem, ale wiosna i lato są cudne.

Całe to letnie rozprężenie ogarnęło nas na tyle, że mocno żywy stał się temat drugiego dziecka. Plan obejmował przyszły rok - a jak będzie - zobaczymy. Na ten moment jesteśmy na fali tego pragnienia i staramy się je jakoś utrzymać w ryzach.

Przeczuwam w kościach, że jeszcze do Was wrócę  z meldunkami i przemyśleniami.
A już na pewno wtedy, kiedy znowu poczuję zapach kliniki i zobaczę te pomarańczowe ściany..
A jeśli ktoś miał by potrzebę i ochotę na kontakt, to na pewno będę zaglądać i tu na bloga i na maila. Zapraszam!

Ściskam Was wszystkich i przybijam wirtualną piątkę.
Jeśli do mnie zaglądałeś (i komentowałeś lub nie) - zostaw po sobie ślad w komentarzu.
Fantastycznie jest czuć obecność żywej persony po drugiej stronie kabla.

Do zobaczenia!

wtorek, 25 kwietnia 2017

Matka na etacie



W pierwszej połowie lutego powróciłam na zawodowe ścieżki.
Zakres obowiązków bardzo podobny do tego, który miałam w poprzedniej firmie z tym, że firma mniejsza.Na ten moment trudno określić, czy wybierając mniejszą firmę mam mniej pracy. Na pewno muszę sprostać wysokim oczekiwaniom, jako że przyszłam z wyższego levelu. Bywa, że do domu wracam koło 19:00.
Pierwsze tygodnie były bardzo trudne - nie chodzi o tęsknotę za dzieckiem, ale o przestawienie się na nowy tryb, zorientowanie się w nowej pracy po wielu latach w poprzedniej firmie, ogarnianie tematów domowo zawodowych, ogarnianie cateringu dla dziecka oraz pielęgnację podczas choroby, która tej zimy nachodzi(ła) nas co rusz.

Poszukiwania niani były bardzo nerwowe.
Potrzebowaliśmy kogoś, kto zapewni Młodej opiekę podczas choroby a w czasie dobrego zdrowia odbierze ją ze żłobka koło 16:00 i posiedzi z nią do czasu aż wrócę z pracy.
I tak mamy.
Wybraliśmy Panią z niania.pl, bo z polecenia nie udało się nikogo znaleźć. Spotkaliśmy się z dwoma osobami, z tego ta pierwsza wygrała. Turbo-babcia, lat 70, o długich blond włosach, nienagannej figurze, stylówie, elokwentna i umiejąca się wysłowić. Para się niańczeniem dzieci już kilka lat i od razu kupiła sobie Młodą. Dostała bardzo dobre referencje od poprzedniej pracodawczyni, którą wzięłam na spytki.
Oczywiście odgrażałam się początkowo, że nie bacząc na prawne zakazy zainstaluję w domu kamery i posłuchy, ale jakoś aż do tego czasu nie udało mi się tego ogarnąć i już chyba się nie uda ;)
Choć jedną w domu już mam - wypożyczona, leży w szafie.
(w tym punkcie błagam - nie raczcie mnie żadnymi upiornymi historiami o nianiach... już się nasłuchałam).

Niania okazała się dla nas zbawieniem, bo Młoda miała permanentnego gila. Powiem szczerze, że jestem pod wrażeniem, że się nie wkurzyliśmy i ostatecznie nie pizgnęliśmy tego żłobka w cholerę. Na szczęście jej chorowanie polega na katarze i gilu - nic wielkiego się, odpukać, nie dzieje i nie bierze ŻADNYCH antybiotyków. Z tego ostatniego cieszę się najbardziej, bo wierzę, że wychodząc sama z chorób buduje swoją odporność. A pomaga Jej w tym bez wątpienia moje mleko, które sobie nadal elegancko podpija :) I tak już ponad 2 lata.
Myślałam o tym, żeby ją odstawić, ale po bliższym przyjrzeniu się moim pobudkom, wyszło mi, że jedynym argumentem za odstawieniem Jej teraz od piersi jest lekka presja otoczenia, konieczność tłumaczenia się co jakiś czas "czemu jeszcze karmię" oraz poczucie zakłopotania, kiedy w miejscu publicznym domaga się piersi. Ostatecznie uznałam, że irracjonalne krępacje są na tyle nieistotne, że będziemy robić tak, jak obie uważamy za słuszne. Tym bardziej, że sam proceder karmienia jest dla nas zbawienny na wielu polach i mogła bym na ten temat wymaścić cały esej.

Wracając do niani, kosztowo udało nam się temat jakoś w miarę uporządkować, bo jesteśmy dogadane na progi godzinowe: kiedy jest ich więcej dostaje większą stawkę a w razie choroby Młodej, kiedy godzin jest sporo - niższą. I tak wilk jest syty i owca..no.. w miarę cała. W każdym razie jeszcze zipie.

