środa, 25 kwietnia 2018

Life is a bitch


Życie mamy na pełnym etacie przypomina wyścig - rano żłobek, bieg do pracy, śniadanie w biegu, w pracy wyścig bo przecież chcę wyjść punktualnie, rajd do domu, po drodze chleb, masło, kabanosy, buch w dom- mamaaaaaa, zabawa, szybkie pranie, tańce przy muzyce z YouTube, kąpiel, książeczki i cyk- 22ga.

Nie mam czasu ani głowy zastanawiać się jak się czuję.
Było przedwiośnie a ja czułam się dziwnie. Jakby mi zeżarło energię, byłam ospała, spuchnięta, brzuch jakiś wydęty, problemy z cerą.
W połowie marca wyjechałam do Paryża na wyjazd służbowy - było świetnie, ale fizycznie nie ogarniałam co się dzieje. Tam przyszło mi do głowy, że nie pamiętam, kiedy miałam okres. Że dziwne to wszystko.

Ale kto by tam ufał naturze. Wróciłam do domu, bolały mnie piersi podczas karmienia, więc zamigotało mi, żeby kupić test. Kupiłam, schowałam do szuflady.
Po kilku dniach rano zrobiłam, siknęłam , o mało nie wyrzuciłam do kosza testu z... dwoma kreskami. Ogromnymi, wyraźnymi dwiema krechami. Tego samego dnia zrobiłam betę. 38 tysięcy. 

Szok. Z szoku wychodziłam kilka dni. Małż był za granicą także na wyjeździe służbowym, więc nie chciałam mu mówić przez telefon.

Wiadomość dostał niemal w progu.
Szok.
Ale jak? Przecież to było niemal niemożliwe. Poza tym nadal trwa u mnie laktacja, trochę karmię, więc tym trudniej.

Lekarz potwierdził- usg, pikający pikselek, nasze dziecko. 7my tydzień. Wg miesiączki powinien być starszy o miesiąc, ale usg pokazywało 7 tc.

Mieszane uczucia dotyczące zarodków w laboratorium, bo przecież plan był inny, przecież odpowiedzialność. Ale jakoś ten temat oswoiłam, wzięłam na klatę i nie zatruwałam sobie tym serca (nadmiernie).

Wszystko szło jak po maśle. Wyniki ok. Czułam się świetnie. Miałam plan pracować do końca wakacji, żyć pełną piersią a nie leżeć i trząść się nad ciążą. Urodzić dobrze i naturalnie, mimo wcześniejszej cc.
Leciałam na energii i wiedziałam, że wszystko będzie okej. Byłam tego pewna.

Aż do ostatniej niedzieli, kiedy bez żadnego ostrzeżenia zaczęłam plamić. Najpierw lekko- pomyślałam, że spokojnie, ostatnio też tak było i wszystko dobrze się skończyło. Ale niestety, plamienie przeszło w krwawienie, skurcze podbrzusza.

W poniedziałek zgłosiłam się na usg do mojego dr prowadzącego, speca z Matki Polki. Usg pokazało nasz zarodeczek, bez pikającego już pikselka.
To był 11 tydzień, ale doktor stwierdził, że zarodek zatrzymał się w rozwoju na 7tc 5 dni, więc niecały tydzień po tym, kiedy odkryliśmy jego istnienie.

Chciałam, aby stało się samo, ale mam ujemną grupę krwi, więc musiałam pójść do szpitala, dostać immunoglobulinę, żeby chronić kolejną ciążę. 

Zabieg czyszczenia macicy był dla mnie traumą, jakiej jeszcze nigdy nie doświadczyłam i mam nadzieję, już nie doświadczę. 
Położna zaprowadziła mnie ubraną w obciachową, szpitalną koszulę pod salę zabiegową. Metalowe drzwi jak do skarbca były otwarte na oścież. Kończyli poprzedni zabieg, nikt nie pofatygował się, żeby zamknąć drzwi więc widziałam... na środku pokoju stał ogromny, zielony fotel ginekologiczny, jak dla king konga.. na fotelu z nogami w górze leżała jakaś kobieta pod narkozą. Obok stało mnóstwo ludzi, chyba z 10 osób. Nie patrzyłam. Mignął mi ten widok tylko i nie patrzyłam dalej. Usiadłam w poczekalni i poczułam, że wstępuje do piekieł. 
Wiedziałam, że za chwilę tą kobietą na fotelu będę ja. 

A oni, te stare jebane dziady, gadali sobie, jakby to był jakiś jebany piknik. Żartowali sobie, że „te młode laski cośtam” a „te stare cośtam”, śmiechy, żarciki. Nie ma to jak dobry żarcik przy skrobance.

Myślałam, że się w tej poczekalni na nich wyrzygam. Byłam bezbronna jak niewinny kurczak. Całkowicie w ich rękach. Pozbawiona jakiejkolwiek ludzkiej godności, decyzyjności, mocy sprawczej. Całkowicie bezradna.

Kiedy zaprosili mnie do środka poczułam, że to jest najgorszy horror mojego życia. Położna prowadziła mnie pod rękę, zatrzymałam się przy tym fotelu, przy tym stole z narzędziami tortur na zielonym obrusie i zaczęłam łkać jak małe dziecko.
Nie o to chodzi, że się bałam zabiegu w sensie fizycznym. Mam za sobą histeroskopię, punkcję jajników, hsg oraz cesarskie cięcie, jestem zahartowana. Myśl o tym, co oni mają za chwilę zrobić była absolutnie traumatyczna i zostanie taka na zawsze.

Coś tam próbowali żartować, ale byli w tym momencie dla mnie całkowicie odrażającymi dziadami.

Przypięli mi nogi pasami do zielonych rynienek na nogi.

Miałam odczucie, że oni za chwilę bezpowrotnie i nieodwracalnie zabiorą mi moje dziecko. I wiedziałam, że nic z tym nie zrobię. Że dokonało się. 

Uspokoiłam się tylko po to, żeby mi natuchmiast podali narkozę, żeby jak najszybciej spać. 

Odpływając zapytałam, czy będę mogła mieć jeszcze dzieci i czy jest tam mój doktor. Był. Chwycił mnie za nogę, żeby zapewnić, że jest. I że dzieci mogę mieć jeszcze wiele.

Nie wiem o czym żartowali, kiedy spałam.
Może o tym, że mam niedokładnie ogolone nogi?
A może o tym, że pani Krysia z 3 piętra ma rozdarte portki na tyłku. Nie wiem.

Obudziłam się w łóżku w swojej sali. Obok siedziała młodziutka studentka, z którą coś tam rozmawiałam. Pamiętam, że jej powiedziałam, że współczuję jej roboty.

Podobno był u mnie psycholog. Podobno nawet z nim rozmawiałam. Nic nie pamiętam.

W miarę jak schodziła narkoza przychodziło do mnie uczucie tęsknoty.
Tęsknoty za dzieckiem, które zostało mi zabrane bezpowrotnie. 

Trauma straty ciąży zaskoczyła mnie swoją intensywnością i dramatem. Wypłakałam już morze łez, ale mam wrażenie, że wcale mi to nie pomaga.

Mam poczucie ogromnej, nieodwracalnej straty. Tego, że dziecko, które miało być mi równe z Mesią, nigdy się nie narodzi. Że nie poznam tego człowieka. Nie powącham główki. Nie utulę. Nie nakarmię. 

Wiem, że uczucie tęsknoty będzie mi towarzyszyć do końca życia.

Zostało mi zdjęcie usg z pikającym serduszkiem, test z dwiema kreskami, wynik beta hcg oraz opaska ze szpitala (z którego dziś wychodzę). To będzie moje pudełko wspomnień. 

24.04 to dzień pamięci mojego dziecka, który będę obchodziła co roku.

Uważam, że to był chłopczyk.
Staś.