wtorek, 24 stycznia 2017

Coś się kończy, coś się zaczyna.


Dawno mnie nie było. Przepraszam Was za milczenie.
Codziennie myślę o tym, co chciała bym Wam powiedzieć. O ludziach, którzy tu zaglądają i do których zaglądam ja. Często jako cichy gość.
Tak wyszło. Dużo się działo. Za oknem szaro buro. Wena zasnęła gdzieś na mrozie.

Ostatnie miesiące były trudne.
Młoda dużo choruje i ten stan ciągnie się klasycznie - od początku października (w żłobku).
Całe szczęście, że trafiłam na dobrego lekarza prywatnego, który potrafi diagnozować i leczyć, bo było by z nami na prawdę krucho. Zaliczyłyśmy w ciągu ostatnich miesięcy 2 błędne diagnozy innych lekarzy: zapalenie płuc (!) i obustronne (!) zapalenie ucha.
To pierwsze opisywałam TU a podobna sytuacja miała miejsce z uchem kilka tygodni później. Pojechałam na oddział laryngologiczny do szpitala dziecięcego, bo Młoda była jakaś niewyraźna i tarła uszy. Zastrzelono nas diagnozą obustronnego zapalenia uszu, którego jak się okazało... nie było. W szpitalu Meśka złapała natomiast.... bostonkę, którą dodatkowo zaraziła kolegę, który zaraził starszego brata i tatę... Także tak to..
Ten epizod znacznie wyleczył mnie z chadzania po lekarzach.

Ciągnę to nieustające chorowanie.
Odchoruje swoje i idzie z powrotem do żłobka a ja liczę na to, że w końcu się uodporni.
Nie bierze żadnych antybiotyków, ze wszystkiego wychodzi niemal sama, także liczę, że takie hartowanie ma sens. Nie są to także żadne poważne choroby, póki co na wirusach się kończy (choć w żłobku panoszy się ospa).
Ze żłobbingu rezygnować nie chcemy, bo (poza chorowaniem) jesteśmy zachwyceni tą instytucją.

Jest news.
W pierwszej połowie lutego wracam do pracy.
Ta sama branża, to samo stanowisko co wcześniej, ale inny pracodawca. Miałam do nich otwarte zaproszenie jeszcze z czasu ciąży, z którego nie korzystałam, bo to firma mniejszej sławy i prestiżu niż moja poprzednia. W końcu się jednak skusiłam, pogadałam i okazało się, że wszystko wygląda o wiele lepiej, niż początkowo zakładałam.
Jestem całkiem zadowolona z warunków startowych.
Aktualnie nerwowo poszukujemy niani, która będzie codziennie odbierała Meśkę ze żłobka i zostanie z Nią w domu w razie, pewnej przecież, choroby.

Póki co, kłębią się we mnie i radość, i niepewność i obawa o organizację dnia codziennego, komfort psychiczny Młodej, moje własne umiejętności zawodowe, wątpliwości co do niani i tak dalej.
Pewne jest, że kończy się jakiś etap w moim życiu i w życiu Młodej.
Mój macierzyński był cudowny. Będę go wspominać z rozrzewnieniem do końca życia. Nigdy dotąd nie było w moim życiu czasu tak mocno wypełnionego emocjami i zmianami.

Cieszę się, że życie potoczyło się tak, aby dać czas i mnie i Meśce na dorośnięcie, na odcięcie pępowiny, na pewną dojrzałość po obu stronach. Te 2 lata były nam potrzebne. Żeby wyszarpać życiu to, co się nam należało. Czuje się nasycona i zaspokojona. Nie czuję żalu ani deficytu, że oto muszę rozstać się z dzieckiem i pójść do pracy. Wręcz przeciwnie.

Jestem tak bardzo inną Pink, niż ta, która przed kilkoma laty zaczęła się tu obnażać, że aż trudno w to uwierzyć.

Jestem pełna obaw ale i nadziei, że uda mi się to wszystko ogarnąć tak jak bym chciała :)
Idzie nowe.