Co do Młodej- jest absolutnie fantastyczną, młodą kozą :)
Gada. Gada jak najęta. Po matce - wiadomo.
Wypowiada się właściwie pełnymi zdaniami, odmienia przez przypadki, śpiewa piosenki, które gdzieś tam usłyszała, nawet po angielsku.
Zapewne nie jestem obiektywna, aczkolwiek Jej rozwój mowy jest zaiste imponujący.

I tak trwa proces kształtowania się naszej rodziny w nowym kształcie.
Nieustająco ewoluują - zarówno moje relacje z małżem, nasze relacje z dzieckiem, z rodziną, organizacyjnie.

Po 2 latach mogę z całą pewnością powiedzieć:
dziecko zmienia wszystko.








wtorek, 24 stycznia 2017

Coś się kończy, coś się zaczyna.


Dawno mnie nie było. Przepraszam Was za milczenie.
Codziennie myślę o tym, co chciała bym Wam powiedzieć. O ludziach, którzy tu zaglądają i do których zaglądam ja. Często jako cichy gość.
Tak wyszło. Dużo się działo. Za oknem szaro buro. Wena zasnęła gdzieś na mrozie.

Ostatnie miesiące były trudne.
Młoda dużo choruje i ten stan ciągnie się klasycznie - od początku października (w żłobku).
Całe szczęście, że trafiłam na dobrego lekarza prywatnego, który potrafi diagnozować i leczyć, bo było by z nami na prawdę krucho. Zaliczyłyśmy w ciągu ostatnich miesięcy 2 błędne diagnozy innych lekarzy: zapalenie płuc (!) i obustronne (!) zapalenie ucha.
To pierwsze opisywałam TU a podobna sytuacja miała miejsce z uchem kilka tygodni później. Pojechałam na oddział laryngologiczny do szpitala dziecięcego, bo Młoda była jakaś niewyraźna i tarła uszy. Zastrzelono nas diagnozą obustronnego zapalenia uszu, którego jak się okazało... nie było. W szpitalu Meśka złapała natomiast.... bostonkę, którą dodatkowo zaraziła kolegę, który zaraził starszego brata i tatę... Także tak to..
Ten epizod znacznie wyleczył mnie z chadzania po lekarzach.

Ciągnę to nieustające chorowanie.
Odchoruje swoje i idzie z powrotem do żłobka a ja liczę na to, że w końcu się uodporni.
Nie bierze żadnych antybiotyków, ze wszystkiego wychodzi niemal sama, także liczę, że takie hartowanie ma sens. Nie są to także żadne poważne choroby, póki co na wirusach się kończy (choć w żłobku panoszy się ospa).
Ze żłobbingu rezygnować nie chcemy, bo (poza chorowaniem) jesteśmy zachwyceni tą instytucją.

Jest news.
W pierwszej połowie lutego wracam do pracy.
Ta sama branża, to samo stanowisko co wcześniej, ale inny pracodawca. Miałam do nich otwarte zaproszenie jeszcze z czasu ciąży, z którego nie korzystałam, bo to firma mniejszej sławy i prestiżu niż moja poprzednia. W końcu się jednak skusiłam, pogadałam i okazało się, że wszystko wygląda o wiele lepiej, niż początkowo zakładałam.
Jestem całkiem zadowolona z warunków startowych.
Aktualnie nerwowo poszukujemy niani, która będzie codziennie odbierała Meśkę ze żłobka i zostanie z Nią w domu w razie, pewnej przecież, choroby.

Póki co, kłębią się we mnie i radość, i niepewność i obawa o organizację dnia codziennego, komfort psychiczny Młodej, moje własne umiejętności zawodowe, wątpliwości co do niani i tak dalej.
Pewne jest, że kończy się jakiś etap w moim życiu i w życiu Młodej.
Mój macierzyński był cudowny. Będę go wspominać z rozrzewnieniem do końca życia. Nigdy dotąd nie było w moim życiu czasu tak mocno wypełnionego emocjami i zmianami.

Cieszę się, że życie potoczyło się tak, aby dać czas i mnie i Meśce na dorośnięcie, na odcięcie pępowiny, na pewną dojrzałość po obu stronach. Te 2 lata były nam potrzebne. Żeby wyszarpać życiu to, co się nam należało. Czuje się nasycona i zaspokojona. Nie czuję żalu ani deficytu, że oto muszę rozstać się z dzieckiem i pójść do pracy. Wręcz przeciwnie.

Jestem tak bardzo inną Pink, niż ta, która przed kilkoma laty zaczęła się tu obnażać, że aż trudno w to uwierzyć.

Jestem pełna obaw ale i nadziei, że uda mi się to wszystko ogarnąć tak jak bym chciała :)
Idzie nowe.