wtorek, 25 kwietnia 2017

Matka na etacie



W pierwszej połowie lutego powróciłam na zawodowe ścieżki.
Zakres obowiązków bardzo podobny do tego, który miałam w poprzedniej firmie z tym, że firma mniejsza.Na ten moment trudno określić, czy wybierając mniejszą firmę mam mniej pracy. Na pewno muszę sprostać wysokim oczekiwaniom, jako że przyszłam z wyższego levelu. Bywa, że do domu wracam koło 19:00.
Pierwsze tygodnie były bardzo trudne - nie chodzi o tęsknotę za dzieckiem, ale o przestawienie się na nowy tryb, zorientowanie się w nowej pracy po wielu latach w poprzedniej firmie, ogarnianie tematów domowo zawodowych, ogarnianie cateringu dla dziecka oraz pielęgnację podczas choroby, która tej zimy nachodzi(ła) nas co rusz.

Poszukiwania niani były bardzo nerwowe.
Potrzebowaliśmy kogoś, kto zapewni Młodej opiekę podczas choroby a w czasie dobrego zdrowia odbierze ją ze żłobka koło 16:00 i posiedzi z nią do czasu aż wrócę z pracy.
I tak mamy.
Wybraliśmy Panią z niania.pl, bo z polecenia nie udało się nikogo znaleźć. Spotkaliśmy się z dwoma osobami, z tego ta pierwsza wygrała. Turbo-babcia, lat 70, o długich blond włosach, nienagannej figurze, stylówie, elokwentna i umiejąca się wysłowić. Para się niańczeniem dzieci już kilka lat i od razu kupiła sobie Młodą. Dostała bardzo dobre referencje od poprzedniej pracodawczyni, którą wzięłam na spytki.
Oczywiście odgrażałam się początkowo, że nie bacząc na prawne zakazy zainstaluję w domu kamery i posłuchy, ale jakoś aż do tego czasu nie udało mi się tego ogarnąć i już chyba się nie uda ;)
Choć jedną w domu już mam - wypożyczona, leży w szafie.
(w tym punkcie błagam - nie raczcie mnie żadnymi upiornymi historiami o nianiach... już się nasłuchałam).

Niania okazała się dla nas zbawieniem, bo Młoda miała permanentnego gila. Powiem szczerze, że jestem pod wrażeniem, że się nie wkurzyliśmy i ostatecznie nie pizgnęliśmy tego żłobka w cholerę. Na szczęście jej chorowanie polega na katarze i gilu - nic wielkiego się, odpukać, nie dzieje i nie bierze ŻADNYCH antybiotyków. Z tego ostatniego cieszę się najbardziej, bo wierzę, że wychodząc sama z chorób buduje swoją odporność. A pomaga Jej w tym bez wątpienia moje mleko, które sobie nadal elegancko podpija :) I tak już ponad 2 lata.
Myślałam o tym, żeby ją odstawić, ale po bliższym przyjrzeniu się moim pobudkom, wyszło mi, że jedynym argumentem za odstawieniem Jej teraz od piersi jest lekka presja otoczenia, konieczność tłumaczenia się co jakiś czas "czemu jeszcze karmię" oraz poczucie zakłopotania, kiedy w miejscu publicznym domaga się piersi. Ostatecznie uznałam, że irracjonalne krępacje są na tyle nieistotne, że będziemy robić tak, jak obie uważamy za słuszne. Tym bardziej, że sam proceder karmienia jest dla nas zbawienny na wielu polach i mogła bym na ten temat wymaścić cały esej.

Wracając do niani, kosztowo udało nam się temat jakoś w miarę uporządkować, bo jesteśmy dogadane na progi godzinowe: kiedy jest ich więcej dostaje większą stawkę a w razie choroby Młodej, kiedy godzin jest sporo - niższą. I tak wilk jest syty i owca..no.. w miarę cała. W każdym razie jeszcze zipie.

Co do Młodej- jest absolutnie fantastyczną, młodą kozą :)
Gada. Gada jak najęta. Po matce - wiadomo.
Wypowiada się właściwie pełnymi zdaniami, odmienia przez przypadki, śpiewa piosenki, które gdzieś tam usłyszała, nawet po angielsku.
Zapewne nie jestem obiektywna, aczkolwiek Jej rozwój mowy jest zaiste imponujący.

I tak trwa proces kształtowania się naszej rodziny w nowym kształcie.
Nieustająco ewoluują - zarówno moje relacje z małżem, nasze relacje z dzieckiem, z rodziną, organizacyjnie.

Po 2 latach mogę z całą pewnością powiedzieć:
dziecko zmienia wszystko.