piątek, 1 września 2017

Dlaczego nadal karmię piersią?


W ostatnim poście "kończącym" zostawiłam sobie furtkę, że pewnie czasem wrócę do Was z jakimiś przemyśleniami, jeśli mnie przyszpili.
Jest pewien temat, który chodzi za mną od dłuższego czasu. Temat tabu, temat petarda, który bardziej dzieli niż łączy nie tylko matki, ale chyba wszystkich dzisiejszych homo sapiensów.
Długie karmienie piersią.

Karmie piersią Meśkę już prawie 2,5 roku i na odstawienie w najbliższych miesiącach się nie zanosi. Chciałam Wam powiedzieć, wytłumaczyć i narysować jakiś obraz dlaczego tak. Dlaczego nie odstawiam dziecka, jak to wieść gminna i ludowa głosi po np. 6 miesiącach czy roku, ale idę w to dalej.

Nie mam absolutnie potrzeby tłumaczyć swojego wyboru czy usprawiedliwiać przed kimkolwiek.
Chciałabym, żeby mój wpis był takim eye-opener'em - dla tych, co się spodziewają, i dla tych, co już karmią i dla tych, którzy nie rozumieją albo rozumieją błędnie.

Nie chcę też nikogo przekonywać i namawiać, że powinien karmić długo, bo... wcale nie powinien.
Może. Ale nie musi. Dla każdej rodziny będzie inaczej i nic to specjalnego nie będzie oznaczać. Nikt przez to nie będzie ani lepszą, ani gorszą matką - to dla mnie oczywiste.

Chodzi mi tylko o to, żeby każdy z nas, nie tylko mamy ale też 'taty' (bo to moim zdaniem nie tylko sprawa matki i dziecka), podejmowali decyzję w zgodzie z samym sobą, z dzieckiem, z potrzebami rodziny a nie opinią publiczną, krytyką innych, niekompetentnym personelem medycznym czy przestarzałymi mitami pseudonaukowymi.

Zacząć należało by od oficjalnej rekomendacji Światowej Organizacji Zdrowia czyli WHO, która nie pozostawia pola do dyskusji i mówi, że:

Dzieci powinny być karmione wyłącznie mlekiem matki przez pierwsze 6 miesięcy życia, i dalej co najmniej do 2 roku życia i dłużej (przy jednoczesnym wprowadzaniu pokarmów uzupełniających) tak długo, jak życzą sobie tego matka i dziecko. 

To jest oczywiście aktualna i najbardziej uniwersalna wytyczna. Powszechna.
Zdawało by się, że każdy normalny człowiek powinien powiedzieć "aha, luz" i przyjąć do
wiadomości. Ale no.. no nie :)

Ale ale, fajnie fajnie... acz muszę przyznać, że wcale nie karmię dlatego, że powiedziało tak WHO, Ministerstwo Zdrowia i milion innych poważnych organizacji a ja postanowiłam bohatersko sprostać.
Nie karmię też dlatego, że na każdym kroku jestem bombardowana informacjami o dobroczynnych właściwościach mojego pokarmu.
Aż takim fajterem nie jestem :)

To dlaczego, dlaczego na Boga, karmię 2,5 letnie dziecko piersią?
Co mną kieruje?

Jeszcze w ciąży bardzo mi zależało na kp (chociaż kiedyś, jako młoda dziewczyna, uważałam to, za obrzydliwe). Chciałam karmić rok. Taką miałam aspirację.
Nie ze względu na jakieś tam dobroczynne cośtam dla dziecka. Chciałam rok. Taką miałam ambicję dla ambicji.Dla siebie. Takie miałam zalożenie. Skąd? Bladego pojęcia nie mam :)
Pamiętam, jak na końcówce ciąży pierwszy raz usłyszeliśmy z S. o zaleceniach WHO i karmieniu co najmniej 2 lata - wybuchnęliśmy śmiechem, pokrzykując "taaa jasnee ehe, do liceum, ehee" i zapodając taką szyderę, jaką tylko my potrafimy zapodać w naszych 4 ścianach.
"Chyba kogoś zdrowo pojebało" - skwitował elegancko przyszły ojciec dziecka mego, jeszcze nienarodzonego.

No więc mieło 6 miesięcy wyłącznego karmienia, potem minął ten rok.
Pamiętam, jak wylądowałam w szpitalu z 12 tygodniową Meśką - było lekko nerwowo wokół faktu, że karmie wyłącznie piersią (teraz jak o tym myślę, to się drapię po głowie, jak to jest, qwa, możliwe).

Do 6 miesięcy wszyscy wyrażali uznanie, że karmię i że - uwaga - mam pokarm :) (ja osobiście nie czułam się specjalnie zasłużona i do dziś mi zostało).
Koło 9 miesięcy wszyscy podziwiali, ale już wypatrywali finishu, bo "taka duża dziewczynka już"
Koło roku zrobiło się dziwnie.
Jak miała 1,5 roku to już byłam totalnym freakiem i komentarze padały zewsząd, nawet ze strony personelu medycznego.
Teraz 2,5 roku i ta strona rodziny, która nie rozumie, już nawet nie próbuje zagadywać, bo jestem przypadkiem beznadziejnym.

Trzeba też dodać, że już od dłuższego czasu, obrządku zwanego "karmieniem piersią" nie nazywała bym w ten sposób. Niewiele ma wspólnego z jedzeniem. Jest to raczej świetne narzędzie do ogólnego ogarniania tematu z dzieckiem :)
Od bardzo, bardzo dawna Meśka sobie to mleko podpija, ale ten wypływ mleka nie zawsze jest kluczowy. Ona przy piersi zasypia, budzi się, nadrabia sobie braki w bliskości przez np. moją nieobezność w zw. z pracą, odreagowuje stresy, ładuje akumlatorek.

A więc karmię z 2 powodów:

1/ karmienie piersią daje nam bardzo dużo korzyści - nie wiem, czy one są unikanle dla każdej mamy z każdym dzieckiem. Dla nas są... bezcenne.

2/ nie męczy mnie to. Totalnie nie. Młoda przesypia całe noce odkąd skończyła 14 miesięcy. Nie wisi na mnie całymi dniami. To, że karmię nie jest dla mnie żadnym obciążeniem. (ale z tego co wiem, jestem w mniejszości)

Powiecie, dobra, ale jakie to są konkretne korzyści?
Poza tym medycznym pierdu-pierdu?

Dla nas? Takie:

- Odporność
Meśka dużo choruje odkąd poszła do żłobka. Bardzo dużo. Ale od 1,5 roku nie brała żadnego antybiotyku. Jej chorowanie polega katarze i kaszlu. Nie bierze praktycznie żadnych leków poza syropem na kaszel. Ze wszystkiego wychodzi sama.

- Odstresowywacz
Meśka jest coraz starsza, coraz więcej rozumie i mierzy się z coraz to trudniejszymi dla siebie sytuacjami życiowymi. To jest wręcz fascynujące, jak Ona się koi przy piersi. To jest aż fizycznie odczuwalne, jak to ją odstresowuje.

- Uspakajacz w sytuacjach kryzysowych
szczepienia, badania, szycie palca :( , histera w samolocie, zasypianie w warunkach, które nie sprzyjają spaniu.

- Nadrabiacz bliskości
Pracuję na full time, w tygodniu więcej mnie nie ma, niż jestem.
Dzięki kp nadrabia, ładuje się, regeneruje.

- Samodzielność
Nie umiem tego do końca wytłumaczyć, ale dzieje się to, o czym czytałam w książkach, szczególnie tych o rodzicielstwie bliskości.
Meśka jest przeciwieństwem określenia "mamin cycuś". Często można spotkać zarzuty, że dzieci kp mają problem z odłączeniem się od matki. I don't think so i z tego co wiem, badania też nie. Ona jest totalnie niezależnym, młodym poszukiwaczem przygód. Przyjdzie, przytuli się, ciumknie i podpije i wraca zdobywać świat. Potem wraca, ładuje akumulator i idzie dalej. Szturmem.
Nie umiem Wam tego wytłumaczyć, ale mam przeczucie graniczące z pewnością, że kp nam w tym bardzo pomaga (co nie oznacza oczywiście, że dzieci nie kp są inne - odnoszę się wyłącznie do naszego przypadku).

- Coś bez nazwy
Czuję, że nigdy dotąd aż tak nie byłam kierowana jakimś wewnętrznym instynktem.
Jakąś taką pierwotną intuicją.
I ta intuicja mi mówi, żeby tego jeszcze nie kończyć.

To może są tylko 4 punkty, ale wierzcie mi, że to, co zawiera się w tych punktach, jest po prostu ogromne i nie wszystko da się skwantyfikować.
Wytyczne WHO to dla mnie tylko potwierdzenie i poklepanie w ramię:
tak, moja droga, nie jesteś dziwadłem, czyń tak dalej, jak czujesz, bo dobrze czujesz.

Kiedy minął ten magiczny rok, to podjęłam decyzję, że kończymy do 2go roku życia (minęło w marcu).
Potem, że w wakacje, jak będzie ciepło.
Ale im bliżej było tych wakacji, tym większe wątpliwości mnie nachodziły.
Kiedyś, pewna znana promotorka karmienia piersią zadała pytanie grupie karmiących mam, w tym mnie:

Odstawiajcie wtedy, kiedy uznacie to za stosowne i nic nikomu do tego. Ale zanim to zrobicie, odpowiedzcie sobie na pytanie, dlaczego chcecie dziecko odstawić? Nie po to, żeby ciągnąć to w nieskończoność, ale po to, żeby dokonać uczciwego wyboru. 

Lato nadeszło, a ja nie potrafiłam znaleść sensownej odpowiedzi na to pytanie.
Wyszło na to, że moją jedyną motywacją jest presja otoczenia i powszechnie panujące w narodzie przekonanie, że "już powinnam".
Prawda, że to strasznie słabe powody są?

Zestawiłam je z korzyściami z kp a co więcej, wsłuchałam się w swój wewnętrzny głos, w to, co mi podpowiada intuicja a ta aż wrzeszczy.

Stało się samo, że karmimy się nadal.
Młoda jeździ na kilka dni do babci "na wieś", była nawet tydzień nad morzem z dziadkami, bez mamy.
Nie przeszkadzało to ani Jej (bawiła się świetnie, do dziś opowiada), ani moim narzędziom do karmienia :) (jakoś się dostosowały do sytuacji).
Pokarmy stałe je pięknie - jest pierwszym "jadaczem" w żłobku. Ona nie je. Ona wsuwa. Owoce, warzywa, mięso, nie-mięso - wszystko. Ma chyba szerszą paletę smaków niż ja (nie nawidzę gotowanych warzyw!)
Mówi ponadprzeciętnie dużo, jak na dwulatkę. Nieskromnie powiem, że tu jest mocno do przodu (oczywiście to nie jest zasługa kp, tylko argument na ew. zarzuty, że dzieci kp mają problemy z mówieniem i jedzeniem innych pokarmów).

Ile jeszcze?
Nie wiem, zobaczymy.
Na pewno chciała bym przekarmić najbliższą jesień/zimę, bo biorąc pod uwagę choroby żłobkowe, odstawienie było by strzałem w kolano.
Na pewno ostateczną granicą tej imprezy jest fakt, żeby podejść do kolejnego transferu, trzeba brać leki, które wykluczają kp :-( A że jest pewien plan na przyszły rok, to może się okazać, że deadlinem będzie skończenie przez Meśkę 3 lat.

Anyway, to co chciałam Wam przekazać, to nie to, że powinnyśmy karmić jak najdłużej. Boże broń.
Chciałam tylko zachęcić mamy karmiące do tego, żeby podjęły decyzję zgodnie ze sobą, z dzieckiem, z potrzebami własnej rodziny a nie pod presją otoczenia.
Niezależnie co zrobimy, i tak zawsze znajdzie się ktoś, kto nas skrytykuje.

Polecam zadać sobie to pytanie, które kiedyś zadano mnie:
Dlaczego chcecie zakończyć kp?

Do napisania powyższego pchnęła mnie ostatecznie rozmowa sprzed 2 dni z panią dyrektor żłobka, do którego chodzi Meśka.
Pani dyrektor także karmi piersią swoją 2 letnią córkę (zresztą są razem z M. w grupie).
Rozmowa toczyła się w kierunku mniej więcej takim:

Dyr: a karmi pani jeszcze? bo ja też nadal.. <lekkie zakłopotanie>
Jest już presja, naciskają na mnie, muszę się tłumaczyć... Ale ja wcale nie chcę. Ona jest odporniejsza, nie bierzemy żadnych antybiotyków, dobrze nam tak.. także no nie wiem. 
Ja:  tu nastąpiła moja wypowiedź o tym, że mam podobnie, ale nie widzę podstaw, dlaczego miała być odstawić, że korzyści i że idę w to dalej.. 
Dyr: <wyraźnie rozpromieniona> no to super, to ja podobnie. No i fajnie, że się wsparłyśmy!

I taką właśnie piątkę, chciała bym przybić z Wami, drogie mamy.
Żebyśmy miały odwagę słuchać siebie i dziecka, spojrzeć w głąb naszej relacji a nie słuchały osób postronnych, które zapewne chcą dobrze na swój sposób, aczkolwiek, iż, azaliż... :